Pomoc liczona w tonach. Nakrętki mają moc

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Wojtkielewicz
Kamila Kalinowska

Pomoc liczona w tonach. Nakrętki mają moc

Kamila Kalinowska

Zbieranie nakrętek to nie tylko przejaw dbania o środowisko. W ostatnich latach stało się również popularnym sposobem pomagania potrzebującym. Tworzą się łańcuszki zakręconej pomocy.

Bartuś ma wodogłowie, rozszczep kręgosłupa, przepuklinę oponowo-rdzeniową, pęcherz neurogenny, padaczkę. Jak się urodził to miał dwie szpotawe stopy, jedną już zoperowaliśmy - wylicza Emilia Malinowska-Mocarska z Białegostoku, mama 3-latka. Niezbędna jest codzienna rehabilitacja chłopczyka. Ale ta przekracza możliwości finansowe rodziny. Na szczęście Bartuś mógł rozpocząć ćwiczenia dzięki nakrętkom. A dokładniej - wielu ludziom, którzy je zbierają. Od stycznia na rzecz chłopczykla udało się ich zgromadzić blisko 7 ton.

Inna białostoczanka, Sylwia Duda-Garbolińska zbiera nakrętki dla swojej chorej 5-letniej córeczki od września 2013 roku. Pomagają szkoły, przedszkola, różne instytucje. Dotąd zebrano 50 ton tego surowca. Wystarcza na najpilniejsze potrzeby dziecka.

Od kilku lat zbieranie nakrętek jest bardzo powszechne. Mało kto dzisiaj wyrzuca je po prostu do kosza. Pudła na nakrętki stoją nie tylko w szkołach czy przedszkolach, ale tez wielu firmach i instytucjach.

Tych, którzy chcą w taki sposób pomagać innym, nie brakuje. Np. Centrum Wolontariatu Wydział Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku już od pięciu lat przeprowadza zbiórkę korków pod nazwą „Zakręcona Akcja”. Środki uzyskane ze sprzedaży nakrętek trafiają do podopiecznych Kliniki Rehabilitacji Dziecięcej z Ośrodkiem Wczesnej Pomocy Dzieciom Upośledzonym „Dać Szansę” oraz Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci i Młodzieży „Odrobina Radości” przy Placówce Opiekuńczo-Wychowawczej im. dr Ireny Białówny w Białymstoku.

Łańcuszek pomocy

Emilia Malinowska-Mocarska zanim zaczęła zbierać nakrętki dla Bartusia, zbierała je dla innych potrzebujących i nosiła do przedszkola do starszego syna. Gdy okazało się, że młodszy synek będzie wymagać stałej rehabilitacji, wiedziała, że pomóc w zdobyciu środków na ten cel mogą właśnie nakrętki.

- Rozpoczęliśmy zbiórkę 3 stycznia tego roku, w dniu trzecich urodzin Bartka - opowiada. - Założyliśmy stronę „Nakrętki Bartusiowi”. Akcja spotkała się ogromnym odzewem, kontaktowało się z nami bardzo dużo osób. Dzwonili do mnie ludzie z całej Polski, także z zagranicy. Odezwały się do mnie panie z polskich szkół w Szkocji i Anglii. Zorganizowały tam zbiórki, a potem nakrętki były wysyłane busami do Polski.

Jak przyznaje pani Emilia, ze zbierania nakrętek zrobił się swego rodzaju rytuał.

- Są takie osoby, które do mnie już nie dzwonią, tylko pukają w drzwi około godz. 20 i przynoszą reklamówki z nakrętkami. - opowiada. - Wiedzą, że o tej porze jestem zawsze w domu. Każdy przekazywał wiadomości o mojej inicjatywie swojej rodzinie, znajomym itd. Zrodził się z tego taki łańcuszek pomocy.

Do tej pory na rzecz Bartusia zebrano blisko siedem ton nakrętek.

- Naszym celem minimalnym były trzy tony, a maksymalnym dziewięć - opowiada mama chłopca. - Z wyliczeń wynikało, że dziewięć ton to będzie 9 tys. zł, akurat tyle, ile kosztuje turnus rehabilitacyjny i roczna rehabilitacja po dwa razy w tygodniu. Zbiórka nakrętek więc jeszcze trwa, do 3 stycznia przyszłego roku.

Rehabilitacja, na którą mama chłopczyka zbiera środki, ma usprawnić górną część ciała Bartka, czyli ręce i mięśnie brzucha. 3-latek nigdy nie będzie chodzić. Dlatego musi mieć siły, by w przyszłości móc samodzielnie poruszać się na wózku inwalidzkim.

- Byliśmy już na jednym turnusie rehabilitacyjnym, w lutym wybieramy się na drugi - opowiada pani Emilia. - Rehabilitacje dają bardzo dużo. Bartek miał np. niedowład prawej rączki, chwytał zabawki tylko lewą. W tej chwili robi to i jedną i drugą.

Chłopczykowi są także niezbędne masaże. W nogach Bartusia zatrzymuje się płyn limfatyczny, który trzeba odprowadzać, aby nie dochodziło do opuchnięć i obrzęków.

Sylwia Duda-Garbolińska zbiera nakrętki dla swojej chorej 5-letniej córeczki. - Milenka cierpi na dziecięce porażenie mózgowe, czterokończynowe, spastyczne - mówi mama dziewczynki. - Nie siedzi samodzielnie, nie chodzi, nie mówi. Osoby z takimi schorzeniami wymagają ciągłej rehabilitacji. Turnusy są jednak dosyć drogie, kosztują ponad 5 tys. zł.

Dlatego rodzina postanowiła zbierać nakrętki. Na ten pomysł wpadła koleżanka kobiety. Przeczytała o podobnych przedsięwzięciach i namówiła mamę chorej dziewczynki do działania.

Jak twierdzi Sylwia Duda-Garbolińska, od początku akcji udało się im zgromadzić łącznie 50 ton nakrętek. Co jakiś czas sprzedają zebrane korki i pokrywają bieżące wydatki.

- Za każdy kilogram firma recyklingowa płaci nam złotówkę. Te pieniądze są wpłacane na subkonto Mileny założone w Fundacji Złotowianka. Z otrzymanych środków opłacamy turnusy rehabilitacyjne dla Milenki, które są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania. Bez tego po prostu leżałaby i cierpiała - mówi pani Sylwia.

Dziewczynka musi być praktycznie codziennie rehabilitowana. Najważniejsze jest, aby jej stan się nie pogarszał.

- Ciągłe napięcie mięśniowe może spowodować wykrzywienie kręgosłupa, różnego rodzaju przykurcza - wylicza mama Milenki. - Rehabilitacje są po to, by oddalić to ryzyko i sprawić, aby Milenka była jak najbardziej sprawna. Nasza córka ma m. in. zajęcia z dogoterapii, hipoterapii, także z pedagogiem. Dwa razy byliśmy też na delfinoterapii, które dają świetne efekty. Jedna kosztuje 20 tys. zł. Udało się nam na nie pojechać dzięki zbiórce nakrętek. Inaczej nie byłoby nas na to stać.

Akcja na rzecz Milenki ciągle trwa.

- Zbiórka będzie trwać tak długo, jak długo ludzie będą chcieli nam pomagać i zbierać nakrętki - mówi Sylwia Duda-Garbolińska. - Dla nas to bardzo ważna i realna pomoc.

Zbiórka nakrętek koordynowana przez Wydział Nauk o Zdrowiu UMB tradycyjnie zaczyna się wraz z początkiem nowego roku akademickiego i kończy się 31 maja.

Pieniądze, które udaje się pozyskać dzięki sprzedaży zakrętek, są przeznaczane na pomoc najmłodszym, m. in. na turnusy rehabilitacyjne, ćwiczenia i sprzęt.

- Nakrętki przynoszą nasi studenci, ale też wszyscy mieszkańcy Białegostoku. Akcja zawsze cieszy się dużym zainteresowaniem - przyznaje prof. Elżbieta Krajewska-Kułak, prodziekan WNoZ UMB.

W ciągu kilku miesięcy trwania akcji udaje się zebrać przeważnie 450-600 kg tego surowca.

Pomagać nie jest łatwo

Zbieranie plastikowych nakrętek to już od wielu lat nie tylko dbanie o środowisko, ale bardzo popularna forma pomagania potrzebującym. Chociaż trzeba przyznać, że ta forma pomocy wymaga wiele zaangażowania od jej organizatorów.

Trzeba poszukać punktu skupu, który za kilogram nakrętek zapłaci najwięcej. Z tym łatwo nie jest. W Polsce ceny są różne, od kilkudziesięciu groszy do złotówki, w zależności od ilości surowca i regionu. Czasem aby uzyskać najlepszą cenę, trzeba nakrętki dowieźć kilkaset kilometrów do punktu skupu, co generuje koszty.

Wcześniej trzeba te nakrętki z punktów zbiórki odebrać, a potem gdzieś składować, bo do skupu nikt kilograma nie powiezie. A worki z taką zawartością zajmują dużo miejsca. Na kilogram potrzeba 300 - 500 korków, 120 litrowy worek, który waży ok. 13 kg to ponad 5,6 tys. sztuk nakrętek. Aby zebrać tonę, takich worków trzeba ok. 65. W mieszkaniu raczej się nie pomieszczą.

W województwie podlaskim tylko kilka przedsiębiorstw zajmuje się skupem nakrętek.

- Aktualnie skupujemy kilogram nakrętek za 40 groszy, a więc za tonę wychodzi około 400 zł - informuje Maciej Kołodko, właściciel firmy PPHU „Kołoplast” z Białegostoku. Jego zakład zajmuje się skupem odpadów z tworzyw sztucznych, m. in. skrzynek i folii, a następnie mieleniem ich i granulowaniem. Co dziejej się ze skupowanymi nakrętkami?

- Umieszczamy je w sortowni, potem wrzucamy do młyna, gdzie są mielone - wylicza Kołodko. - Następnie w kolejnej maszynie są granulowane. Podczas tego etapu materiał jest przepuszczany przez filtr, oczyszczany z zewnętrznych zanieczyszczeń. Produkowany przez nas regranulat jest używany do produkcji folii LDPE, opakowań do chemii gospodarczej i innych artykułów z tworzyw sztucznych.

Po wszystkich zabiegach regranulat trafia do przedsiębiorstwa, które wykorzystuje go np. do produkcji pudełek, doniczek, wiader, opakowań do chemii gospodarczej, np. pojemników na pasty do mycia rąk.

Właściciel firmy przyznaje, że zgłaszają się do niego chętni z zamiarem sprzedaży nakrętek na cele charytatywne.

- Ostatnio jest ich jednak niewielu. W tym roku zgłosiło się w granicach 10-15 osób. Bywało dużo więcej, ale to zależy od ceny, a wiadomo, że każdy szuka jak najlepszej oferty, zwłaszcza, gdy zbiera pieniądze na ważny cel - tłumaczy przedsiębiorca. - Przyjmujemy wszystkie nakrętki plastikowe. Ważne jest, by nie zawierały metalowych elementów. Trzeba więc uważać na opakowania po np. spryskiwaczach do szyb, płynach do mycia w sprayu.

Nie tylko Ekologia

Zbieranie nakrętek to jedna z form segregacji odpadów. Odkręcając je z butelek i różnego rodzaju opakowań ułatwiamy pracę firmom odbierającym odpady. Przed wysłaniem do odzysku opakowania muszą być odpowiednio sprasowane, a zakręcone niełatwo jest zgnieść. Butelki pozbawione zakrętek i zgniecione zaoszczędzą przestrzeń nie tylko na składowiskach, ale również w naszych domach. Każdy kto zbiera nakrętki na cele charytatywne ponadto podkreśla, że lepiej oddać je potrzebującym, przez co potem trafią do recyklingu, niż wyrzucić, by walały się po wysypiskach i zanieczyszczały środowisko. Ale zbieranie nakrętek ma też wymiar społeczny.

- Zbieranie nakrętek jest jedną z form pomocy dla drugiego człowieka. Jak najbardziej wpływa to pozytywnie na osoby jej udzielające - mówi Karol Halicki, ekspert z Niepublicznej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej nr 1 w Białymstoku. - Dotyczy to zwłaszcza dzieci. Uczy ich już od najmłodszych lat, że należy pomagać. W przyszłości może to zaprocentować działnością na rzecz potrzebujących poprzez wolontariat, członkostwo w rozmaitych stowarzyszeniach.

Specjalista podkreśla, że tego typu akcje, w które są zaangażowane w szczególności całe rodziny, wpływają na lepszy rozwój emocjonalny, społeczny dziecka.

- Uczą wrażliwości i nieobojętności na potrzeby innych - przekonuje Halicki. - Takie akcje należy wspierać i propagować. Zwłaszcza, że nie kosztują nas ani złotówki. Chodzi tylko o chwilę, którą poświęcimy dla innych. Pomoc, którą my teraz komuś zaoferujemy może kiedyś do nas wrócić. Trzeba o tym pamiętać.

Kamila Kalinowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.