Prof. Spodaryk: Brzydzę się kłamstwem i łapownictwem

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banaś
Katarzyna Janiszewska

Prof. Spodaryk: Brzydzę się kłamstwem i łapownictwem

Katarzyna Janiszewska

Nieznośny bywa i upierdliwy, ma nieciekawe życie, praca - i nic więcej. - No fakt, mam jeden dom, do którego jestem zapraszany w gości - śmieje się. Niepopularny i nielubiany w środowisku medycznym podobno też jest.

Bywa, że klnie jak szewc. - Skurwysyństwa nie znoszę. Draństwo piętnuję. Jak wchodzę, zamyka się mordę. O, przyszedł, to lepiej nic nie mówić. Że niby nie wiadomo, czy nie doniesie. Spotyka go ostracyzm.

Profesor Spodaryk: - Mam to w dupie.

Pediatrą został z tęsknoty. Za ojcem, też pediatrą. Ojca w domu zawsze było mało. Jego i siostrę wychowywała mama. To ona nauczyła go czytać i pisać, gwizdać na palcach, pluć (bo była dziwną mamą), strzelać z procy, jeździć na rowerze (przy tym też ojca nie było). No i tej nieszczęsnej wrażliwości go nauczyła: że zwierzątka, że drugi człowiek. Co pokutuje w nim do dziś. W tym sensie, że nie ma w nim zgody na draństwo. A to nie ułatwia życia.

- Sytuacja jest bardzo prosta - wyłuszcza. - Jak ktoś nie reaguje na zło, tylko się przygląda, jest jeszcze gorszym łajdakiem. Dwóch rzeczy się brzydzę: kłamstwa i łapownictwa. Biedny nie może być pozbawiony szans na leczenie. Tak byłem uczony przez ojca. Każdy asystent, którego przyjmowałem do pracy, usłyszał ode mnie, że za branie łapówek wylatuje się z zespołu. Czy łatwo żyć bez tych pokus? Z zasadami? Łatwo. Żyję dostatnio i spokojnie. Śpię lepiej. I stolec mam uregulowany.

Ojciec

Wracając do taty: wychodził z domu kiedy z siostrą jeszcze spali. Wracał gdy już spali. Był niedzielnym tatą. Ale w domu zawsze funkcjonował mit tego zawodu. Tata był komuś potrzebny, wołali go, gdy źle się działo, była choroba. Jawił się im jako osoba, która każdego potrafi naprawić.

Wakacje spędzali u dziadków. I wtedy tata chciał nadrobić swoją nieobecność. Były: lody, wata cukrowa, karuzele, zoo, i zwiedzanie, i plaża. - Po kilku dniach mieliśmy z siostrą dosyć - wspomina prof. Spodaryk. - Z ulgą odczuwaliśmy koniec wakacji i powrót taty do pracy.

Kiedy sam wybrał ten zawód, myślał: ze mną będzie inaczej. Przecież nie może być tak, że tylko szpital i szpital. To kwestia organizacji pracy. Wszystko się da pogodzić.

- Służbie choremu dziecku trzeba podporządkować całe życie - mówi dziś. - Dla niektórych przysięga Hipokratesa jest tylko symbolem. Ja traktuję ją dosłownie. To śluby wiekuiste. Nie odwołuje ich złe samopoczucie, zmęczenie, chęć pójścia do teatru czy opery.

Ile razy było tak, że stał już gotowy do wyjścia, w białej koszuli, garniturze, pod muszką, żona w wieczorowej sukni, i... pukał pacjent. Jeszcze się wydawało, że zdążą na pierwszy antrakt. Ale nie. - Pacjent przynajmniej miał satysfakcję, że raz zobaczył swojego doktora eleganckiego - śmieje się.

Gdy wybierał zawód, ojciec nie powiedział słowa. Nigdy nie zapytał go o specjalizację. Syn zrobił I stopień, i nic, cisza, przeszło bez echa. Dopiero zrobił II stopień specjalizacji, usłyszał: witaj mistrzu, już czas, abyśmy razem pociągnęli ten wózek.

Przez 23 lata prowadzili wspólnie gabinet.

- Zawsze wiedziałem, że ojciec był ze mnie cholernie dumny. Przeżywał każdy mój występ, publikację, książkę. Wszystkie nagrody jemu oddawałem. Tęsknię za nim, bo mieliśmy najwspanialsze relacje ojciec-syn, mistrz-uczeń, partner-partner.

On sam, dla swoich synów - ocenia - był raczej wyrodnym ojcem. Chociaż oni mówią, że dobrym, i że najlepszym. W kinie był z nimi trzy razy. I za każdym razem spał. Kiedyś cały weekend budowali latawiec. Miał długi, piękny ogon, ale skurczybyk nie chciał latać. Chłopcy opowiadali później mamie, że tata poskakał po latawcu, połamał go i mówił przy tym brzydkie słowa.

Żaden nie podszedł w jego ślady. Jeden syn jest kulturoznawcą, drugi został historykiem sztuki. - Zawsze trzymałem ich stronę - mówi. - Żyjemy w największej przyjaźni, rozumiemy się lepiej, niż w wielu rodzinach, nie mamy przed sobą tajemnic.

Żona

Żonę ma doktor anielsko dobrą. Jedną i tą samą od lat. Z zawodu anestezjolog, więc dobrze go rozumie.

- Ma ze mną szalenie ciężko, trochę jej współczuję - przyznaje prof. Spodaryk. - Ale przynajmniej nigdy się ze mną nie nudziła. Wiedziała, jakiego modela sobie bierze za męża, to takiego ma.

Nie obciążała go domowymi problemami: że dzieciom trzeba kupić nowe buty. A co ugotować na obiad? Mało tego: każdą marynarkę, sweter, parę spodni, jaką zakłada na siebie, to ona mu kupiła. Doktor nie cierpi zakupów. Raz, tylko jeden raz, przed obroną doktoratu, poszedł kupić białą koszulę. Wspomina to tak:

- Wpadam do spółdzielni Dąbrowskiego i od drzwi krzyczę: czy macie białe koszule? Oczywiście, mamy. Dobrze, to poproszę. A jaki kołnierzyk? - pyta sprzedawczyni. Czy włoski, łamany, klasyczny, taki, sraki. Ja się już spociłem. I jaki rozmiar? Tego też nie wiedziałem, żona wiedziała, ale jej ze mną nie było. No i wykłada pięć koszul, pyta: która? Mówię, do garnituru i do krawata. Ale proszę wybrać, nie daje za wygraną. Więc ja w tej panice chwyciłem pierwszą z brzegu. A jak ją w domu rozpakowałem okazało się, że kupiłem koszulę z błyszczącymi lamówkami, marszczeniami, wypustkami na mankietach, no prawie estradową - śmieje się.

Na obronę poszedł w niebieskiej.

Zaborcza królewna

Pediatria to zaborcza królewna. Zabierze wszystko, a niewiele da w zamian. Czasem jeszcze można usłyszeć od pacjenta: pan doktor jest łysy, włoski mu się zsunęły pod nosek, albo: pan doktor ma duży brzuch, bo zjadł piłkę! I trzeba wiedzieć kto zacz świnka Peppa, Drakulaura, i czy Hello Kitty jest z piekła rodem? Musi znać dziecięcy świat, żeby być dla dziecka partnerem.

- Do pacjenta nie można titać - podkreśla prof. Spodaryk. - Stoi przede mną poważny człowiek, z poważnym problemem zdrowotnym, który ma swoje emocje, lęki.

Doktor to swojak, chachar prawdziwy. Ze swoimi pacjentami rozmawia po ludzku, nie po lekarsku. Zapyta więc rodziców, czy dziecko miało sraczkę, zamiast: ile wypróżnień było? Albo: czy rzyga? To buduje relacje.

- Człowiek jest zgnębiony, a jeszcze nasłucha się tego medycznego języka, to sam później nie wie, czy bardziej się boi choroby, czy tego, że nie rozumie, co do niego mówią. Dziecko na kupę nie powie przecież: stolec.

Ubolewa nad tym, że dziś lekarz nie rozmawia z pacjentem, nie patrzy na niego. A przecież ten zawód to pewna magia, sztuka. Musi być związana z solidnym rzemiosłem, ale jednak sztuka. Wyszła od szamanów i czarowników. Znachorzy, uzdrowiciele słuchali i analizowali to, co słyszą i widzą. Dziś liczą się tylko wyniki badań. Sterta papierów, piramida sprzętu zasłania chorego.

Doktora wkurza wiele rzeczy. Na przykład to, że lekarz wypisuje pacjenta z oddziału i zamiast dać skierowanie do kardiologa, mówi: no, konsultacja by się przydała. A wie, że najbliższy wolny termin dopiero za pół roku. Zwykłe draństwo.

Albo jak na drzwiach do gabinetu lekarskiego wisi tabliczka: udzielamy informacji w godz. 11-14. - No krew mnie po prostu zalewa - zżyma się. - To znaczy, że jak pacjent przyjdzie kwadrans za wcześnie, albo 10 minut później, to nikt już gęby nie otworzy? Udziela taki jeden z drugim informacji, jak biskup święceń.

Szaleństwa

Jest chyba jedynym ordynatorem, który takiej tabliczki nie ma, ba, w ogóle nie ma gabinetu. Jego lekarze i pielęgniarki też nie. Swoje stanowisko pracy mają za szybą oddzielającą sale chorych. - Jestem szczęśliwy, bo mam najwspanialszy zespół pod słońcem. Cudownych lekarzy i pielęgniarki, którzy nigdy mnie nie zawiedli, oddanych dietetyków i salowe. Tutaj nie ma zmęczenia, charkania, warczenia.

34 lata temu został świętym Mikołajem. Dostał od uczelni talony na zakupy świąteczne. Ale na półkach była mizeria. Jedna pani wymieniła te talony na gotówkę. Za którą dalej nic nie dało się kupić. Powołał więc komisję, teraz to mi mogą skoczyć na plecy, mówił, i te złotówki wymienili u cinkciarza na żywy dolar. Kupili wielki karton kaset magnetofonowych i zawieźli do ośrodka dla niewidomych dzieci na ul. Tynieckiej.

Akcję mikołajkową powtarzał kilka razy, podjeżdżając pod szpital saniami, w czerwonym stroju, spełniał marzenia dzieciaków.

Później były dalsze szaleństwa doktora Spodaryka. Świat na wspak, czyli zima w lecie. Dla dzieci, które nigdzie nie wyjeżdżały na wakacje. Pół Izdebnika wypełnił pianą, bałwany były ze styropianu. Od chemii w tej pianie trawa się na boisku spaliła i trzeba ją było później rekultywować. Ale warto było, bo zabawa była przednia.

Jak się doktor dowiedział, że chłopaki z Lanckorony szli budować port w Gdyni, po odzyskaniu przez Polskę dostępu do Bałtyku, zrobił Dni Morza. Z Bełchatowa dostał 70 ton piachu, były nawet muszelki i bursztyny. Strażacy pomogli wybudować wały przeciwpowodziowe i zalali rynek wodą. A doktor pływał po nim łodzią.

Trzeba było wyremontować oddział, a nie było za co. To poszedł do hurtowni się targować. Wytargował płytki za złotówkę, na cały oddział.

Prezes hurtowni, zrezygnowany: Zrobił pan ze mną, co chciał.

Prof. Spodaryk: Panie prezesie, ale ta złotówka to już z transportem?

Jak nie było komu pomalować ściany, to z asystentami chwycił za pędzel.

Z pomocą bezdomnych i bezrobotnych zrobił najpiękniejszy ogród dla dzieci. Niektórzy mieli pretensje, że ich na oddział sprowadza. - Założyli firmę, zdobyli pieniądze z Unii na narzędzia ogrodnicze. Żaden z nich nie wrócił na ulicę. Chętnie odśnieżą, uporządkują ogród, są konkurencyjni na rynku, wszystkim polecam firmę Cedrus - zachwala profesor.

Prof. Spodaryk: Wytatuuję sobie świnkę Peppę na ramieniu. To będzie mój manifest.
Andrzej Banaś Wąsy - atrybut mężczyzny - ma prof. Mikołaj Spodaryk bujne i sumiaste. Ubolewa tylko, że już posiwiały. Mówi, że filtrują krakowskie powietrze, więc smog nie zatruwa mu umysłu

Seniorzy

Teraz prof. Spodaryk wziął się za seniorów. Bo wczesne dzieciństwo i bardzo późna starość niczym się od siebie nie różnią. I tu i tu nie ma zębów. Tutaj i tutaj jest pampers. Jest nieporadność: człowiek zagubiony w świecie, którego jeszcze albo już nie rozumie. Z jedną zasadniczą różnicą.

- Dziecko każdy pogłaska. A stary? Ten już sobie pożył, zabiera mi miejsce w autobusie. Jak słodkiemu maluszkowi cieknie z noska, to każdy wytrze - zauważa. - A starego się brzydzi, fuj, staruch śmierdzi. Starość to powód do upokorzeń, wykluczenia. Bo mamy kult młodości: piękna cera, wybielone ząbki, kaloryfer na brzuchu. Przecież starzy ludzie kochali, cierpieli, oni to wszystko przeżywali. Wykarmili nas, wychowali, prowadzili do szkoły. I co dostają w zamian? Nawet na bilet do teatru ich nie stać. A że raz na czas do DPS przyjedzie aktor, i przywiozą ich na przedstawienie w wózku, w dresie? Pieprzyć coś takiego.

Prof. Spodaryk wymyślił sobie, że zabierze seniorów do prawdziwego teatru. Przed każdą premierą musi się przecież odbyć próba generalna. I nie sprzedaje się na nią biletów. Aktorzy w kostiumach, wszystko jak podczas spektaklu. No to jaka to dla nich za różnica, czy zagrają przy pustej widowni czy dla publiczności? Zorganizował akcję „Jeszcze żyję”. Ale nie na zasadzie skowytu nieśmiałego, zauważcie mnie. Tylko okrzyku bojowego: jeszcze, kurwa, nie umarłem!

Przez trzy lata pisał do wszystkich teatrów, z niektórymi dyrektorami się spotykał. Kiwali głowami, że super, jak wspaniale! Dostał wsparcie dwóch ministrów, mówili: zróbcie to u siebie, świetnie się to wpisuje w akcję przeciwko wykluczeniu seniorów.

- Mam żal do tego miasta - mówi prof. Spodaryk. - Wstyd mi za Kraków. Bo kiedy przyszło co do czego, odpowiedział tylko Jacek Strama, dyrektor Teatru Ludowego. Jego aktorzy od trzech lat grają dla seniorów. Zupełnie bezinteresowie. W pozostałych dyrektorzy nie odpisywali, a przed premierą nikt nie odbierał telefonu.

Doktor wprowadza na premierę 350 seniorów. Bierze ich z DPS-ów, ZOL-i, klubów seniora. Już miesiąc wcześniej są emocje, oczekiwanie. A w dniu spektaklu zapach perfum unosi się w powietrzu, i koafiura zrobiona, w uszach najlepsze kolczyki z czasów młodości, brzuch wciągnięty, i krawat się zawiązało pierwszy raz od 15 lat.

Wszyscy się dziwią: jak on to robi, że od tak zebrał tylu chętnych? No i pytanie podstawowe: gdzie w tym szaleństwie znalazł konfitury? A konfitur nie ma.

Prof. Spodaryk: - Lekarka z domu seniora, 89-letnia pani, powiedziała mi: Myślałam, że wyjdę stąd już tylko na cmentarz. A ja idę do opery. Mój ojciec, gdy już był bardzo chory, miał jedno marzenie: wyjść na krakowski Rynek i zobaczyć gołębie. Nie zobaczył ich. Na jego grobie siedzą trzy kamienne gołąbki i odpoczywają.

Świnka Peppa

Przebiera się za pokemona. Cały na żółto paraduje po oddziale. Innym razem przychodzi do szpitala na różowo, z kokardą na głowie, z balonami, bo obiecał pacjentom, że odwiedzi je Hello Kitty. W Rotundzie czytał kiedyś bajki. Na widowni prezydent miasta, rektor UJ, dyrektor szpitala. A prof. Spodaryk w stroju Kota w butach. Pojechał autobusem: pumpy, getry, lakierki, szpada, kapelusz z pawim piórem, a pod kapeluszem kocie uszy.

Z tego powodu zawsze uchodził za lekkiego świra. Więc kiedy skończył 40. lat, był już docentem, szefem oddziału, kolega powiedział mu: No, teraz to już by wypadało być poważnym.

- A ja nie będę, bo nie chcę być dorosły. Z dwóch powodów. Po pierwsze czując się dzieckiem, myślę jak dziecko. Po drugie: nie chcę się wyzbywać dziecięcej naiwności. Wiary, że, to co nas otacza jest dobre.

Nie akceptuje świata, w którym ktoś dopatruje się zła i zgorszenia w tym, że Kubuś Puchatek, pluszak, którego dzieci kochają, przytulają, chodzi bez majtek. Albo, że Hello Kitty, słodki, różowy kotek, kwintesencja małej dziewczynki-księżniczki pochodzi z piekła. A teletubisie to transwestyci. W jakiej chorej głowie się to rodzi?

- Weźmy świnkę Peppę - mówi doktor. - No jej to już nic się nie da zarzucić, myślałem sobie: ma mamę, tatę, brata, żyje grzecznie i przykładnie. A tu słyszę, że ta bajka to promocja kanibalizmu, bo w jednym z odcinków było grillowanie kiełbasy. Dlaczego tak bardzo chcemy sobie i dzieciom zohydzić ten bajkowy świat? Mam 58 lat, boję się i trochę brzydzę tatuaży, ale teraz sobie zrobię! Na ramieniu wytatuuję sobie świnkę Peppę. To będzie mój manifest!

Katarzyna Janiszewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.