Rodzina z Antonina odzyska swoje miejsce na ziemi po pożarze. Pomoże Katarzyna Dowbor i program "Nasz Nowy Dom" (ZDJĘCIA)

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Wojtkielewicz
Olga Goździewska-Marszałek

Rodzina z Antonina odzyska swoje miejsce na ziemi po pożarze. Pomoże Katarzyna Dowbor i program "Nasz Nowy Dom" (ZDJĘCIA)

Olga Goździewska-Marszałek

Kiedy pożar został już prawie ugaszony stałam tam i patrzyłam na zgliszcza mojego domu. Strażacy wciąż mówili, że sytuacja jest opanowana i mogę już sobie pójść. Ale przecież nie miałam dokąd! Nie mam tutaj bliskich - wspomina Beata Zacharewicz. W lipcu w Antoninie pod Ciechanowcem, doszczętnie spłonął jej dom. Dom, który był jej wymarzonym miejscem na ziemi. Co dalej?

Trudno zapomnieć o tej tragedii. Rodzina po kilku miesiącach wciąż myśli o pożarze. Beata nie potrafi bez emocji opowiadać o swojej historii. Młodszy syn przeżywa śmierć kota, który spłonął razem z domem. Starszy przez długi czas nawet nie chciał patrzeć w stronę pogorzeliska przejeżdżając obok. Odważył się dopiero, gdy fundamenty nowego domu zaczęły się piąć w górę. Rodzina odbudowuje się po tragedii. Na ratunek przyszło wielu ludzi o wielkich sercach.

Pierwsza pomocną dłoń wyciągnęła dobroduszna Marzena Kryńska, dyrektor ośrodka pomocy społecznej w Ciechanowcu. Zabrała Beatę i chłopaków pod swój dach. Mieszkali tam przez jakiś czas, by później przenieść się do mieszkania zaoferowanego przez burmistrza. Włodarz Ciechanowca Eugeniusz Święcki, przy współpracy Stowarzyszenia Rodzina, zorganizował też zbiórkę. Udało się dzięki niej zebrać prawie 100 tys. zł. Co ważne, wszystkie wpłaty trafiły w ręce Beaty. To nie zdarza się często, bo zazwyczaj korzystając z pomocy organizatorów zbiórek lub portali w sieci, musimy oddać sporą prowizję od zebranej kwoty.

- Nie miałam kiedy się załamać i poddać. Pomoc płynęła do mnie lawinowo, z różnych stron regionu i kraju. Jedna firma podarowała materiały, kolejna wykonała projekt za symboliczną złotówkę. Odzyskałam nadzieję, że znów będziemy mieć swoje miejsce na ziemi - mówi z łzami w oczach Beata. Rozmawiamy przy herbacie w gabinecie burmistrza Ciechanowca. Przy stole łzy mieszają się ze śmiechem. Pożar to tragedia, która zmienia człowieka. Z drugiej strony daje szansę na coś nowego, a w wspomnienia o uczynnych ludziach powodują iskierkę radości. Dla Beaty to już kolejna próba, którą przyniósł los.

Z pomocą przyszła ekipa telewizyjna

Kobieta nie miała łatwego życia. Musiała rozwieść się z mężem, który nadużywał alkoholu i wszczynał awantury. Zdecydowała się wychowywać synów samotnie. Beata wiele razy przeprowadzała się ze swoimi pociechami. Wynajmowała kosztowne lokale. Zawsze było ryzyko i stres, że z mieszkania ktoś każe im się wyprowadzić. Warunki też bywały różne. Kobieta marzyła o domu, w którym rodzina będzie bezpieczna i szczęśliwa.

Kilka lat wcześniej odziedziczyła po dziadkach działkę z małym, drewnianym domkiem w Antoninie. Przez długi czas stał opuszczony, bo nie nadawał się do zamieszkania, a ona nie miała pieniędzy, by go remontować. Był tak stary, ze groziło mu zawalenie. Do tego woda ciekła, podłogi były dziurawe, elektryka zawodziła. W 2017 roku rodzina namówiła ją na wysłanie zgłoszenia do programu telewizyjnego. Bez większych nadziei i oczekiwań wysłała opis swojej historii do Polsatu.

Jakież to było zdziwienie i radość, gdy jakiś czas później z pomocą przyszła ekipa remontowa z programu “Nasz nowy dom”. Kobieta była wtedy w trudnym momencie życia, ale w końcu los się do niej uśmiechnął.

Pięć dni wystarczyło, by otrzymała z rąk Katarzyny Dowbor nowy dom. Życie Beaty powoli zaczęło się układać. Z czasem otrzymała stałą pracę w urzędzie. Na co dzień pracuje jako opiekunka w Ośrodku Pomocy Społecznej w Ciechanowcu, ale dorabiała też przy obsłudze wesel. Niedługo po wielkim remoncie wzięła kredyt, by zbudować ganek. W drobnych pracach przy obejściu pomagał jej Józef, znajomy z Ciechanowca.

Dlaczego Józef podpalił dom Beaty?

To on podpalił jej dom. Dlaczego? Do dziś to wielka zagadka dla Beaty i mieszkańców Ciechanowca. Mężczyzna przyznał się do podpalenia, ale w toku zeznań twierdził, że zrobił to nieumyślnie. Miał czekać na gospodynię na ganku i przysnąć na kanapie z papierosem. Kiedy się obudził, ogień już trawił dobytek. 54- latek przestraszył się i uciekł. Kilka dni później został zatrzymany i do dziś przebywa w areszcie.

Wyjaśnienia mężczyzny nie do końca pokrywają się z ustaleniami biegłych. W lutym Józef stanie przed sądem i prawdopodobnie trafi do więzienia. Na jego niekorzyść działa fakt, że już wcześniej był karany za podpalenia. Za wymierzanie ogniem sprawiedliwości spędził za kratkami 11 lat. A to nie wszystkie jego grzechy. W czerwcu ubiegłego roku zniszczył samochód wybijając w nim szyby. Miał grozić podpaleniem zabudowań innemu mieszkańcowi Ciechanowca. Usiłował również dokonać kradzieży z włamaniem do metalowej kasetki z pieniędzmi, w jednym z lokali gastronomicznych w miejscu zamieszkania. Józef to człowiek z przeszłością. Co ciekawe, kiedyś był mundurowym.

Burmistrz Ciechanowca mówi, że kiedy ogień trawił dom Beaty, mężczyzna tam wrócił. Miał wtedy zapytać kogoś czy domownicy są bezpieczni i czy nikt nie został w płonącym domu. Czy było to podpalenie z premedytacja? A może faktycznie był to nieszczęśliwy zbieg okoliczności? Tego dowiemy się dopiero podczas rozprawy sądowej.

- Mężczyzna ma na swoim koncie już wiele podpaleń. Domyślam się nawet, że kilka razy podpalił wysypisko śmieci, na którym dałem mu prace - mówi Eugeniusz Święcki, burmistrz - Jego życiowa sytuacja była trudna. W ostatnim czasie na wolności był zagubiony, ale pamiętam go też jako człowieka porządnego, z którym dało się porozmawiać. Był pracowity. Wszystko zmienił alkohol. Pociągnął go do wielu złych uczynków. Przestał sobie radzić z życiem i bardzo się marnował. To cena za nałóg - dodaje włodarz Ciechanowca.

Na początku Beacie trudno było uwierzyć, że jej dobry znajomy wyrządził rodzinie krzywdę. Według niej nie miał powodów.

- Zatrudniałam go przez pewien czas do prac przy domu i wykonywał je sumiennie. Dopóki nie pił. Z czasem nie można już było na niego liczyć i przestałam prosić go o wykonanie robót. Mimo to odwiedzał nasz dom. Czasami chciał pożyczyć parę groszy. Wtedy dawałam mu jedzenie, bo nie chciałam, żeby kupował alkohol. Częstowałam go papierosami, jak tylko prosił. Zawsze odnosiliśmy się do siebie grzecznie. Co się stało tego feralnego dnia? Dlaczego miałby nas podpalić? Nie wiem. To po prostu straszne - przyznaje Beata. - Czy był we mnie zakochany? Wykluczone. Nigdy nie dostrzegam, by żywił jakieś uczucia. Nic nas nie łączyło. To nie ten trop - dodaje w odpowiedzi na moje pytanie.

Pozostało jeszcze 18% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Olga Goździewska-Marszałek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.