Kto dziś nosi kapelusze, czyli wyjątkowy fach w rękach

Czytaj dalej
Fot. Diana Krasowska
Diana Krasowska

Kto dziś nosi kapelusze, czyli wyjątkowy fach w rękach

Diana Krasowska

Kuśnierz, kaletnik, modystka - kiedyś te zawody cieszyły się ogromną popularnością. Dziś, choć ci rzemieślnicy są symbolem wysokiej jakości, to pracy mają coraz mniej.

Zalała nas chińszczyzna - żalą się rzemieślnicy, którzy pracują w białostockim pawilonie przy ul. Bema. - I to nic, że wszystko się rwie, te chińskie torebki czy płaszcze, ale to jest tanie, to i zaraz ludzie se nowe kupują. A nasze zawody znikają...

- Zlikwidowano całkowicie naukę kuśnierstwa, bo nie było chętnych - potwierdza Teresa Choroszucha, która prowadzi swój zakład przy Bema. - Nie bez znaczenia jest też pewnie obecna moda na ekologię, przez którą ludzie odsuwają się od naturalnych futer.

Ona nigdy się w innym zawodzie nie widziała. Już jako mała dziewczynka uwielbiała przyglądać się pracy ojca - kuśnierza. Potem skończyła szkołę odzieżową przy ul. Sienkiewicza w Białymstoku i otworzyła własny zakład. Najpierw w pawilonie przy ul. Wyszyńskiego, później przy ul. św. Rocha, a od 10 lat jest na Bema. Szyje futra, czapki, kołnierze, szaliki. Chociaż dzisiaj to już częściej zajmuje się jedynie ich przerabianiem. - Ludzi teraz nie stać, żeby kupować nowe futra. Mają w szafach stare, wyciągają je i przynoszą do przeróbki na nowy fason - tłumaczy 63-latka. - Przeważnie są to osoby filigranowe albo bardzo tęgie, które nie mogą sobie dobrać w sklepie rozmiaru i pozostaje im przerabianie lub szycie na miarę.

Danuta Szaciłowska kapelusze wyrabia od 50 lat. I ubolewa, że białostoczanki coraz rzadziej je noszą
Diana Krasowska Bożena Świsłocka od 38 lat szyje i przerabia futra. W rzemieślniku przy ulicy Bema w Białymstoku pracuje od 7 lat. Jednak pracy ma coraz mniej

Czasami jednak jeszcze się zdarza, że zakład pani Teresy odwiedzają całe rodziny. Właścicielka wskazuje na stojące na parapecie trzy ciepłe, futrzane czapki. - Jedna jest dla męża, druga dla jego żony, a trzecia dla ich syna - wyjaśnia. - Ta rodzina miała dostęp do lisich futer i takie ciepło na głowę sobie zafundowała - cieszy się kuśnierka. I ubolewa, że takich klientów z fantazją jest coraz mniej.

W pawilonie swój kuśnierski zakład ma też Bożena Świsłocka. W zawodzie jest od 1979 r. Zaczynała w spółdzielni futrzarskiej, która zrzeszała kilka zakładów kuśnierskich w regionie. Później była Spółdzielnia Rolniczo-Ogrodowa w Wasilkowie.

- Tam była hodowla lisów i szyliśmy futerka do sklepów - wspomina dobre czasy. - Dziś już nie ma tak dobrze. No na przykład teraz mam raptem dwie skóry do uszycia - z lisa i królika. Kończy się nasz zawód... Bo młodzi wiedzą, że kuśnierstwo to ciężka praca fizyczna: pocięte ręce, bolący kręgosłup. W dodatku nie jest to zawód popłatny, bo wiosną i latem kuśnierz nie ma co robić, nie zarabia. Dopiero jesienią i zimną się pracuje.

Płaszczy i torebek też już nikt nie szyje

- Kiedyś w pawilonie na Bema było nas aż 48 krawców, a dziś na placach jednej ręki można policzyć - mówi 85-letni Jan Sipko.

Szyciem płaszczy i jesionek zajmuje się od... 64 lat. Teraz jednak chce zawiesić swoją działalność. - Oczywiście, przez chińszczyznę - tłumaczy. - Dla młodzieży już się nie szyje w ogóle, tylko dla starszych osób. A i te starsze panie, które do mnie przychodzą, to opowiadają, że jak mąż żył, to mogły sobie pozwolić na uszycie nowego płaszcza na miarę, ale teraz już nie. No i trzeba przyznać, że za komuny, jak nie było nic w sklepach, to ludzie oblegali krawców. I pół roku czekało się w kolejce. A teraz... - pan Jan macha ręką.

O zakończeniu pracy myśli również Jan Sokół, który od 59 lat pracuje w zawodzie kaletnika. Kiedyś zajmował się szyciem torebek. Spod jego ręki wychodziły istne cudeńka. - A teraz ludzie kupują torebki bardzo tanio. Nie jestem w stanie wykonać ich za taką cenę - przyznaje. I ubolewa, że kaletnictwo jest ginącym zawodem.

- Kiedyś w Białymstoku było 50 kaletników, a dziś? Nie słyszałem, żeby w okolicy ktoś jeszcze produkował torebki - kwituje. - Teraz wszystko jest chińskie...

Podczas naszej rozmowy do zakładu pana Jana wchodzi klientka. Chce dać do naprawy torebkę córki. - Córka zamówiła ją przez internet, za 90 złotych, i po kilku dniach noszenia torebka się rozwaliła - żali się klientka.

Pan Jan na swoją pracę daje gwarancję. - Nigdy nie miałem żadnej reklamacji - zapewnia. - Ale to chińszczyzna. Materiały są bardzo słabe. Wiatr zawieje i się rwą.

Modystek czar

Zmierzch swojej profesji dostrzegają również modystki. - Bo to ciężka praca. Młode dziewczyny chcą mieć ładny manicure, a przy naszej pracy ręce są zniszczone - tłumaczy Danuta Szaciłowska, która od pół wieku zajmuje się wyrobem kapeluszy. Nauczyła się tego od swojej wspólokatorki, z którą mieszkała przez trzy lata.

Danuta Szaciłowska kapelusze wyrabia od 50 lat. I ubolewa, że białostoczanki coraz rzadziej je noszą
Diana Krasowska - Jest moda na ekologię i ludzie odsuwają się od naturalnych futer - mówi Teresa Choroszucha, która talent kuśnierski odziedziczyła po tacie

- Bardzo spodobało mi się to szycie, bo tak nerwowo przy tym odpoczywałam - śmieje się 66-latka. I nadal bardzo lubi swoją pracę, choć ma ona kilka minusów.

- Sezon trwa tylko pół roku, bo latem nikt kapeluszy nie kupuje - wyjaśnia. -No i żeby zrobić taki kapelusik, to trzeba mieć prawidełka, czyli takie formy zrobione z drzewa. Są one bardzo drogie. Jedno kosztuje nawet tysiąc złotych! Każde z nich jest na inny fason. Żeby na tym zarobić, trzeba dużo zainwestować.

Swoje kapelusze sprzedaje kobietom w różnym wieku i na różne okazje.

- Była u mnie ostatnio pewna starsza pani, która dopiero wychodziła za mąż. Baciuszka jej powiedział, że nie może iść do ślubu w welonie, ale musi mieć coś na głowie, więc kupiła piękny, biały kapelusik - opowiada pani Danuta. - No ale to już rzadkość. Dziś mało kto nosi kapelusze. Kiedyś kobiety chodziły w paltach z lisa, z norek i do tego stroju kapelusik pasował, a teraz to najwyżej starsze panie na niedzielę do kościoła coś założą.

Ojciec szewc z syna dumny

Na coraz mniejszą liczbę klientów narzeka też białostocki szewc Wiesław Chuczun.

- Kiedyś miałem tyle pracy, że klient na naprawę buta musiał czekać nawet 10 dni! - wspomina.

Szewcem jest od ponad 40 lat. Warsztat przejął po ojczymie, też szewcu. W pawilonie na Bema 11 naprawia białostoczanom obuwie od 1974 r.

- Jestem tu od początku. Ja ten pawilon przy Bema pomagałem budować. A teraz minęło już ponad 40 lat… - wspomina z sentymentem 74-latek. Kiedyś zajmował się głównie wykonywaniem obuwia od podstaw. Teraz już je tylko naprawia. - Tutaj na Bema było kilku szewców, bo to był bardzo potrzebny i popularny fach - podkreśla pan Wiesław. - Jedni zajmowali się produkcją butów, a inni je reperowali. Dziś pracy jest dużo mniej. Bo teraz ludzie często kupują tanie obuwie z Chin i po sezonie po prostu je wyrzucają.

Ale stali klienci ciągle przychodzą.

- Bo nadal są tacy, którzy kupują porządne buty i opłaca im się je naprawiać - cieszy się.

Prawie 15 lat temu oficjalnie przekazał prowadzenie zakładu synowi. - Grzegorz jest z zawodu mechanikiem, ale nauczył się fachu ode mnie - podkreśla z dumą ojciec. - I jestem z syna bardzo dumny. Teraz zdarza się to coraz rzadziej, że młodzi chcą przejmować fach po rodzicach. Zawody umierają.

Diana Krasowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.