Nie może spać ani jeść. Od dnia pożaru boi się żyć

Czytaj dalej
Ewa Bochenko

Nie może spać ani jeść. Od dnia pożaru boi się żyć

Ewa Bochenko

Nigdy dotąd nie sądził, że trzynastka to pechowa liczba. A jednak dzień 13 czerwca zapamięta na zawsze. Tego dnia bowiem Tadeusz Czopur z podsokólskiej wsi Bogusze stracił w pożarze majątek swojego życia. 67-latek jest samotny i nie stać go na odbudowę domu.

Czym ja zawiniłem, że na starość zostałem tak pokarany? - zastanawia się Tadeusz Czopur, 67-latek z Bogusz. - Wszystko straciłem, wszystko... Cały dorobek mojego życia poszedł z ogniem... - mówi załamując ręce.

Jego drewniana chatka spłonęła. Co prawda, część domu udało się uratować, ale te pomieszczenia, które zamieszkiwał starszy pan - spłonęły. Ogień strawił wszystkie meble, ubrania, pamiątki, dokumenty, no i oszczędności.

- Nie było tego dużo, ale z mojej skromnej renty długo musiałem odkładać nawet te parę groszy na czarną godzinę... A teraz nie mam już nic. Nawet dowodu osobistego - wyjaśnia.

Nie płacze, ale jego oczy cały czas są szkliste. Tłumaczy, że dopiero teraz tak naprawdę dociera do niego to, co wydarzyło się w ubiegłym tygodniu...

Mam gdzie się schronić przed deszczem

Ta część domu, która ocalała, i tak nie nadaje się do zamieszkania. Ściany, sufity, podłogi - wszystko jest okopcone i zalane wodą. W pokoiku, w którym rozmawiamy, nie da się nawet rozpoznać koloru tapety, a cała dykta na suficie jest tak wybrzuszona od wilgoci, że trudno oprzeć się wrażeniu, że za chwilę runie na posadzkę.

- Ogień strawił wszystkie meble, ubrania, pamiątki, dokumenty, no i oszczędności - mówi ze łzami w oczach Tadeusz Czopur. - Nie było tego dużo, tyle

- Ale to nic, no trudno - mówi pan Tadzio. - Najważniejsze, że został mi mały kawałek dachu nad głową i jest gdzie się schronić przed deszczem.

67-latek jest zaskoczony moją wizytą. Kiedy mu wyjaśniam, że chcemy opisać jego dramat i pomóc w odbudowie domu, cicho odpowiada, że nie potrzebuje pomocy, bo nigdy o nic nikogo nie prosił i teraz też jest mu niezręcznie: - Jakoś sobie poradzę. Tu zabiję dziury deskami, tam czymś założę, żeby nie wiało i jakoś będzie - zdradza swoje najbliższe plany. Dodaje, że nadpalone deski z sufitu spróbuje sam oszlifować, by zedrzeć osmaloną warstwę.

Na początku w ogóle nie chce rozmawiać o tym, co go spotkało. Zgadza się dopiero wtedy, gdy sołtys wsi, Tomasz Tolko, uświadamia mu, że sam, bez pomocy i wsparcia innych, odbudowy domu nie udźwignie.

- Ale tu nie trzeba nic odbudowywać - pan Tadeusz jeszcze przez chwilę próbuje się bronić. - Ja przecież jestem stary, jestem sam, nie ma dla kogo się starać... Mi się żadna pomoc nie należy...

I dodaje, że nawet jak zawali się dach, to będzie mieszkał w stodole. Tak jak teraz, od dnia pożaru.

Gmina zaproponowała mu lokal socjalny, ale pan Tadeusz go nie przyjął. Boi się zostawić tę resztkę domu, która mu została. Boi się, że sytuacja z 13 czerwca może się powtórzyć... W końcu do pożaru doszło pod jego nieobecność.

Wyjechał tylko na chwilę

To był normalny dzień, taki, jak każdy inny. Około godziny 10 rano na posesji pana Tadzia zjawił się sąsiad z prośbą o pomoc w wyciąganiu maszyn z garażu. 67-latek oczywiście się zgodził. Nigdy nikomu nie odmawiał pomocy.

U sąsiada spędził około dwóch godzin. Krzątali się koło maszyn, gdy nagle około godz. 12 wpadł na podwórko inny sąsiad i od bramy krzyczał: - Tadeusz, u ciebie się pali!

Tadeusz Czopur mieszka na kolonii wsi Bogusze, więc zanim dobiegł do domu, minęło trochę czasu. Jednak już z drogi widział dym, a po chwili jego oczom ukazały się cztery zastępy straży pożarnej, które właśnie dogaszały jego dom, a właściwie to, co po nim zostało...

- To był szok. Nie pamiętam, co wtedy czułem. Byłem jak w amoku. Do dziś zresztą jestem - mówi 67-latek. - A najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja nie dość, że już prawie nic nie mam, to nawet nie mam się do kogo odezwać, by podzielić się moim żalem - dodaje łamiącym się głosem.

Od dnia pożaru nie przespał ani jednej nocy nocy. I przestał jeść. Nie da rady.

Co prawda, dzięki uprzejmości życzliwych osób, dostał kuchenkę gazową, na której może sobie zaparzyć herbatę, ale tłumaczy, że na razie nie jest w stanie nic przełknąć. Kuchenki jednak używa i jest za nią bardzo wdzięczny. Codziennie bowiem gotuje na niej zupę dla swoich zwierząt- psa i kota.

- Tylko oni mi zostali w tym moim życiu - mówi smutno.

Oprowadza mnie po zgliszczach domu. Pokazuje, gdzie była kuchnia, gdzie stał kaflowy piec i łóżko.

- Ładnie tu było, bardzo skromnie, ale ładnie. Wszystko było uporządkowane. A teraz nie ma już nic... - kwituje.

Z drzwi zrobił rampę i wywozi gruz

Przyczyny pożaru nie są znane. Trwa dochodzenie. Pogorzelec podejrzewa, że ogień mógł być wynikiem zwarcia instalacji elektrycznej, bo pożar zaczął się w kuchni, gdzie było najwięcej sprzętów podłączonych do prądu.

- A przecież tego dnia u mnie i w większości domów w naszej wsi wysiadł prąd - przypomina 67-latek. - No i gdy naprawili tę awarię, musiało się coś wydarzyć... Mój Boże, gdybym był wtedy na miejscu, na pewno do tej tragedii by nie doszło, bo od razu bym zauważył, że dzieje się coś niedobrego.

Podkreśla, że jest absolutnie pewien, że nie zostawił włączonego czajnika, ani żadnego innego sprzętu, który mógłby spowodować takie nieszczęście.

- Ale tak naprawdę, to teraz już nie ma znaczenia, jaka była przyczyna pożaru - dodaje. - Ustalenie jej nie zwróci mi mojego domu....

W miejscu, gdzie jeszcze tydzień temu było wejście do budynku, zrobił sobie rampę z nadpalonych drzwi. Sam pomalutku sprząta zgliszcza i dzięki tej rampie lżej mu jest wywozić z domu taczki z gruzem do udostępnionego przez sokólskie MPO kontenera. Dużo już wywiózł, ale pracy ma jeszcze na kilka dni.

- Ogień strawił wszystkie meble, ubrania, pamiątki, dokumenty, no i oszczędności - mówi ze łzami w oczach Tadeusz Czopur. - Nie było tego dużo, tyle

- Stary już jestem, więc ogarniam to na tyle, na ile sił mi starcza - tłumaczy. - Rozebrałem już prawie cały piec kaflowy i to była bardzo ciężka praca - mówi pokazując czarne od sadzy ręce. Przy jego rozbiórce pracował od godz. 3 nad ranem. I tak nie może spać, więc codziennie czeka do świtu i rusza do sprzątania.

Marzy mu się, aby znów mieć taki sam piec. Ale już wiadomo, że to marzenie się nie spełni. Odbudowa pieca jest bowiem bardzo kosztowna, a jemu brakuje pieniędzy nawet na podstawowy remont.

- Ale znaleźliśmy inne rozwiązanie do ogrzania domu. Metal-Fach podarował panu Tadeuszowi pieco-kuchnię - pociesza sołtys Tomasz Tolko.

To on jako pierwszy wyciągnął rękę do pogorzelca. Dzień po pożarze zamieścił na facebooku apel z prośbą o pomoc. Dzięki temu w ciągu kilku dni udało się zebrać najpotrzebniejsze sprzęty użytku domowego. Tyle, że pan Tadeusz nawet nie ma gdzie ich postawić... Póki co, lodówkę ulokował w stodole. Reszta czeka na swoje miejsce w odremontowanym domu. Może kiedyś tam staną...

- W akcję pomocową włączają się różne firmy, instytucje i organizacje, ale to wciąż za mało, by zrobić podstawowy nawet remont - podkreśla sołtys.

Pan Tadeusz zaś - słuchając, ile osób już mu pomogło - tylko wyciera z oczu łzy. I cały czas mówi, że to wszystko jest niepotrzebne, bo on jakoś sobie poradzi. Tłumaczy, że są ludzie bardziej potrzebujący od niego.

Co mnie czeka?

Chociaż strażacy zabronili mu korzystania ze spalonego domu, pan Tadeusz pomału już zaczął się do niego przenosić. Mimo, że we wnętrzach wciąż czuć gryzący swąd spalenizny.

Wcześniej noce spędzał w stodole lub na podwórku. Nie dlatego, że nie miał gdzie się podziać. Po prostu nie chciał nikomu się narzucać. Teraz w jedynym ocalałym z pożaru pomieszczeniu rozesłał już sobie podarowane przez sąsiadów łóżko. Czuje, że w domu uda mu się w końcu porządnie zasnąć.

- Już nawet dziś, pierwszy raz od pożaru, udało mi się ciągiem przespać dwie godziny - podkreśla. - Ktoś mi dał tabletki nasenne i na trochę to pomogło. Ale nie na długo.... Obudził mnie strach. Boję się tego, co teraz będzie... Co mnie czeka?

Dom pana Tadzia był nieubezpieczony. Pół roku wcześniej skończyła się polisa, więc na środki z odszkodowania na odbudowę liczyć nie może.

- Mam zaledwie kilkaset złotych renty, a rachunków do opłacenia sporo. Po prostu nie starczyło mi pieniędzy na przedłużenie ubezpieczenia - tłumaczy.

Nikt ze wsi nie ma wątpliwości, że pogorzelec bez wsparcia finansowego dobrych ludzi nigdy nie wyremontuje swojej chatki. Maria Talarczyk, szefowa Fundacji Sokólski Fundusz Lokalny udostępniła konto organizacji.

- Będziemy wdzięczni za każdą złotówkę, bo pan Tadeusz to bardzo dobry człowiek i na to zasługuje - przekonuje sołtys wsi Bogusze.

Ewa Bochenko

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.