Rodziców się nie wybiera. Ale można wybrać swoją drogę

Czytaj dalej
Fot. Anatol Chomicz
Julia Szypulska

Rodziców się nie wybiera. Ale można wybrać swoją drogę

Julia Szypulska

Przed laty Kamila Maślak, jako nastolatka z problemami, trafiła do ośrodka w Goniądzu. Dziś to ona - jako wychowawczyni - pomaga innym dziewczynom wyjść w życiu na prostą. - Rozumiemy się, bo mamy podobne historie życia - tłumaczy. - Ja też miałam problemy z rodziną i wagarowałam...

Kamila Maślak do Młodzieżowego Centrum Edukacji i Readaptacji Społecznej w Goniądzu trafiła 15 lat temu. Przywieziono ją z Gorzowa Wielkopolskiego, skąd pochodzi. Miała niespełna 16 lat, była „po przejściach“.

- Rodziców się nie wybiera - usłyszała wtedy od jednego z wychowawców. - Ale można wybrać, jaką drogą się pójdzie w przyszłość. 30-letnia dziś Kamila wiedziała więc, że zrobi wszystko, by jej dzieci nie przeżyły tego, co ona.

O swojej mamie nie chce mówić źle - dziś mają dobre relacje, utrzymują kontakty. Ale mimo, że jako dorosła osoba stara się ją zrozumieć, nie jest to łatwe.

- Kiedy miałam dziewięć lat, zmarł mój ojciec. Wtedy mama poznała innego mężczyznę i... dzieci poszły w odstawkę - wspomina Kamila. - Mama miała wybór: dzieci albo miłość. I miłość okazała się silniejsza.

Dzieci było czworo. Teoretycznie matka była z nimi, ale faktycznie robiły, co chciały. Rodzinie przydzielono kuratora, ale matka umiała zachowywać pozory. Wiedząc o wizycie kuratora wpadała do dzieci, porządkowała mieszkanie, uzupełniała lodówkę.

- Przeszkoliła mnie, co mam mówić np. podczas wizyty w poradni psychologiczno-pedagogicznej - wspomina 30-latka.

Przez jakiś czas udawało się utrzymywać tę fikcję. W gimnazjum Kamila zaczęła jednak wagarować. Rano wychodziła do szkoły, ale tam nie trafiała. Trwało to dwa lata. Przestała chodzić na lekcje nie dlatego, że miała problemy. Wręcz przeciewnie, w szkole była lubiana, nawet wybrano ją na przewodniczącą samorządu uczniowskiego! Ona jednak wolała spędzać czas ze swoim towarzystwem, niż się uczyć. Przesiadywała więc pod szkołą albo też odwiedzała kolegów z pobliskiego domu dziecka. W końcu sama trafiła do pogotowia opiekuńczego w Gorzowie Wielkopolskim. A po tygodniu przywieziono ją do Goniądza.

Dorosły może być normalny!

- Pamiętam jak dziś, że to było we wrześniu, w piątek trzynastego - śmieje się. - I pamiętam pierwsze wrażenie, kiedy weszłam do ośrodka - ogromne zdziwienie jak tutaj jest czysto... I jak domowo. I ci wychowawcy tacy fajni. I wtedy pomyślałam: dorosły człowiek może być jednak normalny i życzliwy. Tyle że ja dotychczas trafiałam na takich, którzy robili mi krzywdę.

Najtrudniejszy był okres adaptacji - nie tylko dla niej, ale dla wszystkich nastolatek, które trafiają do ośrodka. W placówce nie ma krat, ale człowiek ma ograniczoną swobodę. Jest harmonogram dnia - o 6.30 pobudka, potem sprzątanie pokoju i inne obowiązki. Jest też regulamin i do tego wszystkiego trzeba się dostosować.

- Sami decydujemy o drodze naszego życia - podkreśla Kamila Maślak i codziennie powtarza to swoim wychowankom
Anatol Chomicz Napis z drewna wykonały wychowanki ośrodka. - Że wbrew temu, co przeżyły, miłość istnieje. Tego między innymi staramy się je nauczyć - mówi Kamila Maślak

- A u mnie do tej pory był high life. Można było robić, co się chce - wspomina Kamila.

Jakoś się jednak przyzwyczaiła do tych nowych norm i zwyczajów. Dziewczyny z pokoju ją zaakceptowały, szybko zaprzyjaźniła się z wychowawcami. Dużo serca okazały jej w tamtym czasie panie z kuchni - spędzała tam dużo czasu. Relaksowało ją obieranie ziemniaków, wydawanie posiłków, a nawet praca „na zmywaku”.

- Miałam szczęście, że trafiłam na dobrych ludzi - mówi. - Z każdej strony jakiś anioł stróż. To mi bardzo pomogło.

Po skończeniu gimnazjum pojechała na przepustkę do rodzinnego Gorzowa.

W domu spędziła całe wakacje. A potem zadzwoniła do dyrektora z pytaniem czy może wrócić. Pozwolił.

- Wtedy już myślałam inaczej. Stwierdziłam, że wolę ośrodek - wspomina.

Nie kryje, że to przykre, gdy człowiek woli zostać w takim miejscu - z dobrymi, ale jednak obcymi ludźmi, niż w rodzinnym domu. Taką decyzję podejmuje jednak wiele wychowanek. To instynkt samozachowawczy.

- Nie mam pewności, czy gdybym na dobre wróciła do Gorzowa, do tego samego środowiska, to bym nie „popłynęła” - mówi 30-latka. - Te obawy mają i inne wychowanki. Wychodzą z ośrodka i wracają do domu, gdzie jest alkohol. Wracają pod blok, gdzie stoi to samo towarzystwo. Trzeba mieć naprawdę silny charakter, żeby w takiej sytuacji nie wpaść w stare koleiny. Czasem lepiej zmienić środowisko.

.

Tak zrobiła Kamila. Skończyła gimnazjum, poszła do szkoły średniej, zdała maturę. Z nauką nigdy nie miała problemów, ale też nigdy nie myślała o tym, że będzie studiować. Dlatego zaskoczyło ją pytanie dyrektora, które usłyszała, gdy poszła pochwalić się zaliczonym egzaminem dojrzałości. Nie zapytał jej: chcesz iść na studia? Uznał, że odpowiedź jest oczywista. Zapytał, co chciałaby studiować. Odpowiedziała: resocjalizację.

Szybko wybrali uczelnię w Białymstoku. Kamila zrobiła licencjat. Potem był rok przerwy, gdy uczyła się języka niemieckiego. Magisterium zrobiła z pracy socjalnej.

Pierwsza taka historia w ośrodku

Siedem lat temu Kamila Maślak została zatrudniona w goniądzkim ośrodku dla nastolatek sprawiających problemy wyhhowacze. Jako wychowawczyni.

- Jej historia jest rzeczywiście wyjątkowa- przyznaje Sławomir Moczydłowski, dyrektor Młodzieżowego Centrum Edukacji i Readaptacji Społecznej w Goniądzu. - Nie przypominam sobie, by wcześniej jakakolwiek wychowanka została u nas jako wychowawca. Przykład Kamili pokazuje, że jeśli się weźmie sytuację w swoje ręce, to wbrew przeciwnościom można coś ze sobą zrobić. Można sobie ułożyć życie niezależnie od tego, gdzie się urodziło i gdzie przebywało wcześniej, pomimo negatywnego bagażu doświadczeń i psychicznego obciążenia. Na pewno przyda się też trochę szczęścia, wsparcie z zewnątrz.

Kamila poradziła sobie świetnie. Jej rodzeństwo, każde na swój sposób, też próbowało radzić sobie ze złymi wspomnieniami z dzieciństwa. Siostra założyła rodzinę, starszy brat wyjechał do USA, gdzie nieźle mu się powodzi. Ale zmienił nazwisko. Szczęścia zabrakło najmłodszemu bratu Kamili. W ubiegłym roku odebrał sobie życie.

Jaj wszystkie rozumiem, bo ja to samo przeżyłam

Do goniądzkiego ośrodka trafiają dziewczyny z całej Polski, w wieku 13-18 lat. W tej chwili wychowanek jest ok. 80.

To nastolatki z problemami alkoholowymi i narkotycznymi. Niektóre po trudnych, rodzinnych historiach, po kontakcie z prostytucją. Są też te „placówkowe”, które całe życie spędziły w różnych instytucjach opiekuńczych. Ale i takie, które pochodzą z tzw. dobrych domów. Pozornie nigdy im niczego nie brakowało. Poza uwagą rodziców zajętych robieniem kariery.

Wszystkie uczą się, że można żyć inaczej.

- Uczymy je dosłownie wszystkiego. Począwszy od słów „proszę”, „dziękuję” i „przepraszam”, poprzez to, jak załatwić sprawę w urzędzie czy na poczcie, czy włączyć pralkę - wylicza Kamila. - Ogólnie tego, jak funkcjonować w społeczeństwie.

Praca z tymi nastolatkami nie jest łatwa. Czasem wymaga niekonwencjonalnych metod. Kamili pomagają jej własne przeżycia.

- Do mnie żadna dziewczyna nie powie: pani mnie nie rozumie. Bo ja wszystko rozumiem, bo to przeżyłam - podkreśla 30-latka. - Czasem mnie pytają: była pani w ośrodku, no i jak? No i żyję, i mam się dobrze - odpowiadam.

Pod swoją opieką ma osiem dziewcząt. Widać, że między nastolatkami a wychowawczynią jest „chemia”. Pani kochana - tak do niej mówią. Zadają pytania, przychodzą pogadać, poradzić się. Zalety swojej pani wymieniają jednym tchem: pomocna, szczera, zabawna, sympatyczna, opiekuńcza, troskliwa, wspaniała, kochana, radosna.

Kamila najbardziej lubi te najtrudniejsze dziewczyny. Wtedy budzi się w niej poczucie misji. Stara się pomagać swoim wychowankom na wszelkie sposoby. Jakiś czas temu nawiązała współpracę z niemiecką firmą z branży spożywczej. Co roku wyjeżdża tam na wakacje do pracy i zabiera ze sobą jedną albo dwie wychowanki. Takie działanie ma i aspekt wychowawczy - dziewczyny uczą się na siebie zarabiać, ale i finansowy - wiadomo, że pieniądze się przydadzą. Niestety, najtrudniejsze w jej pracy jest to, że na efekty trzeba długo czekać.

Dziś trudniej o rodzinę niż karierę

- Dzieciak wychodzi od nas i my nie wiemy jak on się odnajdzie w środowisku, czy pójdzie do szkoły, czy da radę z trudnościami - przyznaje Kamila. - Ale miłe jest to, kiedy po pięciu latach przychodzi wychowanka z kwiatkiem czy zaproszeniem na piwo. I z wiadomością, że zdała maturę. I mówi, że nie udałoby jej się to, gdyby nie nasz ośrodek. Ale na to trzeba poczekać. W naszej pracy nic nie dzieje się z dnia na dzień.

Wiele dziewcząt po pobycie w ośrodku wychodzi na prostą. Zakładają własne firmy, np. zakłady fryzjerskie, wyjeżdżają do pracy zagranicę, gdzie też dobrze funkcjonują. Zakładają rodziny.

- A założenie rodziny i utrzymanie jej to w dzisiejszych czasach może nawet większy sukces niż kariera zawodowa - podkreśla Sławomir Moczydłowski, dyrektor placówki.

Julia Szypulska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.