Beata Terczyńska

Pierwsza absolwentka pilotażu na Politechnice Rzeszowskiej prowadziła dreamlinery

Pierwsza absolwentka pilotażu na Politechnice Rzeszowskiej prowadziła dreamlinery   Fot. Mat. prasowe Politechniki Rzeszowskiej
Beata Terczyńska

- Raczej nie poddawałam się myślom, czy sobie poradzę. Wydawało mi się naturalne i oczywiste, że tak – mówi kapitan pilot Adelajda Szarzec-Tragarz, pierwsza absolwentka pilotażu na Politechnice Rzeszowskiej, a także pierwsza kobieta w Polsce i Europie, która usiadła za sterami Boeinga 787 Dreamlinera.

Kpt. pil. Adelajda Szarzec-Tragarz była gościem honorowym 71. inauguracji roku akademickiego na Politechnice Rzeszowskiej. Przyznała, że w Ośrodku Kształcenia Lotniczego w Jasionce poczuła mocniejsze bicie serca. Odżyły wspomnienia z młodzieńczych lat.

- W zasadzie od ukończenia studiów może raz tu zajrzałam. Jakoś tak moje drogi życiowe nie splatały się z tym miejscem, ale zawsze miałam w sercu rzeszowską uczelnię. Politechnika stworzyła mi możliwość, by zostać pilotem zawodowym – wspomina.

- Co Panią popchnęło w kierunku lotnictwa?

- Nie było u mnie żadnych tradycji rodzinnych. Trochę zatem przypadek, jak to w życiu, trochę szczęścia i wiele wyrzeczeń po drodze doprowadziły mnie do tego miejsca zawodowego. Mając 16 lat, dla przygody, zapisałam się do Aeroklubu Bielsko-Bialskiego. Latałam tam na szybowcach i ukończyłam szkolenie podstawowe na samolocie Zlin 526 F.

Życie w męskim gronie

- Ale po maturze najpierw było włókiennictwo?

- Nie żebym miała jakieś szczególne zainteresowania tą dziedziną – śmieje się p. Adelajda. – Rodzice nie byli majętnymi ludźmi. Wybrałam coś, co było najbliżej domu i oczywiście aeroklubu, bo bakcyla lotniczego już połknęłam. Po roku nauki, podczas wakacji, zobaczyłam ogłoszenie w Skrzydlatej Polsce, że w Rzeszowie pojawi się pilotaż. Od razu złożyłam dokumenty i przeniosłam się tu na pierwszy rok.

Pilotka powiada, że od początku szkolenie nastawione było na sukces zawodowy. - Mieliśmy pewność, że będziemy mieli pracę. Mówię teraz o całej tej pierwszej grupie, ponieważ otrzymaliśmy stypendia ufundowane przez linie lotnicze LOT. W tamtych czasach istniała taka forma pomocy dla młodzieży. To jakoś uspokajało.

- Jak młoda dziewczyna czuła się sama w tym męskim gronie?

- W aeroklubie, gdzie robiłam licencję podstawową, byłam jedną z kilku latających dziewcząt, więc w zasadzie cały czas przebywałam w męskim gronie. Przyjeżdżając do Rzeszowa na pierwszy rok studiów, nie spodziewałam się, że będzie inaczej. Jednak nie przypuszczałam, że będę jedyną studentką wśród około 40 chłopaków. Tak już zostało. Przychodząc do pracy w linii lotniczej LOT też byłam jedyną kobietą pilotem.

- Utrzymuje Pani do dziś relacje z kimś ze studiów?

- Tak, ponieważ cała nasza grupa została wchłonięta przez LOT. Miałam więc wokół siebie kolegów i razem z nimi kończę karierę zawodową – mówi pani pilot, która 19 stycznia przeszła na emeryturę. – Mam też sporo koleżanek, które kończyły Politechnikę Rzeszowską w późniejszych latach i także cały czas jesteśmy w kontakcie – dodaje pani kapitan.

Co ciekawe, na jednym roku z kpt. Szarzec-Tragarz był znany w całej Polsce kapitan, Tadeusz Wrona. Dziś, jak nam zdradza pani Adelajda, jej sąsiad.

Zasłynął, gdy 1 listopada 2011 r. awaryjnie, bez podwozia, szczęśliwie posadził na warszawskim lotnisku Boeinga 767 z ponad 200 pasażerami na pokładzie. Rzeszowska uczelnia uhonorowała go medalem. Studiów w Rzeszowie nie rozpoczął tuż po maturze. Z prostej przyczyny: dopiero 2 lata później na Politechnice Rzeszowskiej otwarty został pilotaż. Studiował więc matematykę i fizykę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Zielonej Górze. Miał być nauczycielem. – Rodzice nie bardzo chcieli się zgodzić na przenosiny do Rzeszowa, bo musiałem tu zaczynać od zera – mówił Tadeusz Wrona.

Kobieta przecierająca szlaki

Adelajda Szarzec-Tragarz w jednym z programów telewizyjnych przyznała, że początki nie były łatwe. Środowisko lotnicze było w tamtych czasach dosyć hermetyczne. Opowiadała, że musiała się starać nie dawać pretekstu, żeby mówiono, że nie jest tu potrzebna. Szczególnym wyzwaniem było także macierzyństwo. Gdy urodziła pierwsze dziecko, mąż wziął bezpłatny urlop, a kiedy na świecie pojawił się drugi syn, znalazła opiekunkę.

Pani Adelajda jest pierwszą pilotką kapitanem w Polsce i Europie, która usiadła za sterami Boeinga 787 Dreamlinera. Pierwszy lot w tym typie samolotu wykonała 7 stycznia 2013 r.

- Jakie to było uczucie?

- Chyba nie podchodziłam do tego w taki sposób, że jestem pierwsza, więc z tego dumna. Myślałam tak: po prostu toczy się życie, staram się osiągać kolejne cele. Oczywiście, następny próg kariery zawsze jest jakimś wyzwaniem. Troszeczkę obawą, czy wszystko pójdzie dobrze, chociaż muszę przyznać, że rzadko doświadczałam tego typu emocji. Raczej nie poddawałam się w ogóle takiemu myśleniu, czy sobie poradzę. Wydawało mi się to naturalne i oczywiste, że tak.

Samoloty to nie tylko maszyny. - One mają duszę. Są pewne różnice między egzemplarzami. Piloci to wyczuwają – wspomina pilotka.

Latała na samolotach radzieckich An-24 LOT-u, które zabierały na pokład prawie 50 pasażerów. Maszyny te wykonywały głównie rejsy krajowe do Rzeszowa, Szczecina, Gdańska i Krakowa. Później na Tu-154 oraz na Boeingach 737 i 767, a od połowy 2013 r. na Boeingach 787. Chwali wszystkie po kolei, ale jednak najmocniej w pamięci utkwił jej Boeing 737.

- Zawsze miałam do niego wielki sentyment. Może dlatego, że najdłużej na nim pracowałam? Po drugie, to też był dla mnie dobry czas zawodowy i rodzinny, także to wszystko razem się łączy – dodaje pani Adelajda.

Marzyłam o tym samolocie

- Jest taki samolot, który bardzo chciała Pani pilotować, a nie było okazji?

- Tak. To był słynny Boeing 747 Jumbo Jet, teraz używany wyłącznie do przewozów cargo. To był taki kultowy samolot, trzeba przyznać. Naturalnie w tamtych czasach. Jego sylwetka wszędzie była rozpoznawalna. Wielu pilotów marzyło, by siąść za sterami Jumbo Jeta – mówi pani kapitan.

Odwiedziła wiele zakątków świata. Wykonywała praktycznie wszystkie dalekodystansowe połączenia LOT-u – m.in. do Tokio, Seulu, Singapuru, Pekinu, Nowego Jorku, Chicago, Miami, Los Angeles i na Sri Lankę. Miała ulubione trasy, lotniska, miasta, kierunki, widoki.

Symboliczny, ostatni lot

19 stycznia tego roku Adelajda Szarzec-Tragarz zakończyła swoją karierę zawodową. Jej ostatnim rejsem, po dokładnie 19 921 godzinach i 28 minutach w powietrzu, był lot z Seulu do Warszawy. Bardzo szczególny, symboliczny, gdyż na pokładzie „olbrzyma” znajdowała się pełna damska załoga. A wśród niej drugi kapitan, także po rzeszowskiej uczelni.

Koleżanki i koledzy po fachu pani Adelajdy podkreślają, że absolwentka pilotażu PRz stanowi dla wielu wzór profesjonalizmu. Jest przykładem tego, że dzięki uporowi, zaparciu, determinacji i ogromnej pasji można przetrzeć niedostępne wcześniej szlaki. Niektórzy mówili, że wraz z jej odejściem z LOT-u, skończył się pewien ważny w historii etap. Żegnana była ze wzruszeniem na warszawskim Lotnisku Chopina. Nas, podczas inauguracji na PRz, zapewniała, że znalazła sobie zajęcie na emeryturze i jest szczęśliwa.

- Przecierała Pani ścieżki. Jest w Pani coś niesamowitego. Bardzo cenię takie osoby, które dążą do wyznaczonego przez siebie celu, a przy tym są niezwykle skromne i pokorne. Podziwiam Panią kapitan – mówiła Pierwsza Dama, Agata Kornhauser-Duda, podczas spotkania w Pałacu Prezydenckim. Rozmawiały o tym, jak wygląda niezwykła historia zawodowa pani kapitan, o trudach pracy pilota, ale także o wyzwaniu łączenia życia zawodowego z macierzyństwem.

Trzeba być cierpliwym

- Co by Pani powiedziała młodym dziewczynom, które marzą o podobnej ścieżce i mają odwagę, pociąg do latania? Czy trzeba mieć jakiś zbiór cech odpowiednich do tego zawodu?

- Myślę, że te cechy kształtują się w miarę zdobywania kolejnych uprawnień lotniczych. Jeśli ktoś nie spełnia wymagań, m.in. psychologicznych, nigdy nie będzie pilotem. Takie osoby się wykruszają. A w tej profesji ważne są: cierpliwość, dążenie do celu i do doskonalenie umiejętności. Dzisiaj dochodzi jeszcze wyzwanie materialne.

Pani Adelajda jest jedną z bohaterek książki Anny Rudnickiej–Litwinek, „Dziewczyny na skrzydłach”, będącej zbiorem prawdziwych historii polskich lotniczek – pionierek, które zdobyły niebo. Pokazuje ona autentyczne losy Polek, zarówno od początków lotnictwa, w czasie drugiej wojny światowej, jak i w okresie PRL-u i wolnej Polski. Są rozdziały poświęcone między innymi pierwszej polskiej pilotce, Karolinie Iwaszkiewiczównej (1905-1985) czy też pierwszej pilotce myśliwca – ppłk pil. Halinie Kamińskiej–Dudek.

Beata Terczyńska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.