Poszło o suche gałęzie. Odważył się upomnieć o swoje i teraz ma kłopoty

Czytaj dalej
Fot. H. Wysocka
Helena Wysocka

Poszło o suche gałęzie. Odważył się upomnieć o swoje i teraz ma kłopoty

Helena Wysocka

Chryste, na jakiej planecie ja żyję?! - denerwuje się Stanisław Zapolski ze wsi Łanowicze Małe. - Zamiast karać tych, którzy łamią prawo, to mnie ścigają!

Jeszcze do ministra Ziobry będę pisał - zapowiada mężczyzna. - Dwa listy już wysłałem, ale będę go nękał do czasu, aż osobiście zajmie się tą sprawą. Pieniacz jestem? Nie, ja tylko nie mogę pogodzić się z decyzją organów ścigania oraz sądu, który nakazał mi zapłacić za to, że inni lekceważą obowiązujące przepisy. Do tej pory wierzyłem w sprawiedliwość.

Zapolski mówi, że będzie walczył do skutku. Choćby miał stracić na to resztę swojego życia. - Nie znoszę obłudy i kłamstwa. Tak zostałem wychowany - dodaje.

Stanisław Zapolski ma 54 lata. Urodził się i mieszka w niewielkiej wsi, w gminie Przerośl. Pracuje dorywczo na budowach.

- Lekko nie jest, ale nauczyłem się żyć tak, aby nie wyciągać ręki po pomoc - tłumaczy.

Poszło o suche gałęzie

Problemy, z którymi musi się borykać zaczęły się wiosną minionego roku. Zapolski zauważył wtedy, że na drzewie rosnącym przy gminnej, a wiodącej na jego posesję drodze jest wiele suchych konarów.

- Przy najmniejszym podmuchu wiatru sypały się na drogę - opowiada. - Pomyślałem, że trzeba coś z tym zrobić, żeby nie spadły na samochód, albo - nie daj Boże - komuś na głowę. Bo wtedy nieszczęście gotowe.

Najpierw zagadał sąsiada, by przyciął suche konary, albo jeszcze lepiej ściął drzewo, z którego i tak nie ma pożytku. Ale rolnik, który nie przejmuje się za bardzo porządkiem zignorował prośbę. Zapolski poszedł więc do gminy, lecz tam również nie znalazł zrozumienia. Urzędnicy mieli mu poradzić, by zgłosił sprawę do inspektoratu ochrony środowiska. Tam z kolei usłyszał, że jeśli drzewo stwarza zagrożenie, to najlepiej pójść z tym na policję, która pilnuje ładu i porządku.

- Wydało mi się to logiczne, poszedłem do komisariatu - wspomina. - Ale miejscowi funkcjonariusze nie śpieszyli się z przyjazdem, więc zadzwoniłem do komendy w Suwałkach. Pomogło, pojawili się natychmiast. Ale pewnie z powodu tego telefonu nie byli nastawieni do mnie zbyt przyjaźnie.

- To prawda, że przejechać było można - przyznaje Zapolski. - Ale mnie nie o to chodziło. Zabiegałem o usunięcie tego, co mogło spaść.

Uznał, że stróże porządku źle wywiązali się ze swoich obowiązków i napisał na nich skargę do przełożonego. „Drwili i używali wobec mnie wulgarnych słów...” - żalił się w piśmie. Dodał, że wychodząc z podwórka trzasnęli bramką i uszkodzili w niej zamek. Na dodatek zapowiedzieli, że ich popamięta. Ale Adam Miezianko, zastępca komendanta KMP w Suwałkach nie dał temu wiary. W odpowiedzi na skargę odpisał, że to nie policjanci, a Zapolski był agresywny i arogancki.

- Przeczuwałem, że to może źle się skończyć, bo z władzą nikt jeszcze nie wygrał - dodaje nasz rozmówca. - Kilka tygodni później okazało się, że mam rację. Dostałem bowiem wezwanie do sądu. Policjanci domagali się ukarania mnie za to, że bezpodstawnie ich wezwałem.

Jeszcze wtedy z tej sprawy się śmiał. Miał nadzieję, że łatwo udowodni swoje racje. Bo suche gałęzie dalej wisiały nad drogą i zagrażały przechodzącym tamtędy ludziom.

- Chciałem, żeby przewodniczący składu orzekającego przyjechał na miejsce i zobaczył, co się dzieje - mówi. - A wtedy sprawa byłaby prosta. Nawet nie musiałby przesłuchiwać świadków.

Przekonuje, że sędzia przychylił się do tej prośby i wyznaczył termin wizji. Cierpliwie czekał więc, wraz z adwokatem na oględziny. Ale przedstawiciel Temidy nie pojawił się we wsi. Mało tego, pod nieobecność Zapolskiego wydał wyrok. Nakazał nie tylko zapłacić 600 złotych kary za niepotrzebne wezwanie policji, ale też niemal drugie tyle nawiązki na rzecz komendy.

W uzasadnieniu wyroku podał, że droga była przejezdna.

- Wizja nigdy nie była planowana - przekonuje nas pracownica biura prasowego Sądu Okręgowego w Suwałkach. - W protokole z rozprawy nie ma takiego zapisu.

Ale Zapolski upiera się, że było inaczej. Dodaje, że łatwo to udowodnić, ponieważ proces był rejestrowany. Tyle tylko, że sąd nie chce wydać kopii płytki.

- Czy to nie dziwne? - zastanawia się. - Gdyby wszystko było w porządku to miałbym wgląd do całych akt sprawy, a nie tylko części.

Niekorzystane dla siebie orzeczenie zaskarżył do suwalskiej „okręgówki”. Ta utrzymała je w mocy. Mało tego, sędzia uzasadniając decyzję stwierdził, że kara jest mało dotkliwa.

- Strasznie mnie to zirytowało - przyznaje rozmówca. - Może dla sędziego tysiąc złotych to mało, ale nie w moim przypadku?! Aby zapłacić taką kwotę muszę odkładać przez kilka miesięcy.

W nerwach, wychodząc z sali rozpraw rzucił, że „wszyscy po łańcuszku pójdą do Warszawy”. Miał na myśli to, że decyzje sądu będzie skarżyć dalej, do ministra Zbigniewa Ziobry. Ale przewodniczący składu orzekającego zrozumiał wypowiedź inaczej. Uznał, że Zapolski mu grozi. Poza tym, samowolnie, w czasie uzasadnienia wyroku wyszedł z sali, więc obraził sąd. I za to musi zapłacić 2 tysiące złotych kary porządkowej.

- W sumie , wraz z kosztami mam wybulić cztery tysiące - kalkuluje Zapolski. - Tylko na litość boską, za co? To człowiek już nie może o swoje się upomnieć?!

Pieniędzy jeszcze nie zapłacił, bo nie ma. Sprawa trafiła więc do komornika, a ten już zapowiedział, że w pierwszych dniach lipca zlicytuje Zapolskiego samochód.

- Nawet go nie wycenił - irytuje się rozmówca. - Dobre auto chce sprzedać za psi grosz. Nie pozwolę na to!

Ministrze, ratuj!

Kilka tygodni temu, gdy Zapolski wracał do domu na jego samochód, ze spornego drzewa spadło kilka suchych gałęzi. I w paru miejscach zniszczyły lakier. Szkody niby nie są wielkie, ale powstały. Mężczyzna zdenerwował się i zawiadomił suwalską prokuraturę, że policjanci i sędziowie naruszyli prawo. Pierwsi kłamali, że na publicznej drodze jest bezpiecznie, choć nie jest. Sędziom zaś zarzucił, że nie dopełnili swojego obowiązku.

- Powinni przyjechać i zobaczyć kto w tym sporze ma rację - uważa. - A nie ferować wyroki zza biurka.

Prokuratura odmówiła wszczęcia śle-dztwa. Po analizie akt sądowych uznała, że nie ma podstaw do tego, by komukolwiek stawiać zarzuty. Ale Zapolski nie daje za wygraną. - W papierach może i wszystko gra, ale rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej - przekonuje. - Tylko trzeba jej rzetelnie się przyjrzeć.

Skargę na działalność organów ścigania napisał do ministra Ziobry. Ten polecił suwalskim śledczym ponownie przeanalizować sprawę.

- Bez sensu, nikt nie przyzna się do błędu - uważa. - Minister powinien zająć się tym osobiście. Wtedy byłoby sprawiedliwie.

Taką prośbę Stanisław Zapolski wystosował do ministerstwa kilka dni temu. Odpowiedzi jeszcze nie otrzymał.

O pomoc poprosił też Europejski Trybunał Praw Człowieka. „Zostałem mocno skrzywdzony przez ludzi, którzy powinni mnie chronić”... - napisał o policjantach.

Funkcjonariusze z Komendy Miejskiej Policji w Suwałkach przekonują, że ich działania były bezstronne. Wystąpili o ukaranie Stanisława Zapolskiego, ponieważ w minionym roku parokrotnie angażował ich do rozstrzy-gnięcia sporów z sąsiadem. Zainteresowany twierdzi, że prosił o pomoc tylko w jednej sprawie.

Helena Wysocka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.