Małgorzata Oberlan

Menadżer z czarnego BMW i inni. Rzucili wszystko, aby pomagać Ukraińcom

Ukraińcy uciekający przed wojną na granicy od początku mogli liczyć na pomoc zwykłych ludzi - wolontariuszy i kierowców takich jak Mariusz Sarzyński, Fot. Polska Press Ukraińcy uciekający przed wojną na granicy od początku mogli liczyć na pomoc zwykłych ludzi - wolontariuszy i kierowców takich jak Mariusz Sarzyński, którzy zabierali ich stąd i wieźli w bezpieczne miejsca w kraju.
Małgorzata Oberlan

Mariusz Sarzyński z Torunia 26 lutego rzucił wszystko i zaczął jeździć na granicę po uchodźców z Ukrainy. Nie może przestać pomagać, choć wcześniej nigdy nie był na Ukrainie i nie znał smaku wolontariatu. "Granica przyciąga jak magnes, a pomaganie uzależnia"- mówi. I takich ludzi są tysiące: kierowców, wolontariuszy na dworcach i w punktach zbiórek, pośredników w zakwaterowaniu.

"Łysol z gangsterskiego, czarnego BMW" - tak z humorem mówi o sobie Mariusz Sarzyński z Torunia. Ma duży dystans do siebie, wysoki poziom adrenaliny i, to już mówią o nim inni, wielkie serce.

Kim był przed 24 lutego 2022 roku? Menadżerem w niemieckiej firmie, facetem po rozwodzie zaangażowanym w opiekę nad dwoma córkami, pasjonatem sportu i fotografii. Kim się stał przez ostatnie trzy tygodnie? Kierowcą, który zaczął jeździć na granicę po uchodźców z Ukrainy i dowozić ich w głąb kraju, do bezpiecznych przystani. Wykonał pięć długich tras i liczne kursy. Nazwisk wielu przewożonych matek i dzieci nawet nie poznał. Ich twarze i historie będzie miał jednak na zawsze przed oczyma.

Początek. "Wiedziałem tylko, że jadę na Przemyśl. Wszystko działo się samo: w chaosie, ale ze zrywu serc"

W czwartek, 24 lutego, był w takim samym szoku jak miliony Polaków, do których dotarła wiadomość o tym, że Rosja zaatakowała Ukrainę.

W piątek, 25 lutego, szukał przez cały dzień informacji w sieci o tym, jak można pomóc. Szybko sobie podsumował, czym dysponuje. Nigdy wcześniej nie był na Ukrainie, ale zna rosyjski. Ma samochód ("Czarne BMW z przyciemnianymi szybami - idealne auto do przewożenia uchodźców"), samodzielność w pracy ("Jako menadżer już przed pandemią pracowałem głównie zdalnie"), dużo energii.

W moim przypadku rzucenie wszystkiego dotyczyło przede wszystkim dzieci. Starszą córkę, dwunastoletnią, oddałem do jej mamy (jesteśmy po rozwodzie). Zrozumiała. Z młodszą przez pewien czas się nie widywałem. W nocy z piątku na sobotę niewiele spałem. Biłem się z myślami. 26 lutego rano spakowałem do auta dwa śpiwory, jakieś ciuchy "dorosłe" i ubranka dziecięce, jedzenie, słodycze i... ruszyłem w drogę. Wiedziałem tylko, że jadę na granice i kieruję się na Przemyśl - opowiada.

W trasie Mariusz Sarzyński systematycznie zaglądał do internetu. Szukał wskazówek na tworzących się dopiero wtedy grupach pomocowych Na Facebooku. To stąd na początku miał wskazówki, że np. na przejściu granicznym w Hrebennem do odbioru będzie matka z dziećmi, którą przewieźć trzeba w głąb kraju.

W tych pierwszych lutowych dniach wszystko działo się samo. Było chaotycznie, impulsywnie, dziko czasami, ale z autentycznego zrywu serc. Mimo tłoku ludzie nie zajeżdżali sobie wtedy drogi na trasie, obsługa stacji benzynowych obdarowywała ukraińskie dzieci lizakami, a kelnerki w przydrożnych barach - czekoladami. Najważniejsi byli oni: przerażeni, wymęczeni ludzie na granicy. Matki i dzieci głównie, które trzeba było zabrać i dowieźć z punktu A do punktu B, czyli do bezpiecznej przystani - ciągnie Mariusz Sarzyński.

Dramaty uchodźców. "Oddali mi swoje 12-letnie córki, a sami wrócili walczyć"

Ukraińskich pasażerów do przewiezienia Mariusz znajdował dzięki wspomnianym grupom facebookowym. Kogo woził? Głównie kobiety z dziećmi, których imiona poznał, a nazwisk często wcale nie. Ich twarzy jednak pewnie nigdy nie zapomni. Niektóre historie osób wstrząsnęły nim do głębi.

Komunikat odebrałem taki: "Do przewiezienia dwie osoby z Hrebennego do Torunia". Pojechałem. Spodziewałem się matki z dzieckiem. Tymczasem byli to rodzice, którzy oddali mi swoje dwie 12-letnie córki, a sami wrócili na Ukrainę walczyć. Mnie, całkowicie obcemu człowiekowi, nieogolonemu łysolowi w czarnym BMW... Jak bardzo trzeba się bać o los swoich dzieci, by ten strach okazał się mniejszym niż powierzenie dzieci nieznanemu człowiekowi z innego kraju? Ta myśl nie daje mi spokoju do dziś - ciągnie torunianin.

Dziewczynki w wieku swojej starszej córki bezpiecznie dowiózł do Torunia. Znalazły bezpieczny dom u rodziny pod miastem. Kolejna sytuacja, która wryła mu się w pamięć? Ukrainka z dwoma synami w wieku 4 i 10 lat, do odebrania ze wsi już po polskiej stronie granicy. Schronienia udzielili im polscy gospodarze. Serdecznego, ale rodzina nie mogła tam zostać dalej. Dlaczego?

-Okazało się, że młodszy chłopiec ma nowotwór, jest po chemioterapii i wymaga pilnie dalszego leczenia. Znalazło się dla nich lokum i szansa na terapię aż w Gdyni. Pojechaliśmy. To była moja najdłuższa trasa: od granicy nad morze. Zatrzymywaliśmy się, ale drogę pokonaliśmy w ciągu 9 godzin. W podróży dowiedziałem się, że mąż tej kobiety poszedł walczyć, a w sąsiedztwie domu jej rodziców uderzyła bomba - wspomina.

Tyle twarzy, tyle historii... Matki z dziećmi, które uciekając przed wojną pakowały dobytek w jeden plecaczek, a potem z maluchami np. przez 18 godzin jechały autobusem do granicy. Wyczerpane do granic możliwości. Dwaj Ekwadorczycy, którzy uciekli z Ukrainy i chcieli dostać się dalej, na zachód Europy. - Pracowali w Kijowie. Musieli ewakuować się jakoś na własną rękę - tłumaczy.

Mały poradnik dla innych. "Nie bierz darów. Przygotuj kartkę po ukraińsku"

Już po pierwszym lutowym weekendzie kursowania z uchodźcami od granicy Mariusz Sarzyński podzielił się na Facebooku z innymi swoimi obserwacjami. Ten miniporadnik błyskawicznie udostępniło ponad 800 osób! Podziękowały w komentarzach też setki osób, doceniając nie tylko bardzo konkretne, techniczne wskazówki, ale i rady dotyczące emocji.

O czym napisał Mariusz? O tym, żeby nie jechać do granicy totalnie w ciemno, tylko mieć już nagrany odbiór konkretnych osób. Aby przygotować sobie po ukraińsku kartkę z napisem, że oferuje transport, z opisem trasy, informacją o fotelikach dla dzieci (jeśli je masz) i koniecznym słowem "bezpłatnie". - Niestety, po ukraińskiej stronie zdarzały się bandziory, które za dotarcie do granicy słono uciekinierów kasowały - nie kryje.

Sarzyński radził, by nie brać ze sobą do granicy darów. A już szczególnie - ubrań. Tych całe sterty szybko pojawiły się na przygranicznych terenach. Wystarczyła jedna ulewa i cały taki "szmateks" był nieprzydatny.

"To co brać?" - pytali ludzie. Mariusz wyliczył: jedzenie, picie zimne, termos z herbatą, termos z gorącą wodą, mleko w proszku i butelkę dla noworodka, koc, nawilżane chusteczki, leki przeciwbólowe, drobne na toaletę, kable do telefonu i - koniecznie! - pampersy i coś na odparzenia dla dzieci. -Niemowlęta często jechały wiele godzin w jednej pieluszce - podkreśla.

W tym miniporadniku Mariusz napisał też wprost, że najważniejsze, czego uciekinierzy potrzebują, to bezpieczeństwo i spokój. -Zazwyczaj byli tak wyczerpani ucieczką, ale i wykończeni stresem, że wsiadając do mojego auta padali. Nie zdejmowali kurtek, nie chcieli jeść; po prostu pierwsze dwie-trzy godziny spali. Dopiero potem możliwe było jedzenie, przystanki po drodze, rozmowa - podkreśla.

Pasjonujący się od lat fotografią Sarzyński nie robił zdjęć na granicy. Celowo, świadomie. Swoich pasażerów nigdy też o nic nie wypytywał. Kto chciał i był gotowy, sam zaczynał mówić. Tyle, ile mógł i potrzebował.

"Konkretne i rzeczowe informacje, udostępniam" - pisali najczęściej internauci pod poradnikiem Mariusza. Ale też tak: "Przywraca pan wiarę w ludzi. Nie tylko organizuje pan pomoc, ale dba o każdy szczegół. Także - a może przede wszystkim - o emocje tych ludzi".

Po trzech tygodniach. "Ze względu na dzieci przestaję jeździć, ale pomagam dalej. To jak nałóg"

Z Mariuszem rozmawiam w połowie marca. Ma zdarte gardło, kilka dni przeziębienia za sobą ("Nie żaden covid") i zajęty grafik. Rozmowę przekłada na wieczór, bo pod opieką ma właśnie młodszą córeczkę. - To dla dzieci w w pewnym momencie musiałem powiedzieć sobie "stop". Zresztą, sytuacja z transportem od granicy wygląda już inaczej. Teraz pomagam znajdować dla Ukraińców zakwaterowanie i potrzebne sprzęty. Jutro rano też nie pogadamy, bo jadę odebrać łóżeczko dla dziecka - mówi.

Praca? Szefowie w niemieckiej centrali i przełożeni w kraju z całkowitym zrozumieniem przyjęli to, czemu poświęcił się przez ostanie tygodnie. Ba, koledzy z oddziału firmy w Hiszpanii sami zaczęli organizować pomoc.

Znajomi? Przybyło mu wielu nowych, w tym też - oczywiście - Ukraińców. Z częścią uciekinierów jest w stałym kontakcie. - Nigdy dotąd nie byłem na Ukrainie, nawet we Lwowie. Niewiarygodne, prawda? Gdy wojna się skończy, na pewno tam pojadę i to nie jeden raz - zapowiada.

Podsumowanie? Jeszcze na nie przyjdzie czas. Na razie trzeba pomagać dalej. - To pomaganie jest jak nałóg. Wciąga. I wydaje mi się, że wielu takim jak ja pomogło obudzić się z jakiegoś pandemicznego letargu. Uruchomiło w społeczeństwie pokłady dobra, które drzemały pod jakąś uśpioną powierzchnią. Widziałem to u siebie, widziałem u innych. To jak wielka erupcja dobra. Niech trwa - mówi Mariusz Sarzyński.

"Adrenaliny" - tak mówią o kierowcach kursujących od granicy

Tysiące Polaków trasę do i od granicy pokonało przynajmniej raz. Niektórzy po wielekroć, jak Mariusz. W relacji większości pojawiają się podobne elementy: impuls, przymus wyruszenia w drogę, poczucie, że "tak trzeba".

"Adrenaliny" - tak mówi się o nich w środowisku pomagających. Bo i nie bez przyczyny w takie kursy wybrało się wielu czynnych czy byłych sportowców (z Torunia np. wioślarz olimpijczyk Sławomir Kruszkowski czy Jan Ząbik, były trener żużlowego Apatora), strażaków i innych mundurowych. Takie kursowanie to wyzwanie, które podejmują najczęściej ludzie nawykli do ryzyka i błyskawicznego podejmowania decyzji, a potem wytrzymujący trudy ich konsekwencji.

- Aby jednak tak wszystko rzucić i jeździć do granicy, trzeba mieć możliwości. Samochód, czas, trochę pieniędzy, jakąś swobodę w pracy. Jak obserwuję, a od 25 lutego mam praktycznie całodobowy kontakt z takimi kierowcami, wielu z nich to prywatni przedsiębiorcy lub szefowie. Pracownikowi trudno "rzucić wszystko". Przedsiębiorcy pozornie prościej, ale przecież też ryzykuje: firma sama się nie poprowadzi - zauważa Tatiana Demska.

Pani Tatiana to toruńska przedsiębiorczyni pochodząca z Ukrainy. Przez 15 lat w Polsce rozwijała działalność m.in. w branży budowlanej, usługowej, pośrednictwie pracy. Zaraz po inwazji Rosji na jej ojczysty kraj zaczęła organizować oddolną pomoc: zbierać dary, koordynować transporty i kwaterowanie Ukraińców, a ostatnio też - wspierać przybyszy w poszukiwaniu źródeł zarobkowania. W przypadku jej samej, ale i jej pomocników hasło "rzucili wszystko, aby pomagać" jest aktualne. Choć, jak podkreśla, wszystko rzucić można najwyżej na trochę -potem czas i obowiązki trzeba dzielić.

Wolontariusze: praca non stop. "Poszedł oddać krew, żeby mieć jeszcze dzień urlopu"

Bydgoszcz przygotowała miejsce zbiorowego zakwaterowania dla uchodźców z Ukrainy na wielkiej hali Zawiszy przy ul. Gdańskiej. W tym punkcie tymczasowe schronienie znajdzie około 150 osób. W piątek (11 marca) przyjechali tu pierwsi uchodźcy. Od razu zgłaszano, że bardzo potrzebne są ręce do pracy nie tylko na Zawiszy, ale i w Bydgoskim Centrum Wystawienniczym w Myślęcinku, gdzie przyjmowane są dary dla Ukraińców. Zapraszano każdego, kto może poświęcić dwie-trzy godziny swojego czasu.

-Każde ręce do pracy się przydadzą, każda umiejętność - znajomość języka, pisania, umiejętność zabawiania dzieci itp. Wzruszył mnie pewien wolontariusz, który powiedział, że już mu się skończył urlop, więc poszedł oddać krew, żeby mieć jeszcze jeden dzień wolnego – opowiadał niedawno dziennikarzom Jakub Mikołajczak, bydgoski radny i wolontariusz.

I tak jest nie tylko w Bydgoszczy, ale w całym regionie i kraju. Na dworach, w punktach informacyjnych i recepcyjnych, w miejscach zbierania i dystrybucji darów, w oddolnie tworzonych sztabach pomocowych - tutaj z jednej strony wciąż są i będą potrzebni wolontariusze. Z drugiej natomiast nie brakuje tych, którzy, aby pomagać, wzięli urlopy albo kolejny już tydzień łączą pracę zawodową z pomaganiem, czasem do nocy.

***

-Wierzę, że ta wojna kiedyś się skończy. Między naszymi narodami - ukraińskim i polskim - powstał właśnie most, który na pewno przetrwa. To jest prawdziwa wartość. Tak samo jak szansa czynienia dobra, którą dostał każdy z nas. Trzeba ją tylko wykorzystać. Ja od początku wiedziałem, że nie chcę tej wojny przeczekać pod kołdrą - kończy Mariusz Sarzyński z Torunia.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Małgorzata Oberlan

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.