Katarzyna Bonda: Moi bohaterowie są tacy, jak ja – idą intuicyjnie, nie według planu

Czytaj dalej
Fot. Ewa Żylińska
Anita Czupryn

Katarzyna Bonda: Moi bohaterowie są tacy, jak ja – idą intuicyjnie, nie według planu

Anita Czupryn

Nie angażuję się w bieżące dyskusje ani nie wypowiadam się na temat konkretnych spraw politycznych. Czasem musiałam się gryźć w język i bić po łapach, żeby się nie angażować, ponieważ uważam, że jedynym moim zadaniem jest pisanie książek. Nie mam do powiedzenia więcej niż ktokolwiek inny, ale przez moich bohaterów mogę mówić pełnym głosem – mówi pisarka Katarzyna Bonda.

Były policjant Jakub Sobieski, bohater Twojej najnowszej książki „O włos” rozwiązuje zagadkę okrutnego zabójstwa, a pomaga mu… atrakcyjna aspirant Adrianna Kowalczyk. „Zaraz” – pomyślałam. Przecież ja znam to imię i nazwisko! Tak nazywa się Twoja menadżerka!

(Śmiech). To mój mały hołd dla Adusi – została bohaterem literackim. Myślę, że byłam jej to winna już dawno temu. Książkę przeczytała, zanim wysłałam ją do wydawcy. Zapytałam wprost, czy się zgadza. Ucieszyła się. Oczywiście historia, łącznie z wyglądem zewnętrznym tej postaci są wymyślone; Adusia użyczyła swojego imienia i nazwiska. Choć myślę sobie, że gdyby prawdziwa Adrianna pracowała w policji, to szybko by awansowała. Hart ducha, dążenie do rozwiązania zagadki, doprowadzenia sprawy do końca – to cechy wspólne, które ją łączą z książkową bohaterką.

„O włos” to pierwsza część serii, w której startuje Ada Kowalczyk i jej postać będzie się rozwijać w kolejnych częściach. Podobnie zresztą, jak i postać Jakuba Sobieskiego, który w pierwszym tomie odbija się od dna, a właściwie, można powiedzieć, znalazł się pod dnem. Jego historia i służbowa, i życiowa jest mocno zawikłana, a on sam znalazł się poza nawiasem. Chciałam, żeby w tej pierwszej części, jak w życiu, czytelnik miał okazję obserwować transformację obojga postaci. Nie chciałabym więcej zdradzać, akurat skończyłam drugą część, więc muszę się gryźć w język.

Był Hubert Meyer, była Sasza Załuska. Teraz narracyjne światło pada na Jakuba Sobieskiego. Jak rodzi się u Ciebie nowy bohater?

Przyznam, że nie miałam planu, by pisać nową serię i zaczynać życiorys zupełnie nowej postaci. Ale wzięłam na warsztat świat sutenerów, prostytutek i historię zabójcy, który atakuje dziewczyny trudniące się tym zawodem, nie tylko te pracujące w agencjach towarzyskich, ale i niezrzeszone. Ani Hubert Meyer, ani Sasza Załuska nie pasowali mi do tej historii. Żeby móc rozwiązać tego rodzaju zagadkę, śledczy musi działać inaczej. O Jakubie Sobieskim myślałam jako o postaci pobocznej, o kimś w rodzaju pomocnika. Z czasem, w trakcie rozmyślania nad tą opowieścią, Sobieski wyrósł na pierwszoplanową postać. Pomyślałam: „Spróbuję. Sprawdzę się z kimś nowym. Może to czas, żeby porzucić profilerów, z którymi wszyscy mnie kojarzą. Może sięgnę po takiego bohatera, który właściwie nie ma żadnych zasad, nie obowiązuje go żadna hierarchia ani kodeks, który narzuca system organów ścigania”. Wprowadzenie takiej postaci daje bardzo dużo frajdy i spore pole manewru do zapisu, ponieważ może ona robić rzeczy, których śledczy, wojownik o dobro, klasyczny książkowy detektyw nie mógłby zrobić. Jakub Sobieski narodził się więc niejako sam. Tak to się kształtuje w powieściach – autor na początku spotyka bohatera i nic o nim nie wie, ale kiedy zaczyna pisać, ta postać wyrasta; rodzi się na bieżąco. Druga rzecz to taka, że chciałam, żeby to był mężczyzna, który, oczywiście, rozwiązuje zagadki, a jednocześnie jest miękki w środku. Ma dobre serce, a na zewnątrz zgrywa twardziela. Jest wytatuowany, nosi kaptur, pod którym się skrywa, wozi prochy, ale jednocześnie to dobry chłopak, rodzaj rycerza.

W realnym świecie mógłby być Twoim wymarzonym facetem?

Na pewno ma to związek z tym, że w moim prywatnym życiu zaszły zmiany. Być może Jakub Sobieski narodził się z tego, że obserwuję kogoś, kto posiada te wręcz staroświeckie, ochronne, obrończe cechy, cechy, kto szanuje kobiety. Nieraz już rozmawiałyśmy o tym, że rzeczywistość prześwituje czasem w fabule i dzieje się to naturalnie.

Zanim o rzeczywistości, która prześwituje w fabule, chciałam jeszcze zapytać o Twoich starych bohaterów. W czasie pandemii wrócił Hubert Meyer. Ciekawa sprawa z tym porzucaniem i wracaniem do swoich bohaterów. Sami się tego domagają, słyszysz w głowie głos Meyera, czy może to rola czytelników, którzy o dawnych bohaterów pytają?

Z Hubertem było tak, że czytelnicy rzeczywiście się go domagali. Chyba mieli już dość Saszy Załuskiej, bo seria o Saszy jest specyficzna – książki są bardzo grube; są to bardziej powieści niż kryminały. Chcieli Huberta Meyera, ponieważ chcieli zagadki. Opierałam się. Może był w tym strach – czy czytelnicy jeszcze o nim pamiętają?

Pamiętają!

Inna sprawa to ta, że w moich książkach to historia prowokuje postać do tego, żeby ta postać zaczęła działać. Historia decyduje o tym, kto ją będzie rozwiązywał. Każda z postaci ma swoje kompetencje i swój nerw; jej udział zależy od tego czy historia jest kameralna, czy będzie się toczyć z większym rozmachem, czy będzie lepsza na profilowanie, dla kobiety, czy dla mężczyzny. To warunkuje sposób opowiadania. Ale jeśli chodzi o powrót Huberta Meyera, to nie miało na mnie wpływu to, że czytelnicy się domagają, że proszą, by go wznowić, że mają dość tej „grubej” Saszy i tych wszystkich historii zawartych w cegłach pod tytułem cztery żywioły…

Proszę nie obrażać Saszy.

Saszę kocham. Ale ta tetralogia, która jej dotyczy, która jest o niej opowieścią, to historia zamknięta. Też nie wykluczam, że ją wznowię; ona sama do mnie puka. Nie oznacza to jednak, że następna książka będzie o Saszy. Bardziej chodzi mi o to, że wybór bohatera to sprawa intuicyjna; nie podejmuję decyzji rozumowo. Sam bohater musi mnie wystarczająco przekonać. Musi podać taki argument, który mówi: „Ja rozwiążę te zagadkę”. Tak było z Hubertem w „Nikt nie musi wiedzieć”: przez 10 lat siedział sobie w zamrażarce i pewnego wieczoru go zobaczyłam. Ujrzałam go nagle, po latach, w jego gabinecie. Tak wyglądała pierwsza scena. Musiałam wstać z łóżka, bo już kładłam się spać i wcale nie zamierzałam pisać. Podeszłam do komputera, zapisałam tę scenę, żeby ją zachować, żeby zatrzymać tę myśl. Kiedy zaczęłam pisać, to poczułam, że Hubert już jest; że już od bardzo dawna siedzi mi gdzieś z tyłu głowy, w sercu, w brzuchu. Tylko czekał na to, żeby go wywołać. I tak zaczęłam pisać; Hubert wrócił w kilku książkach. A jednocześnie wcale nie przeszkadza mi płodozmian. Oczywiście w związku z tym, że ja to piszę, więc będą podobieństwa, pewne sprawy będą podobnie rozwiązywane, bo jest jakiś rodzaj pieczęci, którą autor posiada i myślę, że tego się nie da wyzbyć.

Podobnie, jak seryjny morderca. On też pozostawia swój znak szczególny, swoją pieczęć.

No, niestety. Zatem tego rodzaju rutyna i wszystkie te elementy, które nazywamy modus operandi – one zostaną. Stąd w moich książkach można się spodziewać, że każdy z bohaterów będzie niesubordynowany, ale większość bohaterów literackich, a zwłaszcza detektywów powinno posiadać tę cechę. Myślę, że to jest akurat atut. Ale szczerze powiem, że bardzo się bałam zaczynać nową serię. Nikomu o tym nie powiedziałam. Nikt nie wiedział, wydawca też nie. Nikt nigdy nie wie, co piszę i nikomu tego nie pokazuję.

Czego się bałaś?

Tego, że to będzie operacja na żywym organizmie. Jakub Sobieski wymusił też zupełnie inną formę. Ta książka liczy 350 stron, czyli na przykład od „Okularnika” jest trzy razy krótsza.

Dotykasz wątków, o które chciałam zapytać. Pierwszy, który już zasygnalizowałaś, to rzeczywistość w fabule. Byłaś chyba jedną z pierwszych autorek, które bez ogródek pisały o rzeczywistości. Trwała pandemia – bohaterowie Twoich powieści chodzą w maseczkach. Nie robiłaś uników, jak wielu autorów, którzy starali się omijać ten temat. Nie miałaś z tym problemu?

Być może rację mają ci autorzy, którzy uznali, że nie należy o tym pisać. Ludzie mieli dosyć pandemii, izolacji, maseczek, tego wszystkiego, co się wiązało z zagrożeniem, jakie wtedy czuliśmy wszyscy. Natomiast ja piszę książki realistyczne; zwykle dzieją się one w czasie rzeczywistym, kiedy je zapisuję. Nie mogłam wiec pominąć pandemii. Jeżeli podaję konkretną datę, kiedy Meyer jedzie kogoś przesłuchać i wszystkie hotele są zamknięte, musi nosić maseczkę, to ten temat nie może być pominięty. Starałam się to tylko zaznaczyć. Tak jak zaznaczam, jakiej muzyki bohater słucha, co je, po jakiej ulicy chodzi. Wydaje mi się, że to są kotwice dla fabuły, żeby czytelnik miał z nią połączenie: „Aha, to mogła być historia prawdopodobna”. Nie chodzi o to, że prawdziwa, ale właśnie prawdopodobna.

Czy ta rzeczywistość, jaka jest – wcześniej pandemia, teraz wojna na Ukrainie – zmienia Ciebie jako autorkę?

Tak. Nie wyobrażam sobie, że mogłaby nie zmieniać. Jak wiesz, staram się nie wypowiadać publicznie w sposób publicystyczny; nie angażuję się w bieżące dyskusje, prowadzone w mediach ani nie wypowiadam się na temat moich poglądów na konkretne sprawy polityczne, które się dzieją, a przez ostatnie trzy lata działo się ich bardzo dużo. Czasem musiałam się gryźć w język i bić po łapach, żeby się w to nie angażować, ponieważ uważam, że moim zadaniem – jedynym moim zadaniem – jest pisanie książek. Wobec tego moje spostrzeżenia powinny znaleźć się w książkach, już przetworzone fabularnie, nie na zasadzie oceny rzeczywistości. Uważam, że nie mam do powiedzenia więcej niż ktokolwiek inny, ale przez moich bohaterów mogę mówić pełnym głosem. Taki mam pogląd. Dlatego też używam rzeczywistości w książkach, tworząc tło. Jeśli pokazuję świat prostytutek, to starałam się jak najbardziej zbliżyć do tego świata, aby pokazać czytelnikowi tę rzeczywistość, która jest wstrętna, straszna, momentami brutalna i w której tak naprawdę wcale nie chcielibyśmy być.

Druga sprawa, o którą chciałam zapytać, a o której już zdążyłaś wspomnieć – to rozmiar powieści. Czy te opasłe tomiszcza, jakie pisałaś wcześniej, nie mają już racji bytu? Czytelnicy wolą cieńsze książki?

Tego dokonała pandemia – ponieważ nie mogłam dokumentować moich powieści w taki sposób, jak robiłam to wcześniej, nie mogłam pojechać wszędzie i rozpytać wszystkich moich informatorów, tylko musiałam sobie poradzić w inny sposób, postanowiłam się skupić na intrydze. Odkryłam w tym dużą przyjemność. A kiedy już w tym zasmakowałam, to ten stary sposób działania przestał mi pasować. Wcześniej upierałam się przy tym, żeby pisać powieści kryminalne. Nie podniecały mnie krótkie kryminały. „Jarało” mnie to, żeby dostarczyć czytelnikowi mnóstwo wątków, mnóstwo wiedzy poznawczej, a jednocześnie połączyć to siatką intrygi. Teraz przestało mnie to kręcić. Myślę też, że chyba się zestarzałam, bo już nie chce mi się robić tak szczegółowej dokumentacji. Taka jest prawda. Fabuła, bohaterowie, szybsze tempo, szybszy montaż – wszystko to się dzieje, kiedy mówię sobie, że idę na powieść przygodową, bo do tego się to sprowadza. Cały czas eksperymentuję, bo tego nie zaplanowałam. To się po prostu dzieje; tak to się odbywa. I daje mi to frajdę. Mało tego – wciąż przychodzą do mnie nowe historie. Już nie jest tak, że przez trzy lata piszę jedną książę.

W ubiegłym roku wydałaś trzy, napisałaś pięć. Szok!

Teraz jest tak, że kończę jedną książkę, a już mi przychodzi do głowy następna, znakomita zagadka, która domaga się zapisania. Zastanawiam się tylko, który z bohaterów będzie ją rozwiązywał. Wiesz, znalazłam w zawodzie nowy rodzaj frajdy.

W książce „O włos” już się tę nową energię czuje.

Dziękuję! Cieszę się. Ale nie odcinam się też od pisania grubych powieści w starym stylu, bo to jest dla mnie duże wyzwanie. A ja lubię wyzwania, które łączą wszystkie moje umiejętności i doświadczenie. Uwielbiam zbierać materiał, przekopywać się przez akta. Będę więc pisać takie historie, które będą się toczyć przez dekady czy pokolenia. Taki płodozmian uważam za słuszny. Kiedy przychodzi do mnie historia, która jest wielka, z mnóstwem danych, które można zbadać, można przeczytać dokumenty, dotrzeć do różnych ludzi, to będę to kontynuować w ten właśnie sposób. Jedni czytelnicy lubią Meyera, inni są za Saszą, kolejni cały czas pytają, kiedy będzie „Miłość pokonuje śmierć”, a jeszcze inni pytają o dokumenty. I to są różne osoby, co jest zupełnie niesamowite, bo to wszystko łączę ja sama. Kiedy zrozumiałam, że, metaforycznie mówiąc, mogę te różne jajka porozkładać do różnych koszyczków, to wszystko się porządkuje, a ja mam ogromną masę tych historii z życia, które biorę do zagospodarowania.

Autorów kryminalnych w Polsce jest wielu. Czy polski kryminał podąża w jakimś określonym kierunku; czy w ogóle ma ten kierunek?

Powiedziałabym, że to jest rodzaj ośmiornicy; ma mnóstwo odnóg. Ten gatunek będzie się rozwijał cały czas. Pamiętam, jak 10 lat temu autorzy, z którymi zaczynałam, mówili, że to się już skończy; dziennikarze za każdym razem pytali, czy nie za dużo już tych autorów. Dziś jest ich ze sto razy więcej. I będzie coraz więcej. Ten gatunek w tej chwili ma bardzo dużo półek, szufladek i mnóstwo nisz jeszcze niezagospodarowanych. Na rynek wchodzą bardzo młodzi autorzy, nie tylko wiekiem, ale i dorobkiem. Wnoszą świeżość. Polega ona na tym, że są naoglądani dobrymi serialami Netflixa, HBO (a wciąż wchodzą nowe platformy streamingowe); że znają media społecznościowe łącznie z TikTokiem. To bardzo wpływa na zapis i na percepcję czytelnika, który potrzebuje dzisiaj na przykład wąskiej niszy w postaci komedii kryminalnej z elementami erotycznymi. Kiedyś w ogóle czegoś takiego nie było. Są autorzy, którzy specjalizują się w kryminale retro i nie mówię tu już o starych wygach, którzy zaczynali ze mną. Mówię o takim kryminale retro, który napisany jest szybko, lekko, zawiera w sobie mnóstwo elementów powieści przygodowej. Nie chcę tu dokonywać analizy, ale ci młodzi autorzy stale mnie zaskakują. Bolą mnie zęby z zazdrości, bo ja nie będę potrafiła tak pisać; to już nie jest moje pokolenie.

Którzy z młodych autorów?

Marcel Moss, Max Czornyj, Marek Stelar, Robert Małecki, Ewa Przydryga. Są świetni. Małgorzata Oliwia Sobczak, Izabela Janiszewska – są doskonałe. Mówisz, że wydałam trzy książki w roku. Max Czornyj napisał ich sześć. Bierze się za sprawy autentyczne, które wydarzyły się czy to w Stanach, czy w kraju zachodnioeuropejskim i przetwarza to na „lekką” historię. Mówię „lekką” z przymrużeniem oka, ponieważ ona jest makabryczna, dotyczy masowego mordercy. Ale pisze to w taki sposób, że jest to lekkostrawne. Mnie to zachwyca. Wszystko to jest zapewne zasługa Remigiusza Mroza, który rozbił ten sufit i to totalnie. A po nim poszli następni.

Tylko, że nie mówi się w Europie czy na świecie o polskich kryminałach, tak, jak mówi się o skandynawskich. Czego nam brakuje, że nie możemy zaistnieć na międzynarodowym rynku?

Powód jest prozaiczny – piszemy po polsku. Jest bardzo niewielu tłumaczy, którzy zajmują się tą działką literatury; kilku, którzy robią to dobrze. Przełożyć kryminał oznacza, że trzeba go napisać jeszcze raz w języku obcym.

Twoje powieści ukazują się w 16 krajach.

Pandemia powstrzymała trochę rozprzestrzenianie się mojego imperium, ale teraz się odbudowuję; będą następne terytoria. Moją siłą za granicą jest unikalność i to, co w Polsce mi niektórzy zarzucają, a mianowicie elementy dodatkowe, które spowalniają akcję. Ludzi za granicą interesuje nie tylko sama intryga, bo oni mają to u siebie, mają swoich autorów i taniej jest wydrukować kogoś lokalnego. Ale chcą dowiedzieć się czegoś o Polsce. Walorem jest wiarygodność obyczajowa, to, co moich adwersarzy denerwuje; że za dużo w moich książkach jest prawdy, że niepotrzebnie opowiadam te historie w tak detaliczny sposób. To paradoksalnie za granicą cały czas jest doceniane.

W Rosji przestałaś wydawać.

Wycofałam. Zakończyliśmy kontrakt i nie będziemy tam wydawać. To jest oczywiste. Pracujemy teraz nad tłumaczeniem ukraińskim.

W jednym z wywiadów powiedziałaś: „Kiedy kocham autora, wybaczam mu wszystko”. Co czytelnicy powinni wybaczyć Tobie?

Przede wszystkim chciałabym, żeby wybaczyli mi wszystkie niedoskonałości zapisu. Być może język jest zbyt prosty, zbyt kolokwialny. Nie chciałabym, żeby musieli wybaczać mi słabe zakończenia, ponieważ moją rolą jest się poprawić i napisać takie zakończenie, by im szczęka opadła. Chciałabym, żeby mi wybaczyli to, że kiedy zaczynam pisać książkę, to nigdy nie wiem, dlaczego bohater wikła się w jakieś historie, albo kręci się w kółko i nie potrafi sobie z czymś poradzić. A myślę, że czytelnicy chcieliby, żeby bohater wiedział wszystko i był mądrzejszy. Moi bohaterowie są tacy jak ja – idą intuicyjnie i nie za bardzo działają według z góry ustalonego planu. Chciałabym więc, żeby wybaczyli mi brak planu.

Anita Czupryn

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.