Rekordowa plantacja marihuany? Nie! Samosieja, krzywda i wstyd

Czytaj dalej
Fot. policja
Małgorzata Oberlan

Rekordowa plantacja marihuany? Nie! Samosieja, krzywda i wstyd

Małgorzata Oberlan

Wielki sukces czy porażka śledczych? - pytaliśmy w lipcu zeszłego roku, pisząc o rzekomo rekordowej plantacji marihuany w Ciechocinku. Dziś już wiadomo, że porażka. A do tego krzywda dzierżawcy pola i wstyd dla śledczych.

O swoim sukcesie Komenda Powiatowa Policji w Aleksandrowie Kujawskim poinformowała świat 8 lipca 2019 roku. Doniosła o zlikwidowaniu rekordowo wielkiej plantacji marihuany na polu pana Marcina, leżącym w Słońsku Górnym, na obrzeżach Ciechocinka. Tak miejscowym, jak i tłumnie odwiedzającym miasteczko kuracjuszom, zdumienie odbierało dech. "Marihuana tutaj? Narkotyki na wielką skalę? Boże mój jedyny, kto by pomyślał...". Zorientowani szybko jednak zauważyli, że przecież podobna samosieja pleni się w okolicy od lat.

Lipiec 2019. Rwali dwa dni

"Plantacja funkcjonowała na obszarze 4 ha. Funkcjonariusze zabezpieczyli ponad 15 tysięcy krzewów konopi w różnej fazie wzrostu. Zabezpieczone krzaki miały od 30 cm do 1,5 metra wysokości. Z takiej ilości zabezpieczonych krzewów można uzyskać około 330 kg marihuany o wartości 5,5 mln zł. Do tej sprawy policjanci zatrzymali dwóch mieszkańców naszego powiatu. 32 i 39-latek usłyszeli zarzuty zorganizowania nielegalnej plantacji" - przekazała dziennikarzom policja w oficjalnym komunikacie policja 8 lipca 2019 roku.

Udostępnione mediom zdjęcia robiły wrażenie: ogrom konopi, akcja ich likwidacji. Kilkudziesięciu policjantów i strażaków musiało wyrywać krzewy przez dwa dni. Rzeczniczka powiatowej KPP zapewniała, że była przy tym i widziała rośliny rosnące w rządkach. Nie miała wątpliwości, że mundurowi zniszczyli rekordową plantację.

Rekordowa plantacja marihuany? Nie! Samosieja, krzywda i wstyd
policja

Cała akcja zaczęła się cztery dni wcześniej. Wtedy mundurowi zapukali do pana Marcina, dzierżawcy pola w Słońsku Górnym. Szoku, jaki wtedy przeżył, nie zapomni do dziś. Hektarami na obrzeżach Ciechocinka interesował się nieszczególnie. Dlaczego?

Przejechała brona, to i rządki były

Pan Marcin to przedsiębiorca z branży rolniczej. Nie tylko uprawia, ale i handluje maszynami. Uprawy natomiast ma na blisko 300 hektarach, w różnych miejscowościach. Pole w Słońsku Górnym obsiał łubinem, bo tak się opłacało. Unia Europejska płaciła za tzw. zazielenienie, więc zazielenił.

Czy zauważył, co mu się pięknie innego rozrosło na polu? Nie. Miejscowi się tym nie interesowali, a później komentowali, że podobne samosiejne krzaczory rosną w okolicy od lat. Służy im klimat, bliskość Wisły.

Skąd rośliny w rządkach? - Pan Marcin wykonał na polu zabieg talerzowania. Ślady zostawiła brona talerzowa. Ten widok, jak zresztą cała historia dobitnie wskazują, że to, co na pierwszy rzut oka wydaje się policji i prokuraturze, jest prawdą. Aby jednak komuś z tego tytułu stawiać poważne zarzuty, a potem dążyć z uporem do aresztowania, trzeba mieć argumenty wynikające z profesjonalnej pracy. Tutaj tego ewidentnie zabrakło - podkreśla adwokat Mateusz Kondracki, jeden z dwóch obrońców pana Marcina.

Zarzuty i wnioski o areszt

Od lipca 2019 roku pan Marcin miał status osoby podejrzanej o poważne przestępstwo. Prokuratura Rejonowa w Aleksandrowie Kujawskim szybko postawiła mu zarzuty wytwarzania narkotyków w dużej ilości i doglądania uprawy. Zarzuty usłyszał również jego pracownik.

Rekordowa plantacja marihuany? Nie! Samosieja, krzywda i wstyd
Grzegorz Olkowski

Szybko zaczęła się też batalia śledczych o to, by pana Marcina wysłać za kraty. - W sprawie pojawiło się łącznie aż sześc wniosków o tymczasowe aresztowanie. Żaden sędzia, ani z sądu rejonowego, ani okręgowego, nie uznał wniosku za uzasadniony - zaznacza adwokat Mateusz Kondracki.

W tym okresie życie pana Marcina i jego rodziny zmieniło się diametralnie. Z jednej strony nie brakowało im wsparcia bliskich i znajomych, którzy nie wierzyli w cała historię z plantacją marihuany. Z drugiej jednak - ile miesięcy można żyć niczym Józef K., bohater "Procesu" Franza Kafki? Próbować dowodzić swojej niewinności, wciąż odbijając się od ściany?

- Nasz klient przez ten czas schudł 20 kilogramów. Bał się utraty wiarygodności w oczach kontrahentów. Mówiąc wprost, gdyby był osobą ubogą, pewnie od dawna tkwiłby w areszcie - nie kryje obrońca pana Marcina.

Opinie i wiariograf

Tak na wstępnym, jak i na kolejnych etapach śledztwa, aleksandrowski prokurator rejonowy Mariusz Ciechanowski i jego zastępca Sławomir Korzeniewski zapewniali, że krok po kroku profesjonalnie rozplątują wątpliwości. Pierwsze ekspertyzy roślin wyrwanych z pola pana Marcina ich zdaniem interpretować trzeba było na niekorzyść dzierżawcy gruntu.

Rekordowa plantacja marihuany? Nie! Samosieja, krzywda i wstyd
Grzegorz Olkowski

- Do badania biegłemu najpierw przekazane zostały 3 próbki roślin. Dwie z nich miały wynik dodatni (powyżej 0,2 proc. stężenia THC, a dokładnie od 0,48 do 0,68), świadczący o tym, że do czynienia z marihuaną (o właściwościach narkotycznych-przyp.red.), a nie tzw. samosiejkami. Następnie do badania przekazaliśmy 2 dodatkowe próbki, pochodzące z 1,5 kilograma roślin. Obie miały wysokie stężenie THC (pomiędzy 0,29 a 0,38 THC) - przekazywał nam prokurator Sławomir Korzeniewski nadzorujący śledztwo.

Obrońca pana Marcina krótko komentuje te słowa dziś tak: "To absurd". Najprościej rzecz ujmując, aby "maryśka" dała się palić i miała narkotyczne właściwości, stężenie THC powinno być zdecydowanie wyższe, przynajmniej na poziomie 10 procent.

Aby dowieść niewinności, pan Marcin opłacił tzw. prywatne opinie. Pierwszą wykonał biegły z dziedziny botaniki. Ekspertyzę kończył jasny wniosek: na polu rosły konopie dzikie. "Gatunek ten występuje tam i będzie zawsze obecny jako składnik flory polskiej. Należy dodać, że rośliny te rosną spontanicznie i powszechnie w bliskim sąsiedztwie rzek czy innych cieków wodnych" - takie słowa znalazły się w opinii botanika (cytujemy za Onte.pl).

Drugą opinię przygotował biegły z dziedziny badań wariograficznych. Oczywiście, poprzedziło ja badanie na tzw. wykrywaczu kłamstw. I ona była korzystna dla pana Marcina oraz jego pracownika. Prokuratura zdawała się jednak na to przymykać oczy.

Maj 2020 roku: umorzenie

Po 10 miesiącach pan Marcin i jego pracownik doczekali się umorzenie śledztwa przez prokuraturę. Przesądziła ostatnia opinia fizykochemiczna o roślinach wyrwanych z pola. Wcześniejsze według śledczych były nie do końca jednoznaczne. Ta ostatnia, do której pobrano najwięcej próbek, zakończyła się stwierdzeniem biegłej o tym, że brak jest możliwości jednoznacznego określenia czy to samosieja, czy hodowlana marihuana. Poza tym, śledczy musieli wziąć jeszcze pod uwagę zeznania świadków. W żadnym wypadku nie potwierdzały one teorii o "wytwarzaniu narkotyków" przez pana Marcina i zorganizowaniu przez niego plantacji marihuany.

Po tak długim śledztwie decyzja u jego umorzeniu powinna satysfakcjonować przedsiębiorcę. Tak jednak nie jest. Reprezentujący go adwokaci podkreślają, że to sprawy absolutnie nie kończy. - Pan Marcin chce być po pierwsze całkowicie oczyszczony z zarzutów. Dlatego wnieśliśmy zażalenie na decyzję o umorzeniu śledztwa. Nie zgadzamy się z podstawą umorzenia, czyli "brakiem dowodów dostatecznie...". Uważamy, że umorzenie winno nastąpić "wobec niepopełnienia przez podejrzanego zarzucanych mu czynów" - wyjaśnia adwokat Przemysław Oskroba, drugi z obrońców.

Adwokat Kondracki dodaje natomiast, że w przyszłości pan Marcin nie wyklucza dochodzenia satysfakcji na drodze cywilnej. Rozważa wystąpienie o odszkodowanie, choćby za niesłuszne zatrzymanie przez policję. Zarzuty i śledztwo nadszarpnęły jego dobre imię, naraziło na krzywdy psychiczne, a także nadszarpnęły finanse. Przecież aby się bronić, inwestował m.in. w prywatne opinie ekspertów. - Rzecz jasna, będziemy domagać się zwrotu wszystkich kosztów - kończy prawnik.

Finał dopiero nastąpi

Prokuratura Rejonowa w Aleksandrowie Kujawskim zapewnia, że z nikim wojny nie prowadziła; na nikogo parolu nie zagięła. Pracowała standardowo: w oparciu o zgromadzony materiał dowodowy.

Pan Marcin jednak postanowił nie odpuszczać. Dziś najbardziej interesuje go to, by zmienić podstawę umorzenia jego sprawy na "wobec niepopełnienia zarzucanych mu czynów". Tak, by zamknąć historię raz na zawsze.

Małgorzata Oberlan

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

misiekle

Tja, "Dajcie mi człowieka, a paragraf się najdzie" głosi znane od lat powiedzenie milicjantów i śledczych z czasów PRL'u.

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.