Ludzie się boją. Urzędnik grozi: Mamy znajomych w prokuraturze

Czytaj dalej
Fot. 123rf
Tomasz Kubaszewski

Ludzie się boją. Urzędnik grozi: Mamy znajomych w prokuraturze

Tomasz Kubaszewski

Dotarliśmy do bulwersującego nagrania ze spotkania dyrekcji Zarządu Dróg i Zieleni w Suwałkach z pracownikami.

Zastępca dyrektora Zarządu Dróg i Zieleni miał zastraszać pracowników. - Jeżeli cokolwiek napiszecie w internecie, dowiemy się, kto był autorem - opowiadają ludzie. - A gdyby komuś przyszło złożyć doniesienie do prokuratury, mamy tam znajomych.

Ale wicedyrektor Piotr Tarasiewicz zapewnia, że to tylko nadinterpretacja jego słów. Nie ma ani możliwości, aby ustalić, kto i co wpisuje do internetu, ani żadnego wpływu na organy ścigania.

Sąd nie zostawił na dyrekcji suchej nitki

Czarne chmury nad tym, jak w ZDiZ, czyli miejskiej instytucji, utrzymywanej z pieniędzy podatników, traktowani są pracownicy, pojawiły się po nagłośnionej przez Nowiny Suwalskie, a potem powielonej przez inne media, w tym ogólnokrajowe, sprawie Anny Reguckiej - zwolnionej z pracy urzędniczki. Przez wiele miesięcy przebywała ona na zwolnieniu lekarskim. Kiedy wróciła do pracy, dyrektor Tomasz Drejer poinformował, że jej poprzednie stanowisko zostało zlikwidowane. Otrzyma więc skierowanie do działu zieleni miejskiej. A że była to zima, Regucka, posiadająca wyższe wykształcenie, zostałaby najprawdopodobniej skierowana do odśnieżania miejskich ulic. Na to nie wyraziła zgody. Wtedy dyrektor zwolnił ją dyscyplinarnie.

Urzędniczka odwołała się jednak do sądy pracy i wygrała. Na ZDiZ sędzia nie pozostawił praktycznie suchej nitki. Z uzasadnienia wyroku jasno wynika, że pracownika z wyższym wykształceniem do łopaty skierować nie można. I - w ogóle - żaden pracodawca, a szczególnie publiczny, tak ludzi traktować nie powinien.

Komentując to sądowe rozstrzygnięcie Anna Regucka miała nadzieję, że dzięki temu inne osoby, które znalazły się w podobnej sytuacji, też odważą się walczyć o swoje. A nie jest specjalną tajemnicą, że w publicznych suwalskich instytucjach ludzie mają wiele problemów. Tyle, że je ukrywają.

Donosy stąd wyszły

W połowie marca tego roku, gdy sprawa Reguckiej była już głośna, ale jeszcze sąd nie wydał wyroku, w ZDiZ odbyło się spotkanie dyrekcji z załogą. Udało nam się dotrzeć do nagrania, na którym uwieczniono całe to spotkanie. Główny temat: wybór przedstawicieli do komisji socjalnej. Kiedy to już się dokonało, padła propozycja, by porozmawiać też na inne tematy.

Dyr. Drejer stwierdził, że bolą go niesprawiedliwe wpisy na jednym z portali internetowych. Ów portal, nie powołując się na źródło, zamieścił informację o Annie Reguckiej. Ludzie zaczęli tam umieszczać wpisy dotyczące całej działalności ZDiZ. Posypało się wiele mocnych słów.

- Dziwię się, że dyrektor Drejer jeszcze się nie zdenerwował - podsumował podczas spotkania Piotr Tarasiewicz.

Chwilę potem stwierdził, że 9 wpisów pochodziło z jednego komputera, czyli że całą debatę napędza praktycznie parę osób, jeśli nie mniej.

- Miałem przyjemność sprawdzić to na jednym z portali - dodał.

I pada nawet nazwisko właściciela, ale jedynie z pochodzącym od niego cytatem, iż „każdy ma prawo komentować”.

Niedługo potem zastępca dyrektora powołuje się na rozmowę z, jak twierdzi, „kolegą prokuratorem”. Miał on powiedzieć, że z urzędu nie może wszcząć postępowania przeciwko autorom różnego rodzaju internetowych wpisów.

Kierownictwo ZDiZ odnosi się też do opisywanej na naszych łamach sprawy śledztwa, które dotyczy potencjalnych nieprawidłowości przy rozstrzyganiu w tej firmie przetargów. Postępowanie prowadzi prokuratura w Łomży. Podczas spotkania z pracownikami dyr. Tarasiewicz sprawę już rozstrzyga. Mówi, że winni są poprzednik Drejera oraz właśnie... Anna Regucka. - Te donosy stąd wyszły - dodaje. - Wiecie, kto jest zadowolony z pracy, a kto nie jest. Tutaj chodzi o to, żeby wyrzucić z roboty dyrektora Drejera. Wszystko może też źle skończyć się dla całej firmy.

Zdaniem wicedyrektora, ci, którzy donosili, powinni mieć wyrzuty sumienia. Bo skoro ktoś wierzy w Boga i chce żyć przyzwoicie, donosić nie powinien.

Spotkanie z pracownikami trwało dobrze ponad godzinę.

Chodzi o dobre imię

- Trudno odbierać to inaczej niż jako próbę pokazania, jacy my jesteśmy mocni - mówi osoba, która przekazała nam nagranie. - Przecież dane o wpisach na internetowych forach można uzyskać albo od administratora strony, który ma informacje o numerze identyfikacyjnym komputera, z którego wpisu dokonywano, albo od policji czy prokuratury. Inny możliwości nie ma.

Ale Piotr Tarasiewicz zapewnia, że o takie informacje do nikogo nie występował.

- Nawet pobieżna analiza treści różnych komentarzy, jak i czas pojawiania się ich w portalu internetowym pozwoliła wyciągnąć wniosek o wcześniejszym przygotowaniu „reakcji” na treść artykułów, jak również wskazuje na to, że pochodzą od jednej osoby, czyli z jednego komputera - wyjaśnia.

Przyznaje jednocześnie, że raz „zasięgnął opinii prawnej jednego z kolegów - prokuratora”, ale chodziło o obronę dobrego imienia przełożonego, czyli Tomasz Drejera oraz całego ZDiZ.

- Nigdy nie było moim zamiarem zastraszanie któregokolwiek z pracowników - dodaje. - W kontaktach z załogą ani razu nie dano mi odczuć tego typu sytuacji. Wręcz przeciwnie - współpraca z podległymi pracownikami układa się dobrze.

Z nagrania nie wynika, aby załoga wicedyrektorowi klaskała.

Tomasz Kubaszewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.