Dariusz Klimaszewski

O treningu w „ogródku”, czyli jak jagiellończycy zazdrościli piłkarzom „Kolejorza”

Dariusz Klimaszewski Fot. Archiwum Dariusz Klimaszewski
Dariusz Klimaszewski

Koniec sierpnia 1987 roku. Udaję się na mój pierwszy wyjazdowy mecz piłkarzy Jagiellonii w ekstraklasie. W Poznaniu z Lechem. Zespół trenera Janusza Wójcika ma już poza sobą trzy spotkania. Wprawdzie uzbierał w nich tylko jeden punkcik, w pamiętnym meczu otwarcia z Widzewem Łódź, ale humory zarówno zawodnikom, jak i szkoleniowcom dopisują. Bo mimo porażek w Katowicach z GKS 0:1 i w Białymstoku z gdańską Lechią 1:2, drużyna chwalona jest za dobrą grę.

Do stolicy Wielkopolski jedziemy autokarem, który klub dostał w prezencie od władz województwa za awans do ekstraklasy. Czerwonym z wielkim żółtym napisem „Jagiellonia”. Piłkarze uśmiechają się, gdy mieszkańcy mijanych miejscowości, nie tylko w woj. białostockim i łomżyńskim, ale także ostrołęckim i mazowieckim, biją oklaski na widok przejeżdżającego autokaru. To uznanie za wspaniałą grę w II lidze i zwycięstwa nad łódzkimi jedenastkami ŁKS i Widzewa w przedsezonowym turnieju. Ta właśnie efektowna, ofensywna gra sprawiła, że Jagiellonię okrzyknięto nową siłą w ekstraklasie.

Do Poznania docieramy późnym popołudniem. Rozlokowanie w hotelu i wyjazd na trening na stadion przy Bułgarskiej. Tu spotyka nas niespodzianka. Kierownik zespołu Lecha przeprasza, ale jagiellończycy nie mogą wejść na główną płytę. Trwają na niej bowiem jakieś prace. Zajęcia odbędą się zatem - jak określił lechita - w „ogródku”. Wkurzeni na tak lekceważące potraktowanie idziemy do „ogródka”. I tu zaskoczenie. Ogródek okazuje się pełnowymiarowym boiskiem treningowym, a trawa - zielonym dywanem. „O Boże, żebyśmy my mieli taką murawę na naszej głównej płycie” - wzdychają z zazdrością piłkarze Jagiellonii.

Mecz, w obecności ok. 22 tysięcy kibiców, wygrał Lech 1:0. Kadrowicze Pawlak, Jakołcewicz, Miłoszewicz, Araszkiewicz i spółka zwyciężyli dość szczęśliwie. I trochę z pomocą asystenta sędziego międzynarodowego Piotra Wernera, który, będąc kilka metrów od sytuacji, nie dał sygnalizacji ewidentnego faulu na jednym z białosto-czan. A jagiellończyk wychodził do pojedynku sam na sam z bramkarzem „Kolejorza”...

Powrót nie był już radosny. Niemniej piłkarzy Jagiel-lonii znów spotkał wyraz niespotykanej sympatii. Oto na rogatkach Poznania na autokar czekali kierowcy dwóch tirów na białostockich rejestracjach. Zatrąbili, wzięli jagielloński autobus między swoje ciężarówki i tak eskortowali go do Warszawy.

W niedzielę to Jagiellonia będzie gościć Lecha. Nie mam wątpliwości, że gdy lechici wyjdą na murawę stadionu przy Słonecznej, to teraz oni będą ją zazdrościć jedenastce Michała Probierza. Bo nasza należy do najlepszych w Polsce, a ich, spartolona już przy budowie stadionu, co kilka miesięcy wymaga renowacji. Mam też nadzieję, że w odwróconych rolach będą zespoły po 90 minutach gry. Że będzie 1:0, ale dla Jagiellonii!

Dariusz Klimaszewski

Dziennikarz od 1982 roku, kierownik działu sportowego Gazety Współczesnej i Kuriera Porannego, od 2001 roku wydawca Gazety Współczesnej.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.