Przemysław Staroń: Przedświąteczna gorączka to coś jak zbiorowa halucynacja

Czytaj dalej
Fot. Pawel Lęcki
Agnieszka Kamińska

Przemysław Staroń: Przedświąteczna gorączka to coś jak zbiorowa halucynacja

Agnieszka Kamińska

Świąteczna otoczka tylko nas głaszcze, jest zapowiedzią zaspokojenia jakichś istotnych potrzeb, ale de facto ich nie zaspokoi - mówi Przemysław Staroń, psycholog, kulturoznawca, religioznawca, wykładowca Uniwersytetu SWPS, nauczyciel m.in. etyki, w II LO w Sopocie.

Co roku przed Bożym Narodzeniem odbywa się ten sam spektakl pod tytułem „przedświąteczna gorączka”. Dlaczego w nim uczestniczymy? Robimy to pod dyktando handlowców, dlatego że taka jest tradycja czy może udział w tej gorączce jest nam w jakiś sposób potrzebny?
A może wszystko naraz? Mamy potrzebę czucia się dobrze, potrzebę bezpieczeństwa, potrzebę bycia w grupie. Święta Bożego Narodzenia kojarzą się z zaspokajaniem wszystkich tych potrzeb. A istotą współczesnego marketingu jest bardzo uważne celowanie w potrzeby, kreowanie ich, ale także odkrywanie tych potrzeb, których istnienia nie do końca jesteśmy świadomi. Święta działają na nas głównie na poziomie zmysłowym, a więc ma znaczenie cały ten sztafaż - półmrok, ciepło, kolory. Uruchamiają się wszystkie te skojarzenia, które dobrze na nas wpływają, wiążą się z dzieciństwem, zabawą, błogością. Oczywiście handel umiejętnie to wykorzystuje, ale przecież na tej zasadzie on funkcjonuje. Czasem jakieś świąteczne akcje promocyjne mogą nam się nie podobać, budzić zażenowanie, śmiech, ale nie zmienia to faktu, że są nabudowane właśnie na tych potrzebach, które ma każdy z nas.

Przed świętami galerie handlowe są pełne ludzi, którzy spędzają w nich po kilka godzin. Właściwie dlaczego? Przecież to jest działanie nieracjonalne. Zakupy moglibyśmy zrobić w mniejszych sklepach, wielu z nas przez internet. A może my po prostu chcemy w tych kolejkach stać?
Gdyby popatrzeć z boku na to, co dzieje się w sklepach w grudniu, to można by było przyrównać tę sytuację do obserwowania pijanych ludzi przez człowieka trzeźwego. Patrzymy i nie dowierzamy. Ale faktem jest, że my odczuwamy potrzebę afiliacji. Kiedyś istniały rynki miejskie czy agory, na których ludzie się spotykali. Dziś tego już nie ma. Ich funkcje przejęły głównie galerie handlowe. Tam jesteśmy wśród ludzi, mamy tam poczucie wspólnoty, co jest wzmacniane przez świąteczne ozdoby i piosenki. Nas ciągnie do odczuwania takich stanów. W zlaicyzowanym społeczeństwie przebywanie w galerii jest namiastką obrzędowości. Budynek galerii jest zamknięty, rozświetlony, są piosenki, mnóstwo ludzi... jak w kościele. Gdy wszyscy idą na zakupy do galerii, to my najczęściej, choćby nieświadomie, nie chcemy być poza tym kręgiem społecznym. Nie widzę problemu w tym, że chodzimy do galerii, że jesteśmy zachęcani do zakupów i że zaspokajamy tam potrzebę doświadczenia agory. Problem w tym, że to wszystko jest iluzyjne, funkcjonuje na bardzo płytkim poziomie. To tak jak z kawą. Wypijamy ją i na jakiś czas pobudza nas kofeina. Ale to jest sztuczne pobudzenie. Albo inny przykład - wrzucamy na portale społecznościowe dobrze przygotowane zdjęcia i otrzymujemy opinie, w których inni ludzie się zachwycają, piszą „wspaniale wyglądasz”. Oczywiście, w różnych sytuacjach taka powierzchowność jest przydatna, bo poprawia nam humor. Tyle tylko że powierzchowność na dłuższą metę coraz bardziej oddala nas od tego, co jest ważne, co jest głęboko w nas. Ażeby zaspokoić prawdziwe, głębokie potrzeby, musimy tworzyć realne relacje z ludźmi. Tak samo jest z tą świąteczną otoczką. Ona nas tylko głaszcze, jest zapowiedzią zaspokojenia jakichś istotnych potrzeb, ale de facto ich nie zaspokoi. Jednakże daje namiastkę czegoś, za czym tęsknimy. A jak ktoś kiedyś świetnie powiedział: nie potępiajmy dawców złudzeń, gdyż rozdają swój towar zgodnie z oczekiwaniami.

Kiedyś istniały rynki miejskie czy agory, na których ludzie się spotykali. Dziś tego już nie ma. Ich funkcje przejęły głównie galerie handlowe. Tam jesteśmy wśród ludzi, mamy tam poczucie wspólnoty, co jest wzmacniane przez świąteczne ozdoby i piosenki. Nas ciągnie do odczuwania takich stanów. W zlaicyzowanym społeczeństwie przebywanie w galerii jest namiastką obrzędowości.

W świętowaniu bywa też dużo hipokryzji, na którą się godzimy - np. podczas Wigilii łamiemy się opłatkiem nawet z nielubianym członkiem rodziny albo podczas spotkania opłatkowego w firmie życzenia składamy komuś, komu wcale dobrze nie życzymy. Po co ta cała gra?
Zacznijmy od podkreślenia: tak, to jest gra. Pewien rytuał. Coś na zasadzie zbiorowej halucynacji, na którą się godzimy. Jest to pod pewnymi względami pozytywne. Bo to świetnie, że podczas spotkania opłatkowego podejdziemy do osoby, do której byśmy w zwykłych okolicznościach nie podeszli. Ale z drugiej strony możemy sobie zadać pytanie, czy jest sens bawić się w coś, co jest tak sztuczne? Nie jestem zwolennikiem integrowania ludzi na siłę, ale z drugiej strony każde spotkanie, nawet chwilowe, jest szansą na coś więcej - że może ktoś komuś głębiej spojrzy w oczy i stwierdzi: „on jest całkiem w porządku”.

Powtarzamy też slogany, że nikt nie powinien być w święta samotny, że najważniejsza jest rodzina. Z realizacją tych sloganów jest różnie, ale wydaje się, że przed świętami i tak lepiej niż w innych porach roku.
Dobrze, że przed świętami myślimy o samotnych. Źle, że głównie tylko w tym czasie. Świadomość, że można liczyć na czyjąś pomoc lub troskę jeden jedyny raz w roku, jest bardzo przykra. Jest taka piosenka „Przekażcie sobie znak pokoju” i są w niej słowa: „to dobroci dzień dla ludzi, to jedyny w całym roku taki dzień (…) potem przyjdą dni powszednie, braknie nagle ciepłych słów, najjaśniejsza gwiazda zblednie i niepokój - jak co roku - wróci znów”. To smutne frazy, choć, niestety, pokazują rzeczywistość. Na pewno nie tak to powinno wyglądać. Czasem lepiej jest uświadomić sobie, że w jakichś relacjach, np. w rodzinie, nie ma głębi i jej już nie będzie, niż udawać i mieć bezpodstawną nadzieję, że podczas świąt ona nagle się pojawi i tak już zostanie. Coś takiego w sposób magiczny, bez pracy i zaangażowania, się nie wydarzy. Paradoksalnie takie stanięcie w prawdzie, podkreślenie, że nie ma sensu udawać relacji, może dużo bardziej otrzeźwić nas i naszych oddalonych emocjonalnie bliskich i… rozpocząć prawdziwą relację. Jezus o tym mówił: „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”.

W grudniu na masową wręcz skalę organizowane są wigilie dla bezdomnych. Trochę szkoda, że mniej myśli się o nich w innych miesiącach roku. To samo dotyczy organizacji akcji charytatywnych, których przed Bożym Narodzeniem mamy multum.
Kiedy słyszę o tym, że trzeba zrobić wszystko, aby ktoś nie był sam w święta, to się cieszę. Wspaniale, że święta będą okazją do spojrzenia na drugiego człowieka, że można pomóc np. bezdomnym, samotnym. Ale jednocześnie w tym tkwi wielka pułapka. Bo święta, których bezdomny nie spędzi w samotności, nie rozwiążą jego problemu samotności i bezdomności. Co z innymi dniami w roku? Nie mówię, że mamy zlekceważyć problem osób samotnych w święta, na zasadzie „lepiej nie tworzyć im iluzji”. Człowieka trzeba wzmacniać zawsze, gdy to tylko możliwe. Chodzi jednak o to, że jeśli chcemy przeżywać życie lepiej, porządniej, to musimy mieć świadomość, że realna pomoc wymaga większego zaangażowania, a nie tylko, nomen omen, od święta. My czasem zachowujemy się jak te zwierzęta, które mają w Wigilię przemówić ludzkim głosem. Nieświadomie przyjmujemy taką postawę: „jest Wigilia, więc i my, ludzie, przemówimy ludzkim głosem do innych ludzi”. Pomaganie trzeba praktykować permanentnie, cały rok. Pojedyncza akcja to za mało. To tak, jakby w związku dawać buziaka raz w roku. Na takim pojedynczym geście przecież nie zbudujemy relacji. Ale to powierzchowne świętowanie dotyczy także innych sfer, choćby świątecznych, plastikowych ozdób.

No właśnie. Te przedmioty są tak naprawdę kiczowate. Dlaczego nam ten świąteczny kicz nie przeszkadza? O co tu chodzi?
Cały ten obszar emocji, który powinien być realizowany z drugim człowiekiem, jest przez nas przekierowany na przedmioty. Czasem zachowujemy się tak, jakby nie można było obchodzić świąt bez tych wszystkich ozdób, dekoracji, choinek. Nie mówię, że one są złe. Ja uwielbiam ozdoby, niekiczowate (śmiech), ale one nie są istotą świąt. I tu nie tylko o Boże Narodzenie chodzi. Równie dobrze, jeśli świętujemy przesilenie zimowe, a nie dokonamy refleksji, nie pójdziemy głębiej w sens tego świętowania, to utkniemy na poziomie materii. Miną święta, a my pozostaniemy z zakurzonymi przedmiotami, które zaczną nas denerwować. A druga sprawa to kwestia świątecznej estetyki. Większość tego, co jest w sklepach, to rzeczywiście absolutny kicz. Plastikowe dekoracje wręcz nas zalewają. Ja co roku kupuję jakieś ozdoby świąteczne, ale mam ich bardzo mało. Bo mało jest rzeczy, które mi się podobają i które chcę mieć w domu. Kocham drewno. I minimalizm.

Nie lubi pan bombek?
Zależy jakie bombki. Pamiętam te z dzieciństwa. To było dmuchane szkło. One mi się bardzo dobrze kojarzą. Potem w sprzedaży pojawiły się te plastikowe... Muszę przyznać, że parę lat temu szukałem długo choinki, siłą rzeczy kupiłem sztuczną, ale jednak zależało mi, żeby była ładna. Udało mi się też znaleźć bombki w jednolitym kolorze. Nie są szklane, ale są piękne, i cały wystrój jest prosty, minimalistyczny, przepiękny. Mi i mojemu partnerowi odpowiada to całkowicie. Czasem mam wrażenie, że wystrój świąteczny w sklepach jest robiony byle jak. Ktoś zawiesił lampki, jakieś trzy bombki, posypał sztucznym śniegiem i tyle, jest wystrój. Brakuje tu smaku, wysiłku, wyobraźni. W słynnym gdańskim salonie, gdzie chodzimy z Jędrkiem się strzyc, co święta jest nowa, ciekawa dekoracja, wykorzystująca naturalne elementy. I to wygląda wow! Niemniej - wszelkie tradycje są wspaniałe, ale jeśli zabraknie refleksji, wysiłku, wyobraźni, to pozostaje nam coś płytkiego. I to dotyczy zatem nie tylko relacji z ludźmi, ale także estetyki świątecznej. Bo ona jest symbolem naszego podejścia do innych. Tu nie chodzi o to, czy coś jest kiczowate samo w sobie. Chodzi o to, że kicz jest pustką. A my od świąt oczekujemy pełni. Dlatego, gdy od kochanych seniorów dostaję różne ozdoby w prezencie, to nawet jeśli nie powalają swoją estetyką, podbijają moje serce. Bo czuję serce tych, którzy mi je podarowali.

Jak pan tak mówi o tych dekoracjach, to pomyślałam sobie, że dla wielu ludzi ważny jest idealny świąteczny obrazek. Ma być choinka, dzieci, prezenty, uśmiechnięci rodzice. I do tego obrazka nie bardzo pasuje niedołężny, a może wręcz leżący w łóżku, chory dziadek lub babcia. Lekarze od kilku lat mówią, że na czas świąt przyjmują więcej starszych osób, bo ich rodziny zwyczajnie pozbywają się ich na czas świąt. To jest przerażające.
Tak. Nasze życie nie jest idealnym obrazkiem czy reklamą jakiegoś produktu, w której rodzina ładnie wygląda, a jej wizerunek jest wręcz przesłodzony. Jeśli ktoś stroi dom na święta, a nie chce zająć się chorym w rodzinie i intencjonalnie przedłuża jego pobyt w szpitalu, to jest to zaprzeczenie istoty świętowania.

Jeśli ktoś stroi dom na święta, a nie chce zająć się chorym w rodzinie i intencjonalnie przedłuża jego pobyt w szpitalu, to jest to zaprzeczenie istoty świętowania.

A dlaczego dajemy się tak łatwo omamić handlowcom przed świętami? W innych miesiącach przecież nie jesteśmy aż tak bardzo gotowi do wydawania sporych sum pieniędzy. W grudniu wiele osób wpada w amok. Niektórzy wręcz się zadłużają, biorą pożyczki w parabankach.
Sądzę, że to dotyczy też innych uroczystych okazji w roku, np. pierwszej komunii, wesela. Działamy zgodnie z zasadą „zastaw się, a postaw się”. Potrzebujemy uznania. I potrzeba uznania jest czymś naturalnym. Gorzej, jeżeli zaspokajaniem potrzeby uznania przykrywamy inne, bardziej fundamentalne niezaspokojone potrzeby, np. miłości, przynależności. Zgodnie z zasadą: „nie chcesz mnie kochać, musisz mnie podziwiać”. Zamiast dotknąć sfer, które czasem są dla nas trudne, skupiamy się na warstwie podziwu. Trafne jest tu też stwierdzenie: „Ileż pieniędzy, których nie mamy, wydajemy na rzeczy, których nie potrzebujemy, tylko po to, aby zaimponować ludziom, których nie cierpimy”. Z całą pewnością mamy potrzebę świętowania, ale jakie są nasze intencje? Chęć wyprawienia świąt dla rodziny jest czymś bardzo pozytywnym. Ale czy to na pewno jest intencja wiodąca? Gdy widzę osoby, które rzucają się w wir przedświątecznych przygotowań, czasem kłócą się z rodziną, a potem nie mają nawet czasu, żeby z nią usiąść do świątecznego stołu, to mam wątpliwości. Bo gdzie tu jest podarowanie tego najważniejszego prezentu, jakim jest bycie z drugim człowiekiem? Uroczyste święta, dobre jedzenie, prezenty nie zrekompensują braku tego wspólnego bycia przy stole. Spójrzmy na Żydów. Oni mają wiele świąt w ciągu roku. Jeśli praktykują religię, to bardzo poważnie podchodzą do cotygodniowego szabatu, podczas którego nie można pracować. Niegdyś w jednej z książek czytałem, że w czasie przygotowań do premiery spektaklu rozpoczął się szabat, i reżyser powiedział „kończymy”. Nie było ważne to, na jakim etapie są przygotowania. Wielu postronnych ludzi mówiło: „ale biedny ten reżyser, musi iść świętować szabat i nie może dokończyć przygotowań”. Tymczasem Żydzi widzą to inaczej. Dla nich szabat to błogosławieństwo i dar. Nieważne, co się robi. Trzeba to przerwać i poświęcić czas na to, co jest najważniejsze. My jesteśmy kiepscy w takim prawdziwym świętowaniu. Choć większość Polaków jest ochrzczona, to jednak większość żyje religijnością ludową. Badania pokazują, że duża część Polaków-katolików nie wierzy w podstawową prawdę wiary, jaką jest zmartwychwstanie! Trafnie spuentował polską religijność śp. abp Józef Życiński, który podejście Polaków do Jana Pawła II skwitował w słowach: „kremówki - tak, encykliki -nie”. Można tę myśl przerobić na wiele sposobów i odnieść także do polskiego świętowania.

Badania pokazują, że duża część Polaków-katolików nie wierzy w podstawową prawdę wiary, jaką jest zmartwychwstanie! Trafnie spuentował polską religijność śp. abp Józef Życiński, który podejście Polaków do Jana Pawła II skwitował w słowach: „kremówki - tak, encykliki -nie”. Można tę myśl przerobić na wiele sposobów i odnieść także do polskiego świętowania.

Jak jest z prezentami? Dlaczego czasem wręcz na siłę chcemy coś komuś dać, np. te sławetne skarpety i dlaczego akurat w święta?
Myślę, że kupujemy cokolwiek, bo wypada. Ale ktoś, kto zostanie takim „cokolwiek” obdarowany, może czuć się zlekceważony. Może uznać, że nie zadano sobie trudu, by o nim naprawdę pomyśleć. I niezręcznie, bo trudno mu powiedzieć, że np. takich skarpet nie chce. Gdy byłem dzieckiem, moi rodzice pomagali pewnemu starszemu księdzu i on zawsze dawał nam gorzką czekoladę. Pewnego razu odparłem, że bardzo dziękuję, ale ja za gorzką nie przepadam. Był w szoku, chyba się obraził. A przecież wszyscy powinniśmy dawać sobie prawo do bycia autentycznymi, żeby nie musieć udawać - co nie oznacza bycia chamskim. Ze świętami wiążą się stereotypy, dotyczące np. tego, że nie powinno się dawać pieniędzy. Dla mnie to niezrozumiałe. Przecież lepiej dać pieniądze, choćby w jakiś kreatywny sposób, niż przedmiot, co do którego nie mamy pewności, że sprawi radość. Ja zawsze zachowuję paragony kupionych prezentów. Gdy wręczam komuś książkę, to mówię, że zawsze można ją wymienić. Robię tak, bo chcę, żeby odbiorca prezentu był z niego zadowolony.

Ja zawsze zachowuję paragony kupionych prezentów. Gdy wręczam komuś książkę, to mówię, że zawsze można ją wymienić. Robię tak, bo chcę, żeby odbiorca prezentu był z niego zadowolony.

Jaką rolę odgrywa w tym całym przedświątecznym szale Święty Mikołaj? Niektórzy mówią nawet, że on już nie ma nic wspólnego z Bożym Narodzeniem. Do czego jest nam potrzebny? I jak ocenić to, że on się tak bardzo multiplikuje? Mamy przecież różne wersje Mikołajów, np. na motocyklach, w kajakach, są Mikołaje - morsy.
Chrześcijański święty niewiele ma z tym wspólnego. Wiele za to tłumaczy folklor. Gdyby spojrzeć na mapę Polski, to mamy regiony, gdzie prezenty rozdaje Dzieciątko, Aniołek, Gwiazdka albo Gwiazdor. W innych krajach również jest to bardzo zróżnicowane. Nie wszędzie prezenty przynosi Mikołaj. Wydaje się, że ważne jest tu istnienie samej postaci kuriera. W ujęciu globalnym Mikołaj przyjął się najbardziej, bo jego wizerunek najbardziej nam odpowiada, budzi pozytywne skojarzenia. To dobrotliwy, ciepły grubasek. Wydaje się, że budzi lepsze skojarzenia niż np. Dziadek Mróz. Wizerunek Mikołaja został świadomie wykorzystany przez przemysł reklamowy - np. reklamy Coca--Coli, w których pojawił się Mikołaj, były przecież przełomowe. Nic dziwnego, że doczekał się tylu przeróbek i wariacji. Jest z nim trochę tak, jak z Mona Lisą, której wizerunek też wszyscy znamy i który ma wiele przerobionych wersji.

agnieszka.kaminska@polskapress.pl

Agnieszka Kamińska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.