Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Gabor Lörinczy: Mój ojciec, Węgier, modlił się nawet trzy razy dziennie

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne

Gabor Lörinczy: Mój ojciec, Węgier, modlił się nawet trzy razy dziennie

Choć płynie w nim węgierska krew, to bije kurpiowskie serce. 75-letni fotograf Gabor Lörinczy na Kurpiach znalazł swój raj. Pokochał ludzi i przyrodę. Z wzajemnością. Widać to na jego fotografiach.

Rozmowa z Gaborem przypomina przeglądanie fotograficznego albumu. Może dlatego, że - jak sam o sobie mówi - wędrując przez życie widzi wszystko przez pryzmat zdjęć. O swoim życiu i pracy opowiada z pasją i ogromnymi emocjami: - I wtedy wiesz, ja tu, ja tam, jadę, widzę, tu od razu bym takie i takie zdjęcie zrobił, a tam można uchwycić to tak...

W blasku choinki stojącej na Starym Rynku w Łomży, ze swoistym ciepłym uśmiechem i wzrokiem spoglądającym spod ciemnych okularów, wypowiedział słowa, które oddają jego życie: „Wiesz, przyjacielu, na Kurpiach odnalazłem swój raj na ziemi”.

Języka polskiego uczył się na podwórku

Życiowe losy rzuciły Gabora do krainy oddalonej od jego miejsca urodzenia o ponad 650 km. To tu przez dekady rozwijał swój kunszt fotograficzny, pielęgnował miłość do przyrody i do kobiety swojego życia. No i został Honorowym Kurpiem. Jak to się stało?

- Wiesz, nie wiem. Moje życie i wiele z tego, co się w nim się wydarzyło jest magiczne. Bo jeśli kochasz ludzi i wierzysz w Boga, to żyjesz jako dobry człowiek. I tak myślę, że może właśnie ta moja głęboka wiara sprawiła, że życie spędziłem właśnie tutaj, w Polsce, a nie na Węgrzech - wyjaśnia Gabor. - Choć w mieście, w którym się urodziłem, też dzieje się jakaś magia, bo tam rodzą się głównie dobrzy ludzie, a wśród nich wielu artystów - podkreśla.

Historia Gabora zaczyna się w 1941 roku w Satoraljaujhelyi, gdzie się urodził. - Do tego miasta los wrzucił moją mamę - 75-latek snuje swoją opowieść. - Mama, Irena Wiśniewska, była Polką, pochodziła ze Śniadowa. Była córką oficera Korpusu Ochrony Pogranicza, który pracował wówczas na granicy polsko-rumuńskiej. Jechała pociągiem do obozu internowanych i życie sprawiło, że przypadkowo poznała mojego tatę, Węgra, Garyfasza... Natknęła się na niego w pociągu. Ojciec pojechał za mamą, później był ślub, a rok później urodziłem się ja.

Jak wspomina Gabor, ojciec był bardzo religijny, modlił się codziennie, czasami nawet po trzy godziny.

- Może to też sprawiło, że między rodzicami narodziła się prawdziwa miłość - zastanawia się. Zapytany, czy była to miłość od pierwszego wejrzenia, odpowiada pewnie i stanowczo: - Zdecydowanie, to była taka miłość, jak moja do Kurpi. Prawdziwa.

Jak dodaje, rodzicom nie przeszkodziło nawet to, że na początku - z powodu bariery językowej - nie mogli się ze sobą porozumieć.

- Mama była kobietą niezwykłej urody, tata - starszy od niej, prawdziwy artysta. Był malarzem, skończył Akademię Sztuk Pięknych w Budapeszcie i Monachium - opowiada Gabor.

Życiowe plany młodego małżeństwa były wystawione na próbę.

- W 1947 roku dotarliśmy do rodzinnej miejscowości mamy, do Śniadowa - wspomina łomżanin. - Pojawiły się jednak problemy z dokumentami, bo ich po prostu nie mieliśmy. Po dwóch miesiącach pobytu w Polsce, znów więc trafiliśmy na Węgry. Tak wtedy zdecydowały lokalne władze. Nie wiedzieliśmy, co dalej z nami będzie, ze mną i z mamą, bo tata trafił do więzienia. Posadzili go za to, że rysował polityczne karykatury. Ale ojca żaden ustrój nie były w stanie zniszczyć. Te wydarzenia też nie zmieniły tego, co łączyło moich rodziców.

W 1949 roku Gabor z rodzicami na dobre przeprowadził się do Polski. I choć płynie w nim węgierska krew, czuje się Polakiem. Równie dobrze posługuje się dwoma językami. - Języka polskiego uczyłem się na podwórku, więc nie zawsze to były te pozytywne słowa - śmieje się do wspomnień.

Aparat? Zawsze pod ręką!

Ziemia Łomżyńska, Mazowsze, a szczególnie Kurpiowszczyzna to jego miejsce na ziemi. Lorinczy jest swoistym świadkiem historii, która się tutaj działa. Historii, którą przez całe swoje dorosłe życie utrwalał jako reporter. To on fotografował etnografa, muzealnika, działacza społecznego i politycznego Adama Chętnika, on biegał z aparatem przed Czesławem Miłoszem, kiedy ten odwiedzał Łomżę. Zawsze też żył blisko natury. Przez lata mieszkał w Dobrymlesie, z którego zrobił swoją stolicę Kurpi, a teraz - mieszkając w Łomży - co dzień spogląda z okien swego domu na Dolinę Narwi.

Gabor Lörinczy: Mój ojciec, Węgier, modlił się nawet trzy razy dziennie
Archiwum prywatne Fotograf Gabor Lorinczy z Łomży jest jednym z laureatów tegorocznej edycji Konkursu o Nagrodę i Medal Zygmunta Glogera. Nagrodę odebrał w tradycyjnym stroju kurpiowskim.

Kocha przyrodę. Sposób, w jaki o niej opowiada, pokazuje jego wielki szacunek do natury. Podkreśla, że docenia każde istnienie, nawet najmniejszego źdźbła trawy.

- Ja po prostu kocham to miejsce, tych ludzi, którzy tu żyją - mówi z nostalgią. A po chwili rzuca kolejną anegdotą: - Kiedyś na czarne bociany czaiłem się z aparatem przez kilka dni. Udało się! Młode wylądowały praktycznie przede mną, ale ja miałem wtedy tylko długi obiektyw, więc nie mogłem im zrobić dobrych zdjęć. Później je dokarmiałem, to chodziły za mną, a ja w końcu dostałem swoją szansę, by zrobić świetne fotografie.

Tato przemycał paprykarz

Święta dla Gabora zawsze były czasem magicznym. W latach 70-tych tradycję świąteczną pielęgnowali dziadkowie, rodzice mamy.

- Dziadek był strasznym Piłsudczykiem, a babcia typową gospodynią - wspomina Gabor. - To dzięki niej na świątecznym stole zawsze były gołąbki, nóżki w galarecie, a dziadek przygotowywał wędliny i dbał o nalewki - śmieje się. - Ojciec zawsze przemycał na święta trochę węgierskich smakołyków, jak na przykład specjalny paprykarz. Wiele potraw, które przygotowywał, było naszpicowanych czosnkiem. Robił też peklowaną słoninę, którą później posypywał papryką. Ta słoninka to miała wtedy z 10-12 cm grubości, a nie to co teraz. Nie było lepszego jedzenia!

Tegoroczne święta Gabor spędzi z ukochaną żoną Jadzią.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Gazety Współczesnej.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Gazety Współczesnej
  • codzienne e-wydanie Gazety Współczesnej
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Wakacje 50% taniej!

Wakacje 50% taniej!

55,00 110,00

Zabierz ze sobą prenumeratę cyfrową na wakacje! Gazeta Współczesna online oraz w wersji PDF na 90 dni 50% taniej! Tylko do 3 lipca!

Kup teraz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.