Agnieszka Dygant sama sobie radzi ze swymi problemami

Czytaj dalej
Fot. Sylwia Dąbrowa
Paweł Gzyl

Agnieszka Dygant sama sobie radzi ze swymi problemami

Paweł Gzyl

Za młodu życie nie głaskało ją po głowie. Być może dlatego od dziecka była bardzo samodzielna. Marzyła o teatrze, a to telewizja uczyniła ją sławną.

Zdobyła sobie zabawne miano „polskiej Sandry Bullock”. Nie tylko dlatego, że jest trochę podobna do hollywoodzkiej gwiazdy, ale również dlatego, że często występuje w komediach. Choćby ostatnio – widzieliśmy ją w kolejnej części „Listów do M.”. A ponieważ uśmiech nie schodzi z jej twarzy również poza ekranem, ma opinię radosnej i pozytywnej osoby. Być może dlatego obecnie oglądamy ją na małym ekranie w serii reklam jednej z telefonii komórkowych.

– Jak u każdego, u mnie też działy się w życiu rzeczy mniej lub bardziej wesołe. Ale staram się skupiać na tych dobrych i nimi się energetyzować. Wydaje mi się, że obciążanie innych swoim nieszczęściem jest nie na miejscu. Kogo obchodzą moje kłopoty? To moja sprawa i ja muszę sobie z nimi poradzić. Nic mi nie da opowiedzenie o tym, jak źle dziś się czuję. Po pierwsze, wszyscy czasem mają takie dni. A po drugie, to potwornie nudne – tłumaczy w Plejadzie.

*

Wychowała się w podwarszawskich Jankach. Kiedy była w drugiej klasie szkoły podstawowej, niespodziewanie zmarł jej tata. Dziś bardziej pamięta go z opowieści i zdjęć niż z własnych wspomnień. Mimo, że ciężar utrzymania rodziny spadł na ramiona mamy, w domu przyszłej aktorki nie było biednie. Panował jednak nieustanny lęk o przyszłość. Tym bardziej, że gdy Agnieszka była w liceum, okazało się, że mama ma tętniaka mózgu. Całe szczęście operacja uratowała jej życie.

Z czasem w domu pojawił się ojczym. Agnieszka doczekała się młodszej od siebie aż o siedemnaście lat siostry Natalii. Zaprzyjaźniła się z ojczymem, a on zabierał ją na walki bokserskie. To było dla nastolatki wielkie przeżycie: była jedną z niewielu kobiet na sali wśród tłumu wrzeszczących facetów. Niestety, Agnieszkę czekał kolejny dramat. Kiedy była tuż przed maturą, ojczym zginął w wypadku samochodowym. Dziewczyna nie załamała się, być może dlatego, że miała pasję: występowała w punkowym zespole Dekolt.

– Janki i Raszyn, w których się wychowałam, były w tamtym czasie „zagłębiem punkowców”. Co można było innego robić, jak nie zostać jednym z nich? Zresztą moje punkowanie nigdy nie przybrało jakichś form ekstremalnych, nie chodziłam z czubem na głowie, nie połykałam żyletek. Po prostu malowałam sobie czarne krechy na powiekach i zakładałam ramoneskę. Tak naprawdę byłam grzecznym dzieckiem – podkreśla w „Gazecie Krakowskiej”.

Upodobanie do wystąpień publicznych Agnieszka przejawiała już w podstawówce. Kiedy nadchodził czas klasówki, mdlała na zawołanie, robiło się zamieszanie i sprawdzian przepadał. Mama zauważyła teatralne zdolności córki i zapisała ją do ogniska aktorskiego prowadzonego przez państwa Machulskich przy stołecznym Teatrze Ochota. Nic dziwnego, że po maturze dziewczyna bez problemów dostała się na studia do łódzkiej filmówki.

*
Uczyła się świetnie i została nawet ministerialną stypendystką. Dlatego myślała, że kiedy skończy studia, teatry będą się o nią dobijać. Tymczasem nic z tego: nie udało jej się znaleźć etatu w żadnym z nich. Dlatego chcąc grać postanowiła spróbować swych sił w telewizji. Dostała rólkę w „Na dobre i na złe” i kiedy okazało się, że zdobyła sympatię widzów, scenarzyści rozbudowali wątek jej postaci.

Popularność, jaką zyskała dzięki występom w telewizyjnym tasiemcu, sprawiła że pojawiły się propozycje ciekawszych ról. W efekcie młoda aktorka najpierw wcieliła się we Franię Maj w sitcomie „Niania”, a potem zagrała mecenas Agatę Przybysz w serialu „Prawo Agaty”. Obie produkcje okazały się dużymi sukcesami i dzięki nim Agnieszka awansowała do grona najpopularniejszych aktorek nad Wisłą. Woda sodowa nie uderzyła jej jednak do głowy i do dziś traktuje siebie z dystansem.

– Czasem przychodzę do pracy i w głowie mam jedna myśl: „Co tu zrobić, żeby pójść do domu?”. Ale potem przychodzą inni aktorzy. Zaczynamy przegadywać tekst i jakoś się budzę. Jak jest fajna scena, to łatwiej nakręcić się na odpowiednie wibracje. Poza tym my, czyli ekipa, na planie jesteśmy dość zaprzyjaźnieni. Więc jest odpowiednie wsparcie, słoik czekolady i jakoś to życie płynie – opowiada w serwisie Polki.pl.

*
Jeszcze w filmówce Agnieszka poznała przyszłego kolegę po fachu – Marcina Władyniaka. Zakochali się w sobie i zostali małżeństwem. Oboje startowali do wielkiej kariery, ale poszczęściło się tylko jej. Pojawiły się więc ambicjonalne konflikty i po siedmiu latach związku doszło do rozwodu. Kilka lat później Agnieszka wpadła w oko reżyserowi Patrykowi Yoce. Ciemnoskóry mężczyzna o afrykańskich korzeniach oczarował ją egzotyczną urodą i ułańską fantazją. Choć nie wzięli ślubu, są razem do dziś.

- Uważam, że to naprawdę dużo załatwia, kiedy ta druga osoba cię nie nudzi, chcesz właśnie z nią omówić pewne rzeczy, a nie na przykład z kolegą z pracy czy przyjaciółką. Bo to on właśnie wydaje ci się atrakcyjny, to z nim rozmowa cię ekscytuje. Wspólne przeżywanie różnych spraw, wspólne oglądanie filmów, obgadywanie znajomych, poranne wspólne narzekanie na kiepską pogodę i cieszenie się z tego, że mamy wielki zapas mleka w lodówce. Byle co, byle razem – podkreśla w „Show”.

Przez długi czas Agnieszka nie czuła potrzeby zostania matką. Zdecydowała się dopiero, kiedy miała 37 lat. To już był prawie ostatni dzwonek. Synowi, który przyszedł na świat dała na imię Xsawery. Los chciał, że dostała wtedy rolę w „Prawie Agaty”. Śmiała się potem, że wyszła z domu, kiedy chłopiec miał rok, a wróciła – gdy miał pięć lat. Dlatego po skończeniu serialu zrobiła sobie dłuższą przerwę, by skupić się na macierzyństwie.

Po kilku latach wróciła jednak do grania, nie mogła bowiem wytrzymać bez pracy. Tym razem skoncentrowała się na kinie. Stało się to za sprawą Patryka Vegi, który obsadził ją w głównych rolach w swych głośnych filmach „Pitbull”, „Kobiety mafii” i „Botoks”.

- Nie mam wrażenia, że posiadanie dziecka zrobiło ze mnie lepszego człowieka, mądrzejszego, wrażliwszego, bardziej pewnego siebie. Nie mam również poczucia totalnego spełnienia. Dziecko nie wykasowało innych moich ambicji – deklaruje w „Gali”.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.