Do Afryki pojechał przez przypadek. Ireneusz Greszta pomagał ratować zdrowie Etiopczyków

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Wojtkielewicz
Agata Sawczenko

Do Afryki pojechał przez przypadek. Ireneusz Greszta pomagał ratować zdrowie Etiopczyków

Agata Sawczenko

ChM, firma z podbiałostockich Lewickich, pomaga najbiedniejszym mieszkańcom Etiopii. Niedawno użyczyła narzędzi i implantów – niezbędnych do przeprowadzania operacji ortopedycznych – lekarzom wolontariuszom. Z lekarzami do Etiopii polecieli również dwaj pracownicy ChM. – Znamy nasze produkty, pomagaliśmy m.in. przy kompletowaniu zestawów potrzebnych do poszczególnych operacji – mówi Ireneusz Greszta z ChM-u.

Był pan w Etiopii, by pomagać lekarzom ortopedom w przeprowadzaniu poważnych operacji, ratujących zdrowie Etiopczyków. To biedny kraj, pogrążony w wojnie domowej, więc mieliście do czynienia z zaniedbanymi, źle zrośniętymi złamaniami, a nawet z ranami postrzałowymi. Jak to się stało, że pan, przedstawiciel handlowy, podjął się takiego zadania?

O wielu sprawach w życiu decyduje przypadek. Lekarze ze szpitala we Włocławku od lat jeżdżą pomagać pacjentom w Etiopii. Do tej pory byli to okuliści, a w tym roku, w lutym, mieli pojechać również ortopedzi. Potrzebowali sprzętu do przeprowadzania operacji – narzędzi chirurgicznych, ale i nowoczesnych implantów – dokładnie tego, co jest produkowane w ChM. O pomoc poprosili mnie, bo to ja na co dzień współpracuję ze szpitalem we Włocławku. To było dzień przed Bożym Narodzeniem, ale wiedziałem, że nie mogę zostawić tej sprawy. Tym bardziej, że gdy poprosiłem o szczegóły wyprawy, dowiedziałem się, że to akcja charytatywna z 15-letnią tradycją. Najpierw do Afryki jeździli głównie okuliści, by operować zaćmę. To operacja dająca spektakularne efekty: do szpitala przychodzi osoba niewidoma, a ze szpitala wychodzi już widząca. Pacjenci, gdy dowiadują się, że przyjeżdżają lekarze z Polski, idą na piechotę nawet 80 kilometrów, by poprosić o przywrócenie wzroku. Kiedy w Etiopii wybuchła wojna domowa, jeszcze bardziej pogłębiło to problemy w służbie zdrowia i utrudniło do niej dostęp. Etiopia to biedny kraj, a przez wojnę domową stał się jeszcze biedniejszy i problemy, które były gigantyczne, jeszcze się nawarstwiły i stały się supergigantyczne. Poza operacjami okulistycznymi jest tam też wielka potrzeba operacji kostnych: ortopedycznych, neurochirurgicznych, ogólnochirurgicznych.

Szefowie ChM zgodzili się pomóc?

Dyskusja była bardzo krótka. Już na drugi dzień dostałem pozytywną odpowiedź. Zaprosiliśmy lekarzy do nas, żeby zobaczyli firmę,naszą produkcję, jakie mamy możliwości. Oni wiedzieli, że nasz sprzęt jest wysokiej klasy, bo przecież z niego korzystają na co dzień, ale chcieliśmy, by poznali naszą całą ofertę, by do Etiopii wzięli to, co na pewno im się przyda, sprzęt, który będzie ułatwiał przeprowadzanie procedur na miejscu.

Najpierw umawialiście się, że dostarczycie implanty, a później okazało się, że do Etiopii pojechały również wasze narzędzia.
Narzędzia są koniecznością. Nie da się założyć implantu bez narzędzi. Okazało się, że współpraca z firmą, która miała dostarczyć lekarzom narzędzia, nie wypaliła. Narzędzia zostały więc wypożyczone z ChM. Koniec końców część zostawiliśmy nawet w szpitalu w Etiopii, by służyły tamtejszym lekarzom.

No dobrze, ale nadal nie wiem, jak to się stało, że i pan pojechał do Etiopii.
To było naturalne pytanie ze strony szpitala, czy przedstawiciel naszej firmy mógłby z nimi pojechać. Zasugerowałem szefom, że ja mogę jechać. Współpracowałem już z tymi lekarzami, poza tym znam asortyment firmy, więc wiedziałem, że mogę się przydać.

Co zastaliście tam, na miejscu?

Ogromną biedę. Pierwotnie mieliśmy jechać do szpitala w niewielkim miasteczku, jakieś 70 km na południe od Addis Abeby, czyli od stolicy. Jednak okazało się, że ten wyjazd nie może się odbyć, bo szpital nie dysponuje niezbędnym do operacji sprzętem, którego nie byliśmy w stanie przywieźć z Polski. Chodzi między innymi o tzw. ramię C, wykorzystywane na przykład podczas operacji złamań kości długich, czyli ramienia czy piszczeli. Proszę zobaczyć, tu mam implant, czyli taki niebieski gwóźdź, którego lekarz używa do operacji. Te implanty wprowadza się do kanału szpikowego kości. Lekarz musi określić miejsce, gdzie będzie wiercił otwór. Nie może sobie zaplanować tego wcześniej, bo tu wszystko zależy od anatomii pacjenta. Jako że nie ma rentgena w oczach, potrzebny jest mu nowoczesny sprzęt, w tym to ramię C – mobilny aparat rentgenowski. Jest niezbędny przy operacjach ortopedycznych, ale też przy neurochirurgii czy podczas stabilizacji kręgosłupa, jeśli operacja ma być mało inwazyjna, a takie się przecież dziś robi. Wtedy została podjęta decyzja, że zostaniemy w Addis Abebie. Tu organizacyjnie pomógł nam lekarz, Etiopczyk, który od dwóch lat pracuje w szpitalu we Włocławku. On był naszym łącznikiem z lekarzami i szpitalem w Etiopii, dobrym duchem całego wyjazdu, no i w pewnym sensie jego mózgiem. Wcześniej korespondował z lekarzami w Etiopii i ustalał szczegóły wyjazdu i naszej tam pracy.

Ostatecznie zostaliście zaproszeni do szpitala w stolicy.

To szpital wojskowy – bardzo duży, ale niedoposażony. Na każdym kroku widać tam brak pieniędzy, ale też chaos. Również standard sanitarny bardzo odbiega od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Wiele osób narzeka na czystość w naszych szpitalach, ale naprawdę – Polska i Etiopia to pod tym względem zupełnie dwa różne światy.

No ale mimo to musieliście przecież działać. Mieliście tylko nieco ponad tydzień na pomaganie ludziom.

Z Polski przyjechali anestezjolodzy, chirurdzy, neurochirurdzy i ortopedzi. Ja pomagałem na salach operacyjnych, gdzie pracowali neurochirurdzy i ortopedzi. Pomagaliśmy tam w sprawach organizacyjnych, które były też niezbędne. Wszystko, czego my byśmy nie zrobili, musieliby zrobić lekarze lub pielęgniarki, którzy i tak byli bardzo zajęci i przemęczeni. Pracowali od rana do nocy i to przemęczenie bardzo było widać. Normalnie w naszych warunkach pielęgniarka operacyjna, która kończy zabieg, ma kilka chwil wypoczynku. Tam chcieliśmy maksymalnie wykorzystać czas, który mieliśmy, więc gdy kończyła się jedna operacja, za chwilę zaczynaliśmy kolejną. Bez odpoczynku, ale też w innych zupełnie warunkach niż nasze – afrykańska temperatura, brak klimatyzacji i ciężki, ołowiany fartuch na sobie, bo przecież podczas zabiegów wykorzystywane były promienie Rentgena. Lekarze to postawni mężczyźni, jakoś to wytrzymywali, ale drobne pielęgniarki po kilku godzinach spędzonych w takich warunkach ledwo stały na nogach. Gdyby nie my, od razu po operacji musiałyby iść sprzątać, myć narzędzia, zanieść je do sterylizacji. Te obowiązki staraliśmy się od nich przejmować. Pomagaliśmy też lekarzom w kompletowaniu narzędzi do kolejnej operacji i przenoszeniu ich do sali operacyjnej.

Nie mogliście przygotować tego wcześniej?

No nie za bardzo. Od razu po przyjeździe dostaliśmy do dyspozycji taki mały magazynek. Przebieraliśmy się tam i tam trzymaliśmy cały sprzęt. To było około 40 kartonów z narzędziami, implantami, gazikami, płynami dezynfekcyjnymi, rękawiczkami, fartuchami jednorazowymi. Od razu po przyjeździe otworzyliśmy każdy karton, podpisaliśmy, co w nim jest, posegregowaliśmy – inaczej byłby chaos. Nie było jednak niestety miejsca, by te rzeczy rozpakować i trzymać je blisko sali operacyjnej. Stąd konieczność kompletowania całego sprzętu przed każdą operacją. Podjęliśmy się tego i, prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, by ten obowiązek spadł na lekarzy.

Chciał pan, by i oni – podobnie jak pielęgniarki – mieli chwilę na odpoczynek między operacjami.

To jedno. Ale już po pierwszym dniu zorientowaliśmy się, że samo przebywanie w tym magazynku ogromnie męczy. To był niewielki stalowy kontener – oczywiście bez klimatyzacji. Temperatura była tam zabójcza. Zresztą zdarzało się, że i w czasie operacji trzeba było tam chodzić, bo okazywało się, że brakuje jakiegoś niezbędnego narzędzia. My wiedzieliśmy, gdzie co leży, jak jest zapakowane, łatwiej więc nam było cokolwiek znaleźć.

Ile zabiegów dziennie było przeprowadzanych?

Na pewno około setki. Trzeba tylko pamiętać, że zabieg neurochirurgiczny może trwać nawet sześć godzin. W tym czasie można wykonać kilkanaście operacji zaćmy. Trudne też były zabiegi ortopedyczne. U nas, w Polsce, takie operacje wykonuje się na drugi, trzeci dzień po kontuzji. Tam pacjenci trafiali na stół nawet po kilku miesiącach, z nieprawidłowo już zrośniętymi kośćmi. Taka blizna kostna jest niesamowicie twarda, dużo twardsza od normalnej kości, więc ortopeda, żeby móc to zoperować, musi się przez tę supertwardą kość po prostu przebić. W takich przypadkach założenie implantu było naprawdę wielkim wyzwaniem. I te operacje trwały dużo dłużej niż te przeprowadzane w Polsce. U nas takich zabiegów, przy tak wytężonej pracy, można by było zrobić osiem czy nawet 10. Tam udawało się zoperować trzech, góra pięciu pacjentów. Wydaje nam się – sądząc po złamaniach i po tym, że trafiliśmy do szpitala wojskowego, że operowaliśmy przede wszystkim pacjentów z walk z wojny domowej, po postrzałach.

W operacjach uczestniczyli też lekarze z Etiopii.

Tak, polscy lekarze cały czas mają z nimi kontakt i w razie potrzeby mogą służyć zdalną pomocą czy radą. Lekarzom z Etiopii zależało przede wszystkim na tym, by nauczyć się, jak robić mało inwazyjne stabilizacje kręgosłupa – to do tego zresztą były tak bardzo potrzebne produkowane w ChM implanty. Lekarze z Etiopii robią oczywiście te operacje, tyle tylko, że stosują metodę otwartą – otwierają cały kręgosłup, podczas gdy u nas są to tylko mikronacięcia. Efekt teoretycznie jest ten sam, ale po „otwartej” operacji pacjent bardziej cierpi, trudniej dochodzi do zdrowia, dłużej trwa rehabilitacja.

Mówił pan o około stu operacjach dziennie. Potrzeby są pewnie dużo większe?

Szpital w stolicy Etiopii jest ogromny. Trafia do niego wiele potrzebujących osób. Ale to nie wszystko. Gdy przyjechaliśmy i obejrzeliśmy szpital, zaproponowano nam: chodźcie zobaczyć kampus. Okazało się, że kampus to ogromne namioty pełne ludzi. Tam było nawet kilkaset osób czekających na operacje, na pomoc lekarską. Kampus to taki przedsionek szpitala. Ktoś, komu udało się zaczepić w kampusie, ma szansę, że kiedyś faktycznie trafi do szpitala, kiedyś otrzyma pomoc lekarską, kiedyś zostanie zoperowany. Te osoby podbiegały do nas, ciągnęły za fartuchy, rękawy, pokazywały wyniki badań z nadzieją, że otrzymają pomoc. Więc odpowiadając na pytanie: tak, potrzeby są ogromne.

Szykujecie się na pomaganie za rok?

Lekarze na pewno. Dlatego byliśmy również w drugim szpitalu, w Lalibeli, 800 kilometrów na północ od stolicy. To miejsce znajduje się już w czerwonej strefie, objętej wojną domową. To miejsce niebezpieczne, więc do ostatniego dnia nie wiedzieliśmy, czy tam pojedziemy. Udało się, sprawdziliśmy, jak tam wygląda sytuacja, jakie są potrzeby, jakie warunki. To przydatne informacje dla tych, którzy pojadą tam za rok.

Agata Sawczenko

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.