Justyna Godlewska: Gram tylko na scenie. W życiu jestem szczera

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Wojtkielewicz
Agata Sawczenko

Justyna Godlewska: Gram tylko na scenie. W życiu jestem szczera

Agata Sawczenko

Uwierzcie mi, teatr czyni cuda! - przekonuje Justyna Godlewska, aktorka Teatru Dramatycznego w Białymstoku i szefowa fundacji Pracownia Teatralna.

Często pani gra w życiu?

Na nerwach? Tak! A tak w ogóle? To chyba nie... Wydaje mi się, że jedną z moich głównych cech jest szczerość. Jestem dosyć ekspresyjna i często mi się zdarza szybciej mówić i działać niż myśleć. I ponoszę tego konsekwencje, Wydaje mi się więc, że z żadnego „udawania” w życiu nie korzystam.

Nigdy?

Są sytuacje życiowe, które mnie stresują. Wtedy biorę głęboki oddech i myślę sobie: dobra, to tak jak na scenie. Muszę wejść, załatwić...

I z głowy!

Ale bardzo rzadko tak robię. W urzędzie. Na zebraniu szkolnym, gdy muszę być dorosła i odpowiedzialna.

Dlaczego nie wykorzystuje pani tych umiejętności? Ja się zastanawiam, sama nie umiem grać w ogóle...

No, ale co to znaczy: nie umiem grać! Szekspir powiedział, że świat jest teatrem, a aktorami w nim - wszyscy ludzie. I ja się z tym zgadzam. Na co dzień przecież wskakujemy w jakieś kostiumy, w jakieś roli. To pewnie temat dla filozofów: kiedy tak naprawdę jestem sobą? Czy kiedy siedzę sam w domu? Czy również przy bliskich? Na zewnątrz każdy z nas nakłada jakiś kostium, czasem makijaż, nakładamy maski. I myślimy, jak się zachowamy. Sędzia nakłada togę, lekarz nakłada fartuch. I inaczej rozmawia z pacjentem - zwłaszcza takim, który go denerwuje, a inaczej zachowuje się w domu, wśród przyjaciół. I to chyba dotyczy nas wszystkich. I to nie powinno być nic złego. Najgorsi są tylko ci ludzie, którym na twarzy maluje się uśmiech i serdeczność, a w sercu gnieżdżą się żmije. To są najniebezpieczniejsze przypadki. Na - na pewno! - do takich nie należę.

Od ilu lat gra pani w teatrze?

W 1998 roku we wrześniu przyszłam na pierwszą próbę mojego pierwszego przedstawienia, czyli na scenie jestem już 24 lata.

To za rok czeka nas podsumowująca rozmowa jubileuszowa!

Ale w papierach ta pierwsza próba się nie liczy, bo byłam wtedy studentką czwartego roku i to były moje spektakle dyplomowe. Takie wtedy były wymagania na czwartym roku: udział w dwóch spektaklach dyplomowych. One były albo przygotowane w szkole bądź - za zgodą władz uczelni - można było robić dyplomy w teatrze. I mnie się tak właśnie bardzo szczęśliwie zdarzyło... Szczęśliwie, albo nieszczęśliwie... Bo z jednej strony - spotkałam absolutnie wspaniałego reżysera i fantastycznych ludzi. I to wydarzenie miało absolutny wpływ na całe moje dalsze zawodowe życie oraz na myślenie o tym zawodzie. A z drugiej strony - uziemiło mnie na długie lata. Ale właściwie to też dobrze. Po mamie odziedziczyłam dość spory sentymentalizm i przywiązywanie się do miejsc. Więc w Białymstoku zostałam. I pewnie nigdzie się już nie wybiorę.

Wydaje się, że praca w teatrze zajmuje właściwie całe życie: rano próby, spektakle wieczorem i w weekendy. A pani jeszcze mało pracy! Otworzyła pani Pracownię Teatralną - Justyny Godlewskiej i Przyjaciół.

Ja już właśnie nie wiem, z czego wynikło to otwarcie pracowni: z tego, że było za mało, czy raczej, że było za dużo, więc postanowiłam, że wezmę sobie jej jeszcze więcej. A tak naprawdę to nie wiem, z czego to się u mnie bierze: z temperamentu czy z głowy, która jest pełna pomysłów. Czy może z tego, że wciągnęłam się bardzo we wszystkie oboczne - czyli edukacyjne - działania w teatrze. W ogóle bardzo lubię pracować z dziećmi, z młodzieżą. Chętnie jeżdżę na spotkania do bibliotek, do domów kultury, rozmawiam, poznajemy się na wzajem. Dzieciaki, z którymi kiedyś robiłam spektakle, dziś już mają nawet po 20 lat. I niektórzy nadal do mnie przychodzą, nadal odwiedzają i nadal mamy o czym rozmawiać. Wielką radość zawsze też sprawiało mi granie w spektaklach dla dzieci. A udało mi się zagrać ich całkiem sporo - zwłaszcza w dawnych czasach, gdy byłam młodą miłą królewną.

I postanowiła pani do tej młodzieży wrócić?

W czasie Covidu wszyscy siedzieli w domach, grali w planszówki i... świrowali. Albo wymyślali różne rzeczy. Pomysł na pracownię pojawił się właśnie w covidzie. I zbiegł się z 20-leciem mojej pracy. A ponieważ moja głowa wciąż gdzieś pędzi - podobnie zresztą jak serce, dziurawe, szalone - to po raz kolejny odważyłam się na napisanie wniosku o stypendium artystyczne prezydenta miasta. Zdobyłam to stypendium. I sama sobie zrobiłam jubileusz. Powstało takie dziwowisko parateatralne z udziałem naszego białostockiego pianisty Romualda Kozakiewicza, jak również Pawła Suskiego, prawdziwego, zawodowego clowna. Świat cyrku zawsze ogromnie mnie fascynował, a moim marzeniem było zawodowe spotkanie z prawdziwymi ludźmi cyrku. I to mi się udało. W moim projekcie wziął udział prawdziwy, dyplomowany clown po Julinku (chodzi o Państwową Szkołę Sztuki Cyrkowej w Julinku - przyp. red.).

Ale miałyśmy mówić o pracowni...

To właśnie były początki fundacji Pracownia Teatralna. A tam - robimy same najpiękniejsze i najfajniejsze rzeczy: bawimy, uczymy, rozwijamy, tańczymy, śpiewamy, recytujemy, czytamy, piszemy, marzymy, wzruszamy się, śmiejemy, a nade wszystko bardzo twórczo i pięknie spędzamy czas. Oczywiście fundamentem tego wszystkiego jest teatr. Cieszę się bardzo, że pracownia zaczyna się rozwijać, że przychodzą ludzie z różnych bardzo dziedzin sztuki, różni twórcy, rożni artyści. I że inni - dzięki temu - mogą pielęgnować swoje pasje, rozwijać swoje zainteresowania, że jesteśmy w stanie pomagać ludziom w spełnianiu marzeń. Bo to jest tak, że ktoś chce się TYLKO nauczyć śpiewać. A dla niego to jest AŻ. Pomagamy, na ile możemy, również tym, którzy tymi artystycznymi sprawami chcą się zająć w przyszłości zawodowo. Dzielimy się swoim doświadczeniem, swoją wiedzą, swoimi sukcesami. I upadkami również, bo z tego się wyciąga bardzo dobre wnioski. Śpiewamy głosem białym, śpiewamy rozrywkowo - działa u nas pracownia wokalna. W zeszłym roku odbywały się u nas kursy kreatywnego pisania. A dzieci spędzają u nas czas wakacyjny, feryjny. Generalnie robimy wszystko, co sprawia, że życie jest piękniejsze, łatwiejsze do zniesienia i trochę bardziej można je zrozumieć. Uczymy się umiejętności dialogu, słuchania, szacunku...

Uczycie się też życia.

Na pewno! Teksty, na których pracujemy, są przecież o życiu. A my próbujemy je zrozumieć. I próbujemy się „upoważnić” na to życie. Bo u nas trzeba stanąć i odważnie, głośno powiedzieć. A nie każdy ma taką otwartość i umiejętność. Trzeba sobie poradzić ze stresem. Trzeba czasami się wycofać - a to jest trudne dla osób aktywnych, na co dzień przyjmujących rolę lidera. A na scenie - poprzez wcielanie się w różne postaci, poprzez udział w świecie, który się buduje w tych spektaklach, trzeba czasem być zupełnie kimś innym niż na co dzień. A to wymaga otwarcia głowy, uruchomienia uczuć. Przy okazji to zmusza do refleksji - dlaczego świat działa tak, a nie inaczej. Drama zresztą od lat używana jest nawet jako element resocjalizacji. Naprawdę, uwierzcie mi - teatr czyni cuda!

Agata Sawczenko

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.