Churching: Gdy owce same wybierają swojego pasterza

Czytaj dalej
Fot. 123rf
Izabela Krzewska

Churching: Gdy owce same wybierają swojego pasterza

Izabela Krzewska

Bo organista fałszuje, bo gdzie indziej kazania są lepsze, a nawet dlatego, że w kościele jest za zimno. Wierni niekoniecznie chodzą na msze do swoich parafii, czasem wolą inne. - To nie jest supermarket, wybieramy przekaz, który buduje wiarę - mówią zwolennicy tego trendu.

Nie mogę znieść, gdy ksiądz wygłasza polityczne kazania, koncentruje się na zbieraniu pieniędzy i sianiu nienawiści. Gdy w okresie „kolędy” proboszcz powiedział z ambony, że jak ktoś ma dawać 10 złotych w kopercie, to lepiej niech nic nie daje, powiedziałam sobie - dość! - opowiada Ewa z Białegostoku. Przez kilka lat nie chodziła do kościoła w swojej parafii. Przez ten czas - jak to określa - zwiedzała inne świątynie.

Wprost przeciwnie. Churching to chodzenie na msze do „nie swoich” parafii. Ludzie wybierają kościoły, w których czują się lepiej, w których bardziej odpowiadają im kazania lub takie, gdzie jest ich znajomy ksiądz.

Andrzej mieszka na białostockim osiedlu Jaroszówka. Kościół stoi przy jego ulicy. Ale mężczyzna woli jeździć na msze do centrum miasta, do ojca Edwarda Konkola, a na Pasterkę to już tylko tam, obowiązkowo. Charyzmatyczny werbista odprawia msze w kaplicy w pobliżu stworzonego przez siebie Stowarzyszenia Pomocy Rodzinie „Droga” przy ul. Proletariackiej.

- Wygłasza porywające kazania. Ludzie zjeżdżają się z różnych części miasta. Nie mieszczą się w tej małej kapliczce - tłumaczy Andrzej.

Powody migracji owieczek między parafiami mogą być też bardzo prozaiczne. Jedni szukają wrażeń duchowych lub estetycznych, innym po prostu przeszkadza nieogrzewany w zimie kościół, fałszujący organista, czy mały parking. Czasem wystarczy, że ksiądz podkręci ogrzewanie, a organistę ze śpiewu wyręcza schola. To przynosi efekty.

Nasza bohaterka, Ewa, po latach „tułaczki” również wróciła do swojej parafii św. Faustyny na Bacieczkach.

- Zmienił się proboszcz. O Bogu mówi prosto, potrafi dotrzeć do ludzi i młodszych, i starszych. Określiłabym go jako typ „marketingowca”. Na mszy rozdaje dzieciom cukierki, a w czasie drogi krzyżowej - obrazki, które można zbierać w serie. To zachęca dzieci do regularnego chodzenia do kościoła. Proboszcz organizuje też festyny rodzinne, plenerowe kino. To tworzy wspólnotę parafialną - podkreśla Ewa.

Oficjalnie księża nie potępiają churchingu. - Nie jest dobrze, kiedy człowiek szuka jedynie wygody i zmienia kościół, gdy tylko nie spodoba mu się kazanie. Z drugiej strony, możliwość dokonania wyboru jest czymś pozytywnym. Wiele zależy od intencji konkretnego człowieka - przyznaje dr hab. Michał Wyrostkiewicz z Wydziału Teologii KUL.

Anna ma 46 lat. Kilkanaście lat temu przeprowadziła się z Białegostoku do oddalonego o nieco ponad 10 kilometrów Supraśla. Urokliwe miasteczko to świetne miejsce do życia. Ale co niedziela Anna razem z rodziną jeździ na msze święte do białostockiej Fary.

- Przez sentyment. To moja rodzinna parafia. Poza tym jestem architektem. Potrafię docenić gotycki styl świątyni - opowiada.

- Mam poczucie, że w białostockiej katedrze panuje szczególny rodzaj duchowości. Bardziej czuje się tam obecność Boga - dodaje inna białostoczanka, Dorota. Ona również chodzi na nabożeństwa do Fary, choć na jej osiedlu, przy ul. Pogodnej jest kościół Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła.

- Ale denerwuje mnie polityka w tym kościele - wyjaśnia Dorota. - Proboszcz ewidentnie prawicuje. Po katastrofie smoleńskiej urządził dziwną szopkę bożonarodzeniową, a jak zobaczyłam ONR-owców w tym kościele, powiedziałam, że moja noga tam więcej nie stanie.

W grudniu ub.r. członkowie podlaskiej brygady ONR rozprowadzali szopki, których sprzedaż miała zasilić konto świetlicy terapeutycznej Caritas w Supraślu. Obecność w kościele tej budzącej kontrowersję organizacji, kojarzonej ze skrajnym nacjonalizmem, nie spodobała się części wiernych.

Proboszcz tej parafii ks. kan. Leon Grygorczyk samego „churchingu” nie ocenia negatywnie: - To zjawisko jest naturalne, wytłumaczalne i wynikające z praktyki życiowej. Dobrze, jeśli wierni gromadzą się w swojej wspólnocie, ale z drugiej strony najważniejsze jest to, by praktykowali.

Sam podaje szereg przyczyn, dlaczego ludzie uczestniczą w nabożeństwach w innych parafiach: - Jedni idą, bo tam mają zamówioną mszę świętą, tam spotykają się z rodziną. Inni, bo tam dojeżdża bezpośrednio autobus, bo nie ma dużych schodów, co dla osób starszych nie jest bez znaczenia. Kolejni, bo znają któregoś z księży, bo odprawiane są tam msze okolicznościowe dla różnych grup modlitewnych, bo podoba im się oprawa mszy, muzyka, śpiewy. Duże znaczenie ma też to, że dany kościół jest sanktuarium - wymienia. Kiedy pytam, czy spotkał się z negatywnymi opiniami swoich parafian na temat obecności przedstawicieli ONR w jego kościele, zmienia ton: - A ,Tobie o to chodzi.... I rozłączył się.

Postawy niektórych księży zniechęcają wiernych. Do innych - wierni lgną jak do miodu. I pewnie można by znaleźć tyle samo pozytywnych, co negatywnych przykładów. Marta, parafianka św. Wojciecha w Białymstoku, przyznaje, że gdyby nie przygotowania do bierzmowania córki, chodziłaby do innego kościoła.

- Bo nasz ksiądz wygłasza kazania o marksizmie i komunizmie. A na widok małego chłopca w czapce grzmiał z ambony o zdziczeniu obyczajów. To przesada - komentuje kobieta.

To zresztą proboszcz tej parafii zasłynął publikacją w internecie wytycznych, jak zachować się podczas kolędy. Zgodnie z nimi, przyjmowanie duszpasterza w kapciach to wyraz najwyższej pogardy. To on instruował przychodzące do kościoła kobiety, w jakiej odległości mają - zasiadając w ławkach - trzymać kolana.

Mimo przemian społecznych, religijność Polaków nie słabnie. Liczba katolików, którzy chodzą co niedzielę do kościoła utrzymuje się na stabilnym poziomie (ok. 40 proc), zaś w diecezjach na terenie woj. podlaskiego rośnie. Churching więc na poziom praktyk religijnych nie wpływa negatywnie.

- Chodzi o to, żeby wierni modlili się do Pana Boga. A czy w tym, czy w innym kościele, nie ma to znaczenia - uważa ks. Henryk Żukowski, proboszcz wspomnianej Parafii Wniebowzięcia NMP w Białymstoku (Fary). Ale dodaje: - Parafia to struktura duchowo-społeczna. To konkretne zobowiązanie księży do pomocy duchowej i materialnej. Musi więc istnieć jakaś więź, która sprawia, że wierni czują się odpowiedzialni za innych członków parafii.

Zdaniem ks. Żukowskiego, człowiek, który uprawia churching, może stracić kontakt ze swoją wspólnotą - nie uczestniczy w chrzcinach, ślubach czy wizytacjach biskupich.

Co mogą zrobić duchowni, żeby wierni nie opuszczali ich parafii? - Na pewno powinni być dla ludzi, zarówno podczas nabożeństw, jak i w kancelarii parafialnej. Muszą brać pod uwagę indywidualną sytuację konkretnego człowieka, żeby nie zrobić z kościoła korporacji - mówi dr hab. Michał Wyrostkiewicz. - Nie oznacza to, że zarządzanie finansami parafii jest bez znaczenia. Czy np. ludzie są informowani, jak wykorzystywane są pieniądze, które dają na tacę. Bardzo ważna jest homilia. Jeśli jest dobre nauczanie, nie wygłaszane językiem teologicznym, ale trafiającym do ludzi, to oni będą zostawali w parafii.

Izabela Krzewska

Socjolog z wykształcenia. Z zawodu - dziennikarz. W Gazecie Współczesnej pracuję od 2009 roku. Od początku zajmuję się głównie tematyką prawną. Relacjonowanie ważnych procesów, sprawy kryminalne, wypadki, pożary, historie z życia wzięte... To obszar dziennikarstwa, który nie tylko mnie, ale mam nadzieję także moim Czytelnikom, dostarcza wielu emocji. Staram się, aby każdy materiał był rzetelny. Ale też sprawnie napisany. Bo nawet najbardziej niezwykła ludzka opowieść "blednie" pod nieciekawym piórem.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.