Na granicy piekła z Polską. "To przecież tylko na chwilę..."

Czytaj dalej
Fot. Łukasz Kaczanowski
Alicja Durka

Na granicy piekła z Polską. "To przecież tylko na chwilę..."

Alicja Durka

Mężczyźni, mało ich tutaj, odwracają głowy, gdy szklą im się oczy. Kobiety przed dziećmi udają śmiech, a łkają gdy nikt nie patrzy. A potem łzy płyną już niepowstrzymane. Rzeka ludzi, rzeka łez. I ta granica. Droga do niej – jeszcze miesiąc temu można było ją pokonać w godzinę, dwie, może pięć. Teraz trwa 20 razy dłużej, w strachu, że zaraz spadnie bomba. Na Zachód, na Zachód, byle dalej od koszmaru. A za granicą, co? Ziemia obiecana? Pomocne ręce, nadzieja, że to tylko na chwilę, że za dwa tygodnie wrócą...

(…) i to charakterystyczne pochylenie,
jakby w stronę innej, lepszej
planety,
mającej mniej ambitnych generałów,
mniej armat, mniej śniegu,
mniej wiatru,
mniej Historii (niestety, takiej
planety
nie ma, jest tylko pochylenie).
Powłócząc nogami,
idą powoli, bardzo powoli
do kraju nigdzie,
do miasta nikt
nad rzeką nigdy

To fragment wiersza „Uchodźcy” Adama Zagajewskiego. Poeta urodzony we Lwowie, zmarł niemal dokładnie rok temu. A wiersz napisał w 1994 roku, w czasie wojny w Bośni, jej uchodźców zrównując z tymi z Polski w 1939 roku, z Somalii, Afganistanu czy Egiptu. Ukraina… Ukraina nawet nie mogła mu się wówczas śnić.

***

W Hrubieszowie czeka Olesya Shmihel z Sokala, w obwodzie lwowskim. Ma blond włosy, zmęczone niebieskie oczy i bluzę z logotypem swojej firmy. Na granicę wzięła syna i dwoje dzieci swojego brata, który został w Ukrainie na służbie. Szli do granicy 14 godzin. Normalnie, w normalnym świecie, to raptem godzina samochodem. Ale normalnego świata już nie ma. Dzieci trafią do Babci, która od 20 lat mieszka we Włoszech, w Rimini. Olesya wraca do kraju, do męża i brata, którzy wstąpili do Wojsk Obrony
Terytorialnej.

– Koło nas jest jeszcze spokojnie. W Kijowie jest strasznie, ale wszystko może się zmienić. Jesteśmy na to gotowi, ale dzieci nie powinny tego oglądać. Brat mi wysłał zdjęcie, jak siedzą w okopach w czasie bombardowania. Mówią, że trzeba odesłać dzieci. Babcia się cieszy, że będzie miała wszystkie wnuki przy sobie. Nie wiadomo jak długo dzieci zostaną we Włoszech, ale szkoła nie
funkcjonuje teraz, wszystko się zatrzymało, musimy czekać – mówi Olesya - Nasi chłopcy są dobrze przygotowani, nie
damy im się, pogonimy Rosjan mówi ze łzami w oczach, ale przy chłopcach udaje, że coś jej wpadło do oka i głośno się śmieje.

W Ukrainie Olesya i jej mąż Vitali mają kawiarnie, pieką ciasta, smażą pączki. A raczej piekli i smażyli. Teraz karmią ukraińskich żołnierzy. Zaplecze kawiarni przerobili na punkt masowej produkcji wypieków.

- Obronimy, nie damy im się

– zapewnia Olesya prostując się i klepiąc po piersi. Jak będzie trzeba, to złapie za broń w obronie ojczyzny. – Ducha walki nam nie zabraknie, wszyscy jesteśmy w tym razem. Musimy wygrać, nie ma innej możliwości. Mam takie przeczucie. Serce mi tak mówi. Najpierw serce kazało walczyć, a teraz mówi, że zwyciężymy – dodaje.

Do Rosjan nie ma żalu. Uważa, że to wina dezinformacji, którą szerzy Moskwa. Wielu Rosjan ma bowiem uważać, że w Ukrainie trwa wojna domowa, że to Ukraińcy rozpoczęli bombardowania, a rosyjskie wojska mają doprowadzić do pokoju. Olesya nie jest tym zaskoczona. Ktoś rzuca ukraińskie pozdrowienie narodowe: sława Ukrajini! Olesya odpowiada – Sława Polshcha!

Rozbite rodziny

Alona ma wokół siebie największą gromadę dzieci. Nosi duże okulary, doskonale mówi w trzech językach. Z przyjaciółką i synem Artemem zabrała dziesięcioro dzieci policjantów, którzy muszą zostać na służbie w kraju, dla bezpieczeństwa. Cała ta gromada
zmierza do niemieckich przyjaciół. Tymczasem ich droga z Połtawy, położonej prawie 900 km od polskiej granicy, trwała dwa dni.

– Zaledwie kilka kilometrów od naszych domów słyszeliśmy wybuchy. Moi przyjaciele walczą na miejscu, ja zawalczę o nasze dzieci

– mówi Alona.

W kraju zostawiła przyjaciół i część rodziny, a także 2 koty, którymi zajmują się znajomi policjanci.

– Myślę, że Putin jest nieracjonalny, a ta sytuacja jest po prostu bardzo niesprawiedliwa. Nie można sobie zasłużyć na takie cierpienie. Każda wojna w ogóle jest niesprawiedliwa, ale to, co się dzieje mojemu narodowi jest bez sensu. Nikt się tego nie spodziewał. Straciliśmy już nadzieję na szczęśliwe zakończenie. Chcemy wrócić do Ukrainy, tak szybko, jak to tylko będzie możliwe. Oby za miesiąc. Chcemy odbudować kraj, infrastrukturę, bo po prostu na to zasługujemy. Jesteśmy tak zjednoczeni, odważni i pracowici, jak nigdy. To inspirujące

– dodaje pakując kanapki od wolontariuszy dla wszystkich dzieci, które
ma pod opieką.

Na granicy piekła z Polską. "To przecież tylko na chwilę..."
Małgorzata Genca

Na granicy w Hrebennem czeka Halina z 5-letnim Hieronimem. Oboje ubrani w grube kurtki, trzymają plecaki z ubraniami i najpotrzebniejszymi rzeczami. Nie mają wiele. Wyglądają jakby jechali na dwudniową wycieczkę. Są z Kijowa i jadą do znajomych z Wrocławia. W Ukrainie Halina zostawiła matkę, ojca z niepełnosprawnością i brata Vasiliego, który wstąpił do Wojsk
Obrony Terytorialnych. To wojsko jest jak mantra. Każda niemal kobieta na granicy powtarza: brat w wojsku, mąż w wojsku, ojciec
w wojsku… Jeszcze się spotkają, tylko kiedy?

Natalia Kusznałiowa, drobna blondynka w dużym, czarnym swetrze z obwodu rówieńskiego, przy granicy z Białorusią, czeka
w punkcie recepcyjnym z synami – Jurgenem i Artemem, na przyjaciółkę. Jadą do Kielc, poszukać mieszkania na kilka tygodni.
Na granicę przyjechali autobusem, transport zorganizowali Polacy.

–Jesteśmy bardzo wdzięczni za wsparcie. Nie ma słów, bardzo dziękujemy

– mówi.

Wyjechali, bo przez cały dzień w domu było słychać syreny alarmowe, o każdej porze dnia i nocy. Kilka razy dziennie zbiegali
do piwnicy, widzieli rakiety, podejrzewają, że z Białorusi.

– Nie wiadomo, kiedy się ich spodziewać, nie można nigdzie wyjść, nawet na chwile na ulicę. Nie możemy pospacerować, nic,
tylko w domu

– wspomina Natalia.

Nie wie, kiedy spotka się z mężem, Giennadijem. Został na wojnie, ale jak mówi żona, bez strachu. Mają broń, wsparcie z całego świata, są pewni, że Ukraina zwycięży. Jak tylko sytuacja się ustabilizuje, rodzina wraca do kraju.

– Mamy wojnę od 8 lat, więc to nie jest nic nowego, ale 24 lutego, o 5 rano, kiedy zaczęły się te ataki, siostra zadzwoniła z Kijowa, że słyszą wybuchy, w internecie też każde miasto i obwód pisał, że na największych lotniskach słyszą wybuchy. Putin jest
jak Hitler

– podsumowuje Natalia.

Na transport z polskiej granicy czekają też nauczycielka angielskiego Leana i jej starsza siostra Lila. Obie szczelnie otulone szalami. Siedzą na leżankach i nerwowo sprawdzają telefony. Czekają na wieści od znajomych i mężów. Mieszkają w małej miejscowości, niedaleko Żytomierza. To już zachodnia Ukraina, ale do Kijowa blisko.

– Pierwszego dnia usłyszeliśmy tylko samoloty, później było tylko więcej i więcej alarmów, kilka razy dziennie. Siedziałyśmy
w schronach, choć nie każdy budynek taki ma. Nie było wody i prądu, było wilgotno. Dzieci marzły, moje miały temperaturę,
musiałyśmy o nie zadbać i wyjechać z kraju

- mówi nauczycielka.

– Można sobie wyobrażać, jak to jest, ale gdy dotrze do ciebie, że to się naprawdę dzieje, wszystko się zmienia i żadne wyobrażenia nie są porównywalne do rzeczywistości

- tłumaczy Leana.

Każdego dnia było więcej sygnałów, nawet w nocy. Nie dało się spać, wszyscy byli zestresowani, zwłaszcza dzieci.

–Byliśmy przerażeni, bo mieliśmy świadomość, że Rosjanie są nieprzewidywalni, mogą zrobić cokolwiek, bo strzelali nawet
w przedszkole. Jeśli mogli zrobić coś takiego, to mogą posunąć się do wszystkiego. To trudne do zrozumienia, że to jest prawdziwe życie, nie film, nie opowieść, a nasze życie

– dodaje kobieta.

Lila podjęła decyzję niemal natychmiast, ale Leana miała wątpliwości.

– Dlaczego miałabym wyjechać? To moje miasto, mój dom, moje całe życie. Oni są obcy, nie ja, oni powinni odejść, nie moja rodzina

– mówi drżącym głosem, pokazując zdjęcie swojego balkonu.

W ewakuacji pomogła organizacja charytatywna. Musieli być przygotowani na wyjazd w każdej chwili. W godzinę od telefonu
byli już w drodze. W autobusie pełnym kobiet i dzieci, ściśnięci na podłodze.

– Bóg nas ocalił i pozwolił dojechać na granicę

– dodają kobiety.

A po drodze, z okien autobusu, obrazy wojny. Wysadzony posterunek, tam zginęli Rosjanie. Helikoptery wojskowe, rakiety,
samoloty – nie wiadomo – ukraińskie, czy rosyjskie, wszystko działo się zbyt szybko. Kobiety zostawiły mężów, rodziców – rodzice nie wytrzymaliby takiej podróży – busy są przepełnione, a oni potrzebują spokojniejszego miejsca. Ojciec jest po zawale i jest wiekowy, mama przechorowała COVID-19, ma powikłania i osłabiony organizm. Po kilku dniach udało się zorganizować transport medyczny.

Jeden brat jest we Lwowie w Wojskach Obrony Terytorialnej, drugi w armii. Nephew, mąż Lili mieszkał w Polsce 3 lata, miał
dobrą pracę, ale wrócił do Ukrainy i pracuje w służbach specjalnych.

– Mąż jest grafikiem komputerowym. Prowadziliśmy proste życie. A teraz? Rosjanie się tego nie spodziewali, ale mamy ducha walki. Wiele osób jest uzbrojonych, a jeśli nie, to robią koktajle Mołotowa, teraz każdy umie je zrobić. To nie jest gra, to
prawdziwa wojna. Nie bawimy się w wojnę, naprawdę zabijani są ludzie

– opowiada Leana.

Zagubieni nastolatkowie

Matki z dziećmi to zdecydowanie najczęstszy widok na granicy, ale czasem tę trasę dzieci, te starsze pokonują samodzielnie. Tak
do Zosina trafiła Nastia, 16-letnia dziewczynka z Kijowa. Przyjechała kilkaset kilometrów autobusem, później samochodem
z obcymi ludźmi. Jeszcze kilka dni temu chodziła do szkoły, planowała, w co ubierze się na urodziny koleżanki, zastanawiała
się, jak uniknąć kartkówki. Teraz ma ze sobą plecak i mały, żółty worek. To wszystko. Z takim bagażem uciekła z kraju objętego
wojną, a teraz musi poradzić sobie w zupełnie innej rzeczywistości. Nie wiadomo przecież, kiedy i czy w ogóle będzie mogła
wrócić do rodzinnego miasta. A jeśli wróci, to czy jej dom, szkoła i ulubiony park jeszcze będą?

Jej ojciec musiał zostać w stolicy, żeby walczyć, jej zostać nie pozwolił. Matka Nasti mieszka i pracuje w Zielonej Górze, więc
ostatecznie tam trafi, ale musiała poczekać na mamę kilka godzin na granicy. Dziewczyna tęskni za tatą i przyjaciółmi, jest przestraszona sytuacją, zna tylko język ukraiński.

17-letni Vitali z Rivne, z zachodniej części Ukrainy także czeka na mamę, która jedzie po niego z Kalisza. Ma burzę kręconych, ciemnych włosów i pomarańczową kurtkę. Zaopiekowali się nim wolontariusze z Dorohuska. Wypił ciepłą herbatę i zjadł obiad. Po przyjeździe był bardzo głodny. Nie chciał wyjeżdżać, bo dla chłopaka to wstyd. Jego ojciec i starszy brat poszli bronić Kijowa.
Chciał walczyć u ich boku, bo do osiemnastych urodzin zostało mu zaledwie kilka miesięcy. Jest przecież prawie dorosły.

– Moja mama powiedziała, że jeśli ja nie przyjadę, to ona przyjedzie do Ukrainy. Nie chciałem tego, bo ona bardzo
się stresuje, więc jestem tutaj

– tłumaczy Vitali.

Wychował się w kraju, w którym miał perspektywę na rozwój i szczęśliwy start w dorosłość. Planował studia i wyprowadzkę z rodzinnego domu do stolicy.

– Nie wiem, co powinienem teraz powiedzieć, bo ludzie atakują innych ludzi, Ukraińcy muszą chować się pod ziemią
przed Rosjanami, żeby przeżyć. To nie jest normalne, że nie możemy się spotkać ze znajomymi albo iść do lekarza

– dodaje.

Nastolatkowie w punktach recepcyjnych i na granicach są najbardziej zagubieni. Mniejsze dzieci często nie mają świadomości, co się dzieje. Dla nich to bardziej męcząca wycieczka, podczas której wiele osób zwraca na nie uwagę, daje nowe zabawki, wymyśla rozrywki.

Nastolatkowie doskonale wiedzą, co się dzieje. Czytają wiadomości, rozmawiają ze znajomymi przez komunikatory, są w stałym kontakcie ze światem. O nowych doniesieniach wiedzą często szybciej niż ich rodzice. Nie podejmują decyzji, a swojego wolnego czasu nie spędzają już tak, jak chcą, a uciekają do nieznajomego kraju. Nie znają języka polskiego. To pokolenie nie zna też rosyjskiego. Ratunkiem jest angielski, ale wojna nie sprawiła, że przestali być nastolatkami. Wstydzą się tego, jak wyglądają po wielu godzinach w podróży, wstydzą się też mówić po angielsku, żeby nie zrobić błędu. Nie mówią więc nic albo nerwowo się śmieją, uporczywie sprawdzając w tłumaczu, jak powiedzieć dane słowo.

14-letnia Nastia i 11-letnia Natasha są kuzynkami, przyjechały do punktu recepcyjnego w Hrebenne z Zaporoża. Kawał drogi.
Opiekuje się nimi mama Natashy, bo rodzice Nastii zostali w kraju. Ojciec Natashy jest w armii. Z mamą nie mieszka od wielu lat,
więc tym razem akurat to się nie zmieni. Uciekają do Pragi, do zaprzyjaźnionej rodziny.

Granica to tylko krótki przystanek

W punktach recepcyjnych i na granicach można też spotkać osoby, które nie muszą na nikogo czekać, mają zorganizowany transport i mieszkanie. W przelocie opowiadają swoje historie. Łączy ich jedno. Są pewni, że to, co się teraz dzieje jest porzejściowe.

Kristina i Yulia – matka mieszkała pod Żytomierzem, a córka pod Kijowem. Jadą do kuzynki do Norwegii. W kraju zostawiły ojca i męża Yulii.

– Codziennie modlimy się o koniec wojny, że Ukraina będzie wolna. Jak tylko będzie możliwość, to wracamy do Ukrainy, bo mama ma ogród i chce jeszcze w tym roku posadzić ziemniaki

– zapowiada Yulia. Jest przekonana, że ich plany są realne.

Podobnie uważają Daniela, Sasha, Svietlana i Tamara z Białej Cerkwi, które zabrały ze sobą psa i ukochanego szczura. Są gotowe do drogi, ciepło ubrane, pod ręką trzymają torby z pospiesznie spakowanymi rzeczami. Jadą do rodziny z Niemiec. Planują zatrzymać się tam na kilka tygodni. I wrócić.

Wszystko działa dzięki wolontariuszom

To wszystko nie mogłoby działać, gdyby nie wolontariusze, którzy zjeżdżają na granice z całej Polski, a nawet świata. Do Zosina
przyjechali wolontariusze z izraelskiej Akcji Humanitarnej. Pomagają m.in. w transporcie i współpracują z Caritasem.

– Nie czekam na nikogo konkretnie. Jeśli pojawi się ktoś, kto nie wie, gdzie ma się udać, to służymy pomocą. Jesteśmy w stałym kontakcie z kościołem, który szuka im miejsca w domach, hotelach, organizuje jedzenie i wszystko, czego potrzeba


mówi Stomer z Izraela, który do Polski przyjechał na tydzień.

Na transporcie się jednak nie kończy, wolontariusze gotują, opiekują się uchodźcami. Gdy jakieś dziecko płacze, niemal natychmiast pojawia się przy nim ktoś z pluszakiem, zabawką albo przekąską.

Stomer zapytany, dlaczego zdecydował się na przyjazd aż do Polski odpowiada, że nie wie, to po prostu odruch serca. Uznał, że w obliczu wojny pomoc jest konieczna, a osoby żydowskiego pochodzenia są szczególnie wrażliwe na pomoc ofiarom konfliktów zbrojnych.

– Nie wybieramy, komu pomóc. Każdy, kto jest w potrzebie, niezależnie od pochodzenia, zasługuje na godne życie i uśmiech

– dodaje Stomer.

Na granicę w Hrebennem przyjechała 18-letnia Uljana. Wysoka, szczupła blondynka w kolorowej czapce. Znalazła w internecie ogłoszenie, że grupa młodych ludzi jedzie na granicę karmić uchodźców. Kilka godzin później byli już razem w drodze, wtedy zupełnie sobie obcy. Teraz gotują dla uchodźców. Zostaną na tydzień, bo Ulijana i jej znajomi chodzą jeszcze do szkoły lub studiują, ale chcieli dołożyć swoją cegiełkę do wielkiej akcji wsparcia. Chcieli być częścią tego oddolnego ruchu.

W punkcie recepcyjnym w Hrubieszowie wolontariusze często się zmieniają, pracują po kilkadziesiąt godzin, gdy jadą odpocząć, przyjeżdżają kolejni. Tak pracuje Mateusz Zięba z Dębiny. Nie ma ręki i kilku palców u drugiej. Zajmuje się wszystkim, co jest aktualnie potrzebne – teraz kieruje potrzebujących do kierowców albo osób, które mogą je przyjąć. Mówi tylko po angielsku, ale jak twierdzi, młodzi dają radę, można się dogadać. Zdecydował się na pomoc, bo chciał czuć, że coś robi, pomaga słabszym.

– Nie pytamy ludzi o historie, ale przyjeżdżają ze łzami w oczach, widać to nawet przy rejestracji, nie chcemy rozdrapywać ran, ale tu jest dramat ludzki. Wystarczy zobaczyć, ile tu jest osób, które czekają na transport czy mieszkanie. Musimy znaleźć dla nich pomoc

- mówi wolontariusz.

Małgorzata Woźniak z Turku przyjechała z mężem, uznali, że to ich obowiązek. Płacząc mówi, że nie mogli inaczej. Oboje parują
uchodźców z kierowcami.

– Jak jest nawał pracy, to nie ma czasu na rozmowy i ci ludzie nie chcą specjalnie wspominać swoich traum. Są takie momenty, w których serce się kraje. Widziałam taką scenę w łazience, że Ukrainka rozmawiała z wolontariuszką i nagle Ukrainka się rozpłakała. Dzieci płaczą, mamy z nimi. Większość osób ma gdzie jechać, ale to i tak jest trudne

– dodaje odchodząc do kolejnych potrzebujących.

Lana Stankiewicz to nieco inny przypadek. Wolontariuszka także pochodzi z Ukrainy, ale od 14 lat mieszka w Polsce. W Hrubieszowie działa od samego początku. Do domu wraca tylko na noc i żeby zawieźć syna do szkoły. Pracuje w bez przerwy od rana do wieczora. Całymi dniami stara się być dzielna, ale jak wsiada wieczorem do auta, to nerwy puszczają, płacze przez całą trasę do domu[/cyt] – z bezsilności, zmęczenia i tłumienia emocji przez cały dzień.

Martwi się też o swoich bliskich, którzy cały czas są w Ukrainie. Niektórzy nie chcą, inni nie mogą wyjechać.

– Dużo jest ludzi, którzy nie wiedzą, co dalej, ale są tacy z konkretnym planem. Wysłałam już rodzinę, która przyjechała swoim samochodem – matka, córka i wnuczka pojechały do Kalisza – tam mają mieszkanie i w przyszłości pracę

– opowiada o tym, czym się zajmuje na granicy.

Z całej Polski przychodzą oferty zakwaterowania, transportu i pracy, ale Ukraińcy i tak się boją. Ruszają w nieznane do obcych ludzi, boją się o siebie, bliskich i przyszłość.

– Ostatni przyjechała tu mama z dziećmi z Chersonia, dziewczynka 5 lat i drugie 2 miesiące – ja też mam dzieci w takim wieku i ona biedna płakała, bo nie wiedziała co zrobić. Przyjechało małżeństwo z Tomaszowa Lubelskiego i zabrała ją
do siebie, ale ona aż się trzęsła, te dzieci na to patrzyły i mówię do niej: dziecko, uspokój się, dzieci to widzą, musisz być dla
nich dzielna. Twoje emocje na nie wpływają. Była bardzo dzielna

– opowiada Lana, pilnując dwojga dzieci, których
mama poszła do rejestracji.

Bez planu na granicę

Do punktu recepcyjnego w Hrubieszowie dostało się starsze małżeństwo, w wieku około 70 lat. Oboje schorowani i bardzo zmęczeni długą trasą. Nie mają wiele. Żeby dojechać na granicę, zapłacili 2 tysiące hrywien, czyli prawie 300 zł. To dla nich
ogromny wydatek, połowa ich oszczędności.

Zdarza się, że ktoś za symboliczne 100 hrywien albo za koszt paliwa zawozi na granice, ale są i tacy, którzy znacznie zawyżają
ceny. Cierpią na tym najsłabsi i najbiedniejsi. Małżeństwo padło ofiarą takich właśnie osób. Teraz są bezpieczni, ale zapytani o to, jakie są ich plany, wzruszają ramionami. Kobieta zalewa się łzami, nie rozumie, co się dzieje, nie jest też świadoma, gdzie się znajduje.

Wolontariusze ukraińskiego pochodzenia kilkukrotnie próbowali tłumaczyć, ale bez skutku. Strach, niepewność i ogromne zmęczenie utrudniają pojmowanie rzeczywistości. Co się z nimi stanie? Nie wiadomo. Czas pokaże, gdzie trafią. Najpewniej do ośrodka opiekuńczego. Takie oferty też się pojawiają.

Do ośrodka trafi najpewniej także Wladimierz Bragimik ze Lwowa z rodziną. Jego żona ma cukrzycę, a syn znaczną niepełnosprawność.

W Hrubieszowie znalazł się także Vladimir Boba i Vlad, jego niepełnosprawny syn. Wcześniej mieszkali w Kijowie. W Polsce nie ma żadnych znajomych, nie ma też pieniędzy. Od kilku godzin Vlad odpoczywa, a jego ojciec płacze. To
silny mężczyzna. Zazwyczaj nie okazuje emocji. Teraz nie ma już na to siły. Nie ma pojęcia, co się z nimi stanie. Z kraju wypuszczono go warunkowo, bo jest jedynym opiekunem chłopaka, a sam ma chore serce, nie może walczyć.

Rosjanie dla Ukraińców

Ludmiła przyjechała z Odessy, jest w połowie Rosjanką, w połowie Ukrainką. W Ukrainie prowadziła firmę produkującą nakrycia głowy. Jedną z czapek ma na sobie. Nie zdejmuje jej ani na moment. Towarzyszy jej tylko stary pies, ale mówi, że go nie zostawi

– Dobrze, że mąż nie dożył tych czasów

– mówi Ludmiła.

Mąż był Rosjaninem. Jako małżeństwo uważali, że ich narody są jedną wielką rodziną. Kobieta nie rozumie, dlaczego Rosjanie atakują braci Ukraińców. Na granicę dostała się z pomocą syna, który zabrał ją i trzy obce osoby ze Lwowa i przywiózł do Polski. 31-latek nie został jeszcze wezwany do armii, ale chce działać. Regularnie więc pomaga w ewakuacji Ukraińców z najbardziej zagrożonych miejsc w kraju.

Nie tylko Ukraińcy uciekają

Na granicy z Ukrainą znalazł się także Farahmand z Tadżykistanu, studiował w Ukrainie. W Kijowie skończył studia ekonomiczne, musi tylko odebrać dyplom i dokumenty. Nie zdążył, bo zaczęła się wojna. Ruszył do Warszawy. Chce wrócić do Ukrainy, gdy sytuacja się uspokoi, ale wróci tylko po dokumenty, nie zostanie na dłużej, bo kraj jest już zniszczony, nie chce przeszkadzać w odbudowie.

Jeśli wojna się przeciągnie, wróci do domu, do Tadżykistanu. Polubił jednak życie, które opiera się na podróżach, nie wyklucza, że w przyszłości zamieszka i będzie kontynuował studia w Polsce. Wcześniej studiował w Białorusi, ale w Ukrainie ludzie byli
bardziej przyjaźni, w Białorusi musiał mierzyć się z nietolerancją, policja często sprawdzała jego dokumenty bez powodu,
spisywali go. W Ukrainie czuł się mile widziany, ludzie byli przyjaźni, pomocni. Teraz ludzie znów mu nie ufają, obawiają się, skąd jest.

---------------------------

Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na: Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Alicja Durka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.