"Mamo, nie czuję nóg". Historia Ani z Moniek poruszyła serca Polaków.

Czytaj dalej
Izabela Krzewska

"Mamo, nie czuję nóg". Historia Ani z Moniek poruszyła serca Polaków.

Izabela Krzewska

Miała już jedną operację, ale po podaniu niewłaściwej narkozy, stanęło jej serce. Kirgijscy lekarze są bezradni. Kobieta musi trafić na leczenie do Polski. Mimo kosztownego transportu, dzięki ludziom dobrej woli, jest to możliwe.

Ten wyjazd planowała od dawna. To miała być wspaniała przygoda: wędrówki po górach łańcucha Tien Szan w Kirgistanie, wspinaczka po lodowcu... W jednej chwili życie Anny Lulkiewicz z Moniek zmieniło się diametralnie. Śmigłowiec, którym leciała z innymi turystami na wycieczkę, rozbił się przy lądowaniu. Od miesiąca 37-latka leży sparaliżowana w szpitalu. Przed nią chyba największe wyzwanie: stanąć na nogi.

Romuald Lulkiewicz wciąż ma przed oczami małą 10-letnią dziewczynkę, która razem z nim, bratem i mamą chodziła po Sudetach. To były ich rodzinne, wakacyjne wyjazdy. Mama zawsze trzymała się trochę z tyłu.

- Ja nie lubię gór. Po prostu się ich boję. W głowie miałam obraz spadających ludzi - mówi pani Zofia.

Miłość do gór i zwiedzania świata Ania musiała odziedziczyć po ojcu.

Ukończyła wydziały na dwóch uniwersytetach. Ma dyplom z biologii i ochrony środowiska. Przez jakiś czas była też pracownikiem naukowym na UwB, myślała nad doktoratem. Ostatecznie znalazła pracę w urzędzie w Mońkach, a pasją zajmowała się „po godzinach”. Zaangażowana w ochronę przyrody, eksplorowała Biebrzański Park Narodowy. Biebrzą spływała kajakiem i tratwą.

To zapalona podróżniczka. Zaliczyła Karpaty, Alpy, wiele szczytów. Była w Austrii, Hiszpanii, Tajlandii, na Sri Lance, przez Dubaj do Kambodży.

- Ta wycieczka do Kirgistanu miała być kolejną ciekawą przygodą - wspomina tata 37-latki.

Odniosła najgorsze obrażenia

Ania wyjechała tam ze znajomymi na początku lipca. Odbyli sześciodniowy trucking w górach Tien Szan, w pobliżu miejscowości Caracol. 9 lipca śmigłowiec miał przetransportować turystów do base campu w okolicach szczytów Khan Tengri i Pik Pobiedy w paśmie na pograniczu Kirgistanu i Chin. Mieli tam chodzić po lodowcu. Południowym Inylczek to 60,5 kilometrów długości, prawie 600 kilometrów kwadratowych² powierzchni - według opisów - niezwykle malownicze miejsce. Nie dotarli tam.

Lot był organizowany przez kirgiską agencję turystyczną Ak-Sai Travel do ich bazy namiotowej. Takie loty odbywają się regularnie dwa-trzy razy w tygodniu.

Śmigłowiec szykował się do lądowania. Wtedy doszło do katastrofy.

- W trakcie lądowania helikopter odbił się od lądowiska i stracił równowagę. Pilot próbował podnieść maszynę, ale nie udało mu się odzyskać kontroli. Zahaczył o skały. Rozbiliśmy się - opowiada Gosia, koleżanka Ani Lulkiewicz. Ona również leciała tym śmigłowcem.

Z jej relacji wynika, że helikopter spadł do niecki polodowcowej, która była częściowo wypełniona breją.

"Mamo, nie czuję nóg". Historia Ani z Moniek poruszyła serca Polaków.
Archiwum prywatne Ostatnie zdjęcia Ania zamieściła na swoim profilu Facebookowym 8 lipca - dzień przed katastrofą. Wtedy urwał się z nią kontakt

- To prawdopodobnie uratowało nas przed wybuchem - mówi kobieta.

Uważa, że zawinił pilot, a nie - jak przekazują kirgijskie media - zła pogoda i silny wiatr.

Jęki, krzyki przerażonych pasażerów... Ciemność. Przygnieciona bagażami kobieta dopiero po dłuższej chwili się wyswobodziła.

- Uciekaliśmy stamtąd jak najszybciej. Mieliśmy świadomość, że paliwo lotnicze jest łatwopalne i może dojść do zapłonu - opowiada Małgorzata.

Część pasażerów zdołała wyjść ze śmigłowca o własnych siłach. Nie wszyscy, na przykład Ania. Dopiero po otwarciu tylnego luku można ją było wydostać.

- W bazie, do której lecieliśmy był tylko jeden lekarz. Nie było potrzebnych sprzętów, które naszym zdaniem powinny się znaleźć w takim miejscu, np. noszy - zauważa Polka. - W oczekiwaniu na śmigłowiec ratunkowy, grupa osób zbijała dla Ani prowizoryczne nosze z desek. Na szczęście mieli aparaturę, która pozwoliła ustabilizować jej stan tuż po wypadku. Podano jej tlen i kroplówkę.

Dopiero po paru godzinach śmigłowiec zabrał pierwszych poszkodowanych do szpitala.

Na pokładzie tego, który się rozbił, znajdowało się dziesięciu turystów. Wśród nich czworo Polaków. Wszyscy zostali ranni. Ale przeżyli.

- Chyba dopiero jak opadły emocje, dotarło do nas, że przecież mogliśmy zginąć. Mieliśmy wiele szczęścia. To się mogło skończyć tragicznie - przyznaje Gosia.

Najłagodniejsze obrażenia to siniaki i otarcia. Ona miała złamane dwa żebra. Inna osoba pęknięcie dwóch kręgów (nieoperacyjne), złamanie twarzoczaszki i złamanie piszczele. Najbardziej ucierpiała Ania.

W wyniku wypadku doznała bardzo skomplikowanych obrażeń kręgosłupa: złamania w odcinku szyjnym i piersiowym, uszkodzony rdzeń kręgowy. W tej chwili jest sparaliżowana od klatki piersiowej w dół. Od niemal miesiąca przebywa w prywatnym kirgiskim szpitalu w Biszkek. W przeciwieństwie do pozostałych Polaków, jej stan nie pozwala na transport.

Ania dzień po katastrofie sama zadzwoniła do rodziny.

- „Mieliśmy wypadek, helikopter się rozbił, leżymy w szpitalu, ja nie czuje nóg” - wyrzuca słowa jak z karabinu Zofia Lulkiewicz, mama Ani. Przyznaje, że zaraz oddała słuchawkę mężowi. Nie chciała rozpłakać się przy córce.

Tata chciał jechać tam od razu. Kupił bilet do Kirgistanu, był już na lotnisku w Warszawie. Ania nie chciała jednak, żeby przyjeżdżał.

- Zmusiła mnie, żebym nie jechał. Prawdopodobnie chciała mi oszczędzić widoku w tej początkowej fazie. Bilet przepadł. Wróciłem do domu. Kiedy jednak dowiedziałem się, że ma przejść operację, po dwóch dniach kupiłem drugi bilet. Już nie informowałem córki. Wsiadłem do samolotu i przyjechałem do Biszkeku - opowiada pan Romuald.

Przy łóżku córki czuwał przez ostatnie trzy tygodnie. Wrócił we wtorek.

- Myślę, że moja obecność pozytywnie wpłynęła na samopoczucie córki, łatwiej jej było wytrzymać w tych trudnych warunkach - dodaje.

Kontakt z pracownikami szpitala był utrudniony. W grę wchodził język rosyjski. Ponieważ po angielsku trudno się było porozumieć, w tłumaczeniu pomagał konsul.

Wspomniana operacja została podjęta przez neurochirurgów z Sankt Petersburga. Specjalnie w tym celu przylecieli do Biszkeku. Niestety operacja nie powiodła się: w klinice dostępny jest tylko jeden rodzaj narkozy, na który Ania bardzo źle zareagowała.

- W pewnym momencie zatrzymało się jej serce. Była konieczna reanimacja. Lekarze przerwali narkozę - relacjonuje Romuald Lulkiewicz.

Po ponad 20 dniach spedzonych tam na miejscu, nie ma wątpliwości: tamtejsi lekarze nie są już w stanie pomóc jego córce. Nie ma wiedzy, sprzętu i... specjalistów.

- Przypadek córki jest bardzo skomplikowany. W całym kraju są prawdopodobnie tylko dwaj neurochirurdzy. Mają ograniczone pole badań i wykonywania zabiegów - mówi ojciec moniecczanki.

Ponad dwa tysiące osób odpowiedziało na apel o pomoc

Ania była ubezpieczona, ale każdy dzień pobytu w szpitalu to koszt około tysiąca dolarów. Nie powiodła się operacja , a z drugiej strony lekarze nie pozwalają na transport kobiety do ojczyzny. Nie pozwala na to stan oddechowo-krążeniowy, który jest niestabilny. Podróż może być niebezpieczna. Mijają kolejne tygodnie. Suma ubezpieczenia przeznaczona na koszty leczenia i transportu wyczerpała się niemal całkowicie.

By dać Ani szansę na leczenie, trzeba ją sprowadzić ją do Polski: pod opieką lekarzy, specjalistycznym samolotem wyposażonym w aparaturę zbliżoną do tej dostępnej na OIOM-ie. Koszt takiego przelotu to 216 tys. zł.

W desperackim kroku rodzina zdecydowała się poprosić o pomoc. W poniedziałek 6 sierpnia brat Ani, Tomasz, zorganizował w internecie zbiórkę brakujących pieniędzy. Była zaplanowana na 30 dni. Potrzebna była zaledwie doba, żeby zebrać całą kwotę potrzebną na transport Ani. A nawet kilkadziesiąt tysięcy więcej. Akcję wsparło ponad 2 tysiące osób.

- Dziękujemy wszystkim. To zaangażowanie przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. To bardzo budujące, że tak wiele osób odpowiedziało na nasz apel. W ludziach jest wielka chęć pomocy - mówi Romuald Lulkiewicz.

Zbiórka pieniędzy jeszcze trwa. Główny cel został co prawda osiągnięty. Są pieniądze na powrót. Jednak powrót do kraju a powrót do zdrowia to dwie różne rzeczy. Zebrana na portalu zrzutka.pl nadwyżka zostanie przeznaczona na dalsze leczenie i rehabilitację Ani.

Pieniądze trafią na stworzone specjalnie w tym celu subkonto jednej z fundacji, gdzie będą czekać na moment, gdy tylko transport będzie możliwy.

Kiedy? We wtorek, do późnego wieczora, bliscy rozmawiali firmą transportową i z lekarzami z kirgiskiego szpitala. Niestety, okazało się, że w międzyczasie sytuacja Ani uległa zmianie. Występuje u niej silna niestabilność krążeniowa, będąca wynikiem urazu rdzenia. W związku z tym miejscowi lekarze, w porozumieniu z lekarzami, którzy mieli opiekować się Anią podczas powrotu do Polski, zdecydowanie polecili wstrzymać się z transportem. Aktualnie firma transportowa jest w stałym kontakcie ze szpitalem i codziennie aktualizuje informacji o stanie zdrowia 37-latki. Czekają na dobry moment na zorganizowanie przelotu.

Ania wciąż nie traci nadziei

A jak się czuje pacjentka? - W tej sytuacji uważam, że Ania jest jedną z najdzielniejszych, o ile nie najdzielniejszą dziewczyną, jaką znam. Ma w sobie dużo siły. Psychicznie dobrze się trzyma. Pozostajemy z nią w stałym kontakcie. Mimo, że jest w na prawdę w trudnym położeniu, niezmienne stara się z nami żartować - mówi Gosia, koleżanka Ani. - Śmieje się, że ręce ma sprawne, więc żebyśmy dali jej coś do roboty, bo inaczej się zanudzi.

Kobieta może liczyć na ogromne wsparcie przyjaciół, którzy nie tylko rozpropagowali w mediach społecznościowych akcję pomocy, ale dodają jej otuchy. Kobieta korzysta z telefonu. Często rozmawia z rodzicami.

- Jest spokojna. Jeszcze nas pociesza, że wszystko będzie dobrze - zauważa Zofia Lulkiewicz. - Nie dba o siebie. Martwi się o innych. Nawet teraz. Pisze do mnie: czy kwiatki podlewam, co z psem, czy chodzę na grzyby.

Wydaje się, że jest świadoma swojej ciężkiej sytuacji, ale nie traci wiary.

- Zauważyliśmy ruchy stóp. Lekarze różnie to tłumaczą. Ale pozostaje nadzieja, że skoro jest krążenie, może rdzeń kręgowy uda się jakoś odbudować. Ona w to bardzo wierzy, bardzo by chciała wrócić do sprawności, a przynajmniej - być samodzielną - zdradza pan Romuald.

- To uparta dziewczyna. Nic jej nie powstrzyma - kończy mama.

Izabela Krzewska

W Gazecie Współczesnej pracuję od 2009 roku.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.