Ludzie walili na wystawę pełną trumien, szkieletów i krwi

Czytaj dalej
Fot. Tomasz Kubaszewski
Tomasz Kubaszewski

Ludzie walili na wystawę pełną trumien, szkieletów i krwi

Tomasz Kubaszewski

Takich tłumów w suwalskim Muzeum Okręgowym dawno nie było. Żeby zobaczyć wystawę Zdzisława Beksińskiego, jego fani przyjeżdżali specjalnie z Białegostoku, Olsztyna czy nawet Warszawy. Na parę miesięcy Suwałki stały się kulturalnym centrum Polski.

Eliza Ptaszyńska, kustosz w suwalskim muzeum, jedna z najlepszych w Polsce znawczyń twórczości Alfreda Wierusza-Kowalskiego i malarskiej szkoły monachijskiej, na pomysł, by zorganizować taką wystawę wpadła na początku ubiegłego roku. - Stało się to zaraz po tym, jak dowiedziałam się, że niedługo na ekrany wejdzie film poświęcony rodzinie Beksińskich - opowiada. - Przypuszczałam, iż o filmie będzie głośno, wzrośnie więc i zainteresowanie twórczością tego malarza.

Eliza Ptaszyńska, z wykształcenia historyk sztuki, organizowała już w suwalskiej placówce wiele znakomitych wystaw, z tzw. Monachijczykami na czele. To w dużej mierze dzięki jej staraniom Suwałki przypomniały sobie o urodzonym w tym mieście Wieruszu-Kowalskim. Napisała o nim monografię, zredagowała dwa albumy z jego obrazami, napisała mnóstwo artykułów.

Zajmowała się więc głównie dosyć tradycyjnym malarstwem, które z fantastycznymi, pełnymi trumien, szkieletów i krwi wizjami Beksińskiego za wiele wspólnego nie mają. Dlaczego postanowiła zorganizować jego wystawę?

Za takiego artystę mało się nie płaci

- Co by nie powiedzieć o twórczości Beksińskiego, jest to z całą pewnością malarz bardzo rozpoznawalny - tłumaczy, przyznając jednocześnie, iż nie zalicza się ani do „wyznawców” artysty, ani do tych, którzy na jego obrazy nie mogą wręcz patrzeć. - Pomyślałam, że taka wystawa nie przejdzie bez echa. Od razu założyłam też, że nie ograniczymy się do powieszenia obrazów i zorganizujemy przy okazji kilka spotkań poświęconych rodzinie Beksińskich.

- Spodziewałam się, że ta wystawa wzbudzi duże zainteresowanie - mówi Eliza Ptaszyńska, kustosz w suwalskim muzeum.
Tomasz Kubaszewski Na Aleksandrze Koniecznej twórczość Beksińskiego robi wrażenie, ale za długo nie chciałaby z nim obcować.

Pierwszą rozmowę z Wiesławem Banachem, dyrektorem muzeum w Sanoku, skąd artysta pochodził i gdzie znajduje się największa kolekcja jego dzieł, odbyła wczesną wiosną ubiegłego roku. W środowisku muzealników ani Ptaszyńska, ani kierujący suwalską placówką Jerzy Brzozowski nie są anonimowymi postaciami. Mogli więc liczyć na przychylność dyrektora Banacha. Na przykład w sprawie opłat. Suwalczanie musieli znaleźć dosyć pokaźną kwotę i trochę to trwało. O jakie pieniądze chodzi konkretnie, nie wiadomo. Chroni to tajemnica handlowa. Ale za Beksińskiego mało się nie płaci. Tym bardziej, gdy chce się pokazać ponad 150 jego prac - obrazy, rysunki, zdjęcia.

Eliza Ptaszyńska zaczęła też dogrywać szczegóły imprez towarzyszących. Postanowiła zaprosić autorów dwóch książek: Magdalenę Grzebałkowską i Wiesława Weissa. Ta pierwsza napisała „Beksińskich. Portret podwójny”, Weiss natomiast - „Tomek Beksiński. Portret prawdziwy”, czyli opowieść o synu malarza - dziennikarzu i tłumaczu. W swoich napiętych kalendarzach zarezerwowali terminy na przyjazd do Suwałk.

Sytuacja skomplikowała się trochę w przypadku twórców filmu fabularnego, czyli „Ostatniej rodziny”. Na ściągnięcie reżysera Jana P. Matuszyńskiego szans specjalnych nie było. Muzeum prowadziło więc rozmowy ze scenarzystą Robertem Bolestą. Ostatecznie, ku uciesze publiczności, w Suwałkach pojawiła się Aleksandra Konieczna, odtwórczyni roli żony i matki Zofii Beksińskiej. Aktorka ma też wielu fanów w związku z tym, że występuje w serialu „Na Wspólnej”.

- Na finisaż wystawy przyjedzie jeszcze z Sanoka Wiesław Banach, który o Beksińskich wie chyba najwięcej, bo ze Zdzisławem znali się wiele lat - dodaje dyr. Brzozowski.

Więcej ludzi przyszło tylko na terakotową armię

Kiedy w końcu września ubiegłego roku na ekrany weszła „Ostatnia rodzina”, ludzie zaczęli tłumnie walić do kin, film zgarnął najważniejsze nagrody na festiwalu w Gdyni, a zainteresowanie Beksińskim osiągnęło apogeum, suwalczanie wszystkie kwestie organizacyjne mieli już dograne.

- Po tę wystawę ustawiają się długie kolejki - przyznawała w grudniu ubiegłego roku podczas wernisażu w Suwałkach Dorota Szymko-Osękowska z sanockiego muzeum. - Beksiński zawsze ściągał dużą publiczność. Ale to, co dzieje się obecnie, przerasta wszystko.

Bo to nie tylko film, nie tylko mroczna, pełna postaci wprost z horrorów twórczość, ale też sposób rozstania się z tym światem zarówno ojca, jak i syna. Pierwszy został zamordowany przez młodego człowieka. Drugi popełnił samobójstwo. To budzi dodatkowe zainteresowanie.

W muzeum zawisły nie tylko bardziej i mniej znane dzieła, pochodzące praktycznie ze wszystkich okresów twórczości Beksińskiego, ale też rysunki oraz zdjęcia. Te ostatnie nie są tak efektowne, jak duże obrazy, ale porażają w równym stopniu. Fotografią Beksiński zajmował się w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Nie były to ani zwykłe portrety, ani zwykłe pejzaże. Poruszający jest nawet akt kobiecy.

- Spodziewałam się, że ta wystawa wzbudzi duże zainteresowanie - mówi Eliza Ptaszyńska, kustosz w suwalskim muzeum.
Tomasz Kubaszewski Dyr. Jerzy Brzozowski nie ma wątpliwości, że zainteresowanie artystą wynika nie tylko z jego obrazów.

- Trafiliśmy z tą wystawą w idealny moment - mówi dyr. Brzozowski. - Istotne okazało się też to, że twórczość Beksińskiego znajduje się w szkolnych programach nauczania. Na wystawę przychodziło dużo młodzieży.

Drzwi w muzeum niemal się nie zamykały. Mimo że bilet na Beksińskiego kosztował dwa razy więcej niż normalnie, czyli 10 zł. Jak na Suwałki, to naprawdę znaczna kwota. Do tej pory wystawę obejrzało ponad 4,5 tysiąca ludzi. - To drugi wynik w historii muzeum - dodaje Brzozowski. - Więcej ludzi, bo ponad 10 tysięcy, przyszło tylko w 2007 roku na chińską armię terakotową. To dzięki Litwinom. W tym samym czasie w ich telewizji ukazał się reportaż o tejże armii. Jak się rozeszło, że jej część można zobaczyć w pobliskich Suwałkach, przyjeżdżały do nas całe autokary.

Jedynym dzieckiem Zdzisława i Zofii był Tomasz Beksiński. Urodził się w 1958 r. W latach 80. stał się znany jako prezenter muzyczny radiowej Trójki. Jego audycje pełne były dramaturgii i nie ograniczały się jedynie do zapowiadania kolejnych piosenek. Tomasz kilkakrotnie próbował odebrać sobie życie. Ostatecznie uczynił to w Wigilię Bożego Narodzenia 1999 r.

Na spotkaniach z autorami książek o Beksińskich oraz pokazie „Ostatniej rodziny”, połączonym z wizytą Aleksandry Koniecznej, która kilka dni później otrzymała prestiżowego Orła za najlepszą rolę kobiecą, frekwencja również dopisała. Zainteresowanie budził nie tylko malarz, ale też jego syn. Doszło nawet do czegoś na kształt zaocznej polemiki. Magdalena Grzebałkowską przedstawiła Tomasza Beksińskiego jako osobę, która, podobnie jak w filmie, wyrzuca przez okno telewizory. Ale Wiesław Weiss twierdził, że to wierutna bzdura. - Tomek nigdy czegoś takiego by nie zrobił - przekonywał.

Kropkę na „i” postawiła Aleksandra Konieczna. - W ramach przygotowań do „Ostatniej rodziny” obejrzeliśmy mnóstwo archiwalnych materiałów - opowiadała. - Jak wiadomo, Beksiński niemal nieustannie filmował najbliższe otoczenie. Zobaczyliśmy tam takie sceny, że to, co pokazał Jan Matuszyński jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Gdyby obrońcy Tomka to obejrzeli, zmieniliby zdanie.

Da się to powtórzyć?

- Chyba całkiem nieźle to wszystko wyszło - podsumowuje Eliza Ptaszyńska. - Udało nam się pokazać Beksińskiego z bardzo różnych punktów widzenia. Wierzyłam, że ta wystawa i towarzyszące jej przedsięwzięcia będą tzw. hitem i miło, że to się potwierdziło. Udało nam się otworzyć wielu ludzi na sztukę. A o to między innymi w naszej działalności chodzi.

Wystawa będzie czynna tylko do 2 kwietnia. Dwa dni później muzeum zaprosi jeszcze na spotkanie z Wiesławem Banachem.

Dyrektor Brzozowski zdaje sobie sprawę, że poprzeczkę kierowana przez niego instytucja zawiesiła bardzo wysoko. Sukces wystawy Beksińskiego, która ostatecznie, dzięki zwiedzającym oraz sponsorom, sfinansowała się, a być może wyjdzie nawet na lekki plus, trudno będzie powtórzyć.

- Robimy swoje - mówi. - Niedługo zaprezentujemy twórczość znakomitego malarza Witolda Urbanowicza. Po część jego prac pojedziemy aż do Paryża. Wiemy, że ta ekspozycją już wzbudza zainteresowanie innych placówek. A jak będzie ze zwiedzającymi? No cóż. Urbanowicz nie jest jak Beksiński kontrowersyjnym artystą, nikt nie nakręcił o nim filmu.

Tomasz Kubaszewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.