Dawny Białystok nie był nudny. Bywał za to niebezpieczny

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Zgiet
Katarzyna Łuszyńska

Dawny Białystok nie był nudny. Bywał za to niebezpieczny

Katarzyna Łuszyńska

Białostoccy radni ganiali się po ulicach z siekierami, a gazety opisywały kolejne mezalianse. Taki był dawny Białystok - mówi Andrzej Lechowski, autor książki „Sekrety Białegostoku“.

- Czy dawny Białystok był miastem bezpiecznym?

- Nikt nie podejrzewa, by dzielnica tzw. inteligencji, czyli Bojary, mogła być niebezpieczna. To była raczej spokojna część miasta. Natomiast dzielnice żydowskie, nazywane hanajkami, to było siedlisko rozmaitego elementu. A domy publiczne na ulicach Krakowskiej i Wesołej to już była patologia pełną gębą, bo poza klientami kręcili się tam też oczywiście przestępcy.

Lipowa także nie była ulicą bezpieczną. Idąc po niej, trzeba było trzymać się za kieszeń, bo portfele były w ogromnym niebezpieczeństwie.

- Często dochodziło do morderstw?

- Dokonywane były przede wszystkim na tle rabunkowym. Zdarzały się też pod wpływem alkoholu. Trzeba przyznać, że norma przedwojennego, publicznego dyskursu politycznego była dosyć niska. To rzutowało na zachowania całego społeczeństwa. Gdy do powszedniego obyczaju wchodziły awantury na posiedzeniach rady miejskiej, podczas których radni ganiali za sobą z bronią, to nie ma co się dziwić, że takie sytuacje miały również miejsce wśród mieszkańców miasta. Poza tym, trzeba też pamiętać, że po wojnie pozostało dużo broni, co również stanowiło zagrożenie. Kryminogenną pożywką był też strukturalny kryzys początku lat 30. Wtedy praktycznie nie było tygodnia, żeby w mieście nie wydarzyła się jakaś poważniejsza afera kryminalna, która ogniskowała opinię publiczną. Ciekawostką jest, że sprawców i ofiary opisywano wówczas w gazetach z imienia i nazwiska. Mało tego, na łamach prasy podawano ich adresy!

Warto zauważyć, że w Białymstoku panowała bieda, a jak jest bieda, to występują również patologie. Można więc powiedzieć, że Białystok był właściwie sterroryzowany przez biedę.

- Skąd taka bieda, skoro funkcjonowały tu liczne fabryki?

- Białystok swoje prosperity przemysłowe w zasadzie kończy w 1915 roku. Potem następuje ewakuacja fabryk przez Rosjan. Po wojnie Białystok już nigdy do potencjału przemysłowego nie wrócił.

Oczywiście, niegdyś było tu kilka świetnie prosperujących fabryk. Po odzyskaniu niepodległości starano się odbudować ich potencjał. Jednak niedługo później przyszedł kryzys, który podciął stabilność przedsiębiorstw. Co ciekawe, białostoccy przemysłowcy zachowywali się dosyć ambitnie, bo poszukiwali nowych rynków zbytu, zarówno w Afryce i Azji. Gdy kryzys się skończył, to wybucha wojna i wtedy nastąpił przemysłowy koniec Białegostoku.

- W mieście mieszkali ludzie różnych wyznań. Z pewnością więc dochodziło do wielu małżeństw mieszanych?

- Było ich bardzo dużo i określano je mezaliansami. Niedobrze był widziany ożenek chrześcijanina z Żydówką. Krzywo patrzono też na małżeństwa zawierane np. przez znanego w mieście mężczyznę wyznania katolickiego z kobietą prawosławną.

Szczególną uwagę do małżeństw przykładali żydowscy przemysłowcy. Związki swoich dzieci załatwiali we własnym gronie, co oznaczało, że fabryka żeniła się z fabryką.

- A jak świętowano w tym tyglu wyznań i narodowości?

- Każdy obchodził swoje święta i nie wchodził innym w drogę. Białystok w okresie międzywojennym dzielono na Białystok żydowski i chrześcijański. Były takie rewiry, gdzie ci ludzie różnych wyznań nie mieli nawet ze sobą styczności.

Część żydowskiego Białegostoku w ogóle nie mówiła po polsku i praktycznie nikt z chrześcijańskiego nie mówi w jidisz. To też powodowało konfliktowe sytuacje, szczególnie po odzyskaniu niepodległości, bo żydowscy białostoczanie, jeżeli nie znali języka polskiego, nie mogli nic załatwić w urzędzie.

Te społeczności - żydowska i chrześcijańska - były zamknięte i żyły osobno. Ułatwiała im to własna prasa i własne sklepy. Trzeba jednak przyznać, że czasami dochodziło do bardzo ciekawych kontaktów... Na przykład na ulicy Sosnowej była fabryka czekolady żyda Sofera, który przed świętami wielkanocnymi informował, że ma już przygotowaną partię czekoladowych... zajączków. Oznaczało to, że liczył na chrześcijańskich klientów.

Natomiast na święta - takie jak 11 listopada czy 3 maja - w Synagodze Wielkiej odprawiane były modły za pomyślność ojczyzny. Po nich wszyscy zgromadzeni śpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła”.

Dawny Białystok był prawdziwym wielokulturowym miastem. Widziało i słyszało się to na każdym kroku. W mieście słychać było różne języki. Jest też taka bardzo znana pocztówka z 1916 roku, gdzie na jednym budynku wiszą szyldy w języku niemieckim, jidisz i polskim. Dzisiaj po wielokulturowym Białymstoku pozostało tylko wspomnienie.

- Jak wyglądało życie kulturalne tego miasta?

- Elity białostockie zaczęły organizować się dopiero na przełomie XIX i XX wieku. Na początku XX stulecia zaczynało się kształtować środowisko nauczycielskie i kulturalno-społeczne. Jednak w tym czasie nie powstał żaden zawodowy zespół teatralny ani muzyczny. Nie było też orkiestry symfonicznej z prawdziwego zdarzenia. Było za to dużo formacji muzycznych, obsługujących głównie restauracje. Nie miały one do dyspozycji innych sal, gdzie mogłyby występować, więc grały do kotleta. Należy podkreślić, że niektóre z tych kapel świetnie radziły sobie również z bardziej ambitnym repertuarem. Przykładowo orkiestra Ritza, grająca na co dzień tanga i fokstroty w hotelowej restauracji, przy okazji poważniejszych imprez była wypożyczana i z powodzeniem grała utwory Beethovena i Mozarta.

W dawnym Białymstoku nie było też aktorów, bo nie było teatrów. Nie oznacza to jednak, że nie bywali tu ludzie z pierwszych stron gazet. Owszem, przyjeżdżali i zatrzymywały się w Ritzu. W Białymstoku gościli: Julian Tuwim, Stanisław Przybyszewski, Władysław Boy-Żeleński, Aleksander Wertyński, Nora Ney, Eugeniusz Bodo, Hanka Ordonówna czy Henryk Jaroszy.

Z pobytem Tuwima w Białymstoku wiąże się taka historia, że czekając na swój pociąg przechadzał się z Janem Glinką po mieście. Najpierw weszli do jednej restauracji, ale było w niej pusto, potem do kolejnej, w której też nie było klientów. W końcu wylądowali w restauracji w Ritzu, gdzie też było pusto. Wówczas Tuwim zdefiniował stan, jakim jest melancholia i rzekł: melancholia jest wtedy, kiedy w restauracji jest więcej kelnerów niż klientów.

- Czy mieszkały tutaj jakieś znane osoby?

- Było bardzo wiele popularnych i znanych osób. I można je było spotkać na ulicach. Wszyscy bowiem poruszali się pieszo lub dorożkami. Nie było czegoś takiego jak dzisiaj, że mamy zamknięte enklawy tylko dla celebrytów.

Doskonale ukazuje to zdjęcie wykonane podczas jednej z ważniejszych imprez w międzywojennym Białymstoku. Odbyła się ona 15 sierpnia 1925, kiedy to na rynku została odsłonięta tablica poświęcona nieznanemu żołnierzowi. Ówczesny prezydent miasta, Bolesław Szymański, przemawiał do tłumu białostoczan, stojąc na zwykłym... taborecie, żeby go wszyscy widzieli i słyszeli. I nie wzbudzało to sensacji.

Poza tym, znani białostoczanie nie mieszkali w ogrodzonych rezydencjach, ale w drewnianych domach, najczęściej na Bojarach.

- Wiele historii, postaci i ciekawostek z życia dawnego Białegostoku opisał pan w książce „Sekrety Białegostoku”. Skąd czerpał pan materiały?

-Mimo że dużo rozmawiam z rozmaitymi ludźmi, to ich relacje rzadko wykorzystuję w pisaniu. Wolę sięgać do historycznej wiedzy o naszym mieście, a potem kompilować ją z informacjami z prasy lub muzealnymi zbiorami.

- Czy podczas piania książki coś pana zaskoczyło?

- Zaskoczyło mnie to, że o okresie PRL-u można pisać równie ciekawie, jak o poprzednich okresach w historii naszego miasta. Ludzie, ich reakcje, emocje, perypetie, z którymi zmagają się w trakcie życia, są takie same - bez względu na czasy. To, że ustrój się zmienia to nie powód, byśmy zmieniali nasze charaktery. Ten, kto ma ciągotki do szemranych interesów, nadal będzie je miał. Ten, kto lubi rozrywkę, dalej będzie jej szukał...

Co ciekawe, jak się odrzuci te wszystkie uchwały plenum, czy słowa PRL-owskich sekretarzy, to ukazuje się nam bardzo ciekawy obraz miasta. Mitem jest, że PRL to 50 lat zniewolenia i ponuroty, w którym sklepy świeciły pustkami. Mit ten został stworzony na potrzeby uzasadniania dzisiejszych racji. Bo jeżeli sięgam do 1919 roku i czytam, jak Białystok wyczekuje ziemniaków z Warszawy, to muszę przyznać, że czegoś podobnego w PRL-u nie było.

Katarzyna Łuszyńska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.