Na użytek filmu hodowali wilki. Z kamerą zajrzeli do nory z małymi

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Zgiet
Julia Szypulska

Na użytek filmu hodowali wilki. Z kamerą zajrzeli do nory z małymi

Julia Szypulska

Rozmowa z Bożeną i Janem Walencikami, autorami imponującego albumu o przyrodzie Puszczy Białowieskiej.

O państwa ostatniej książce „Saga Prastarej Puszczy. Opowieść filmowa” mówi się, że jest wyjątkowa. To nawiązanie do serialu realizowanego przez lata dla TVP.

Jan Walencik: Wyszło na to, że jest to jeden z największych albumów przyrodniczych jeśli chodzi o nasz kraj, a na pewno region Podlasia. Na pewno jest pierwszym filmowym albumem przyrodniczym ze zwierzętami w roli głównej. Ma 664 strony i waży sześć kilogramów. Była to bardzo żmudna praca - jednocześnie trwało filmowanie i robienie zdjęć. Nie opowiadamy tylko fotografiami wykonanymi w tzw. wolnej przyrodzie, ale również zwierzętami, które grały w naszym serialu. Cały materiał został zrobiony siłą trzech osób: nas dwoje i Krzysztof Komar, szef produkcji. Od początku do końca „rodziliśmy” sami tę książkę. Fakt, że mamy szczęście do światłych przyjaciół, nie tylko w urzędzie marszałkowskim, bez którego album by się nie ukazał, ale również w Białostockich Zakładach Graficznych.

Wracając do zwierząt, jak to się stało, że podeszliście tak blisko wilków? Że dopuściły was do obserwowania np. własnych zalotów?

J.W.: To jest długa historia i o każdym przypadku należałoby mówić osobno. Nie były one oswojone, ani broń Boże, tresowane. Nazywaliśmy je przyswojonymi. To były zwierzęta, które hodowaliśmy specjalnie na użytek tego filmu. Ciśnie się na usta pytanie, czy przez to, że zwierzę jest w zamknięciu jest gorsze od tego, które żyje w wolnym stanie. Tak naprawdę puryści, którzy tak promują fotografowanie zza drzew mają na względzie chyba całą tę uciechę, gdy zaspokajają swoją myśliwską, łowiecką chuć. Jest to jakiś atawizm, brzmienie naszych dawnych praprzodków. Ale to nie o to chodzi. My wiemy, że uczestniczymy w wielkiej robocie popularyzacji przyrody. Przysposabiania nowych przyjaciół naturze, wśród młodych ludzi zwłaszcza, ale nie tylko. I to jest naczelne zadanie. Gdy my pokazujemy zwierzę, wilka na przykład, to czy jest w wolnym stanie, jest rzeczą drugorzędną. Nie ma innego sposobu żeby opowiedzieć historię, z którą mamy dotrzeć do widza, która ma go przekonać do przyrody, jak tylko w ten sposób, żeby być blisko zwierząt. Czy zrobilibyśmy opowieść o wilku - a nasza jest fabularyzowana z introdukcją, rozwinięciem i finałem - czy sfilmowalibyśmy młode w norze, czy w innych sytuacjach gdy jest to gatunek chroniony? Gdy nie wolno nam wkraczać na teren wilka? Jakbyśmy mieli to robić?

Bylibyśmy niszczycielami tych konkretnych zwierząt. Postanowiliśmy więc je wyhodować specjalnie do tego celu, a pozyskiwaliśmy je też z warunków hodowlanych. Ot, i cała tajemnica.

Bożena Walencik: Chciałabym zwrócić uwagę, że zarówno serial, jak i zdjęcia do albumu były robione jeszcze w starej technice taśmy filmowej czy fotograficznej. To się przekładało na noszenie ciężkiego sprzętu, jak też na możliwości rejestrowania samego obrazu, kiedy co 10 minut trzeba zmieniać taśmę. Natomiast jeśli chodzi o sam album, to tamta przestarzała technika nie dawała takich możliwości jak teraz zdjęcia cyfrowe. Taki żal w człowieku powstaje, że szkoda, że w tym momencie kiedy ten największy nasz wysiłek szedł w realizację „Sagi” - do której hodowaliśmy tyle zwierząt, nie mieliśmy takich możliwości technicznych. Hodowaliśmy je, bo wiedzieliśmy, co ma być później efektem gotowym na filmie, czego ludzie oczekują. I żeby jeszcze były jak najmniejsze straty w samej przyrodzie. Bo zwierzęta, które były u nas przygotowywane do filmów, miały u nas zapewnioną niesamowicie dobrą opiekę i warunki do życia. Nasze wilki chodziły obok nas na zdjęcia do filmu.

J.W.: To był w ogóle warunek filmowania.

B.W: Wilki nie jeżdżą samochodem, wilki muszą chodzić na piechotę. I one chodziły, i one z nami wracały. One od nas nie uciekały. To chyba też jest jakąś wykładnią tego, jaki dom staraliśmy się im stworzyć. Wszystko było zaplanowane od początku, do końca - od tego maleńkiego zwierzęcia, które do nas trafiało, poprzez znaczną część jego życia, aż do końcowej stacji.

J.W.: Potem musieliśmy zapewnić zwierzętom byt w różnych ośrodkach.

Jak to się stało, że zaczął pan fotografować przyrodę?

J.W.: Ja od początku, jeszcze w latach licealnych widziałem swoją, a później już naszą, rolę w popularyzowaniu przyrody. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem książkę Włodzimierza Puchalskiego „Wyspa kormoranów” i zobaczyłam, że przy pomocy kamery fotograficznej i filmowej, przy pomocy słowa pisanego można pokazywać przyrodę inaczej. To bardzo mi odpowiadało. Postanowiłem też tak zrobić, co zajęło kilkadziesiąt lat. Pokłosiem tamtej wizji jest również i ta książka.

Julia Szypulska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.