Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Sanatoria, czyli co się dzieje, gdy kuracjusze wracają z deptaka?

Czytaj dalej
Fot. Jacek Babicz
Anna Gronczewska

Sanatoria, czyli co się dzieje, gdy kuracjusze wracają z deptaka?

Anna Gronczewska

Mamy już za sobą emisję pierwszego odcinka „Sanatorium miłości”, serialu TVP 1, który ma pokazać życie kuracjuszy i to, po co przyjeżdżają do sanatorium. Czy tylko po to, by podreperować zdrowie, czy chcą znaleźć miłość...

O sanatoryjnym życiu krążą legendy. Ci, którzy wcześniej ich wysłuchiwali, a potem choć raz leczyli się w polskim uzdrowisku, już wiedzą, że jest w nich... wiele prawdy. Życie kuracjuszy głównie upływa na zabiegach, spacerach, często romantycznych, i oczywiście na tańcach.

- Tak się wszyscy dziwią, że popularnością cieszą się potańcówki, ale moim zdaniem taniec to jeden z elementów sanatoryjnej terapii - zapewnia pan Wojtek, 63-letni inżynier spod Łodzi. Sam był dwa razy w sanatorium i musi przyznać, że nie było wieczora, którego by nie spędził na tańcach. Raz pojechał wiosną do Krynicy Górskiej. Już pierwszego dnia na stołówce spotkał sympatyczną panią Krysię ze Śląska. Była trzy lata od niego młodsza. Szczupła, niewysoka blondynka. Umówili się wieczorem na spacer, przechodzili koło restauracji z potańcówką. Postanowili wejść i potańczyć. Okazało się, że oboje znakomicie rozumieją się na parkiecie. Spotykali się tak do końca pobytu w Krynicy. - To były zupełnie niezobowiązujące spotkania, ona była mężatką, ja szczęśliwym mężem - zapewnia Wojtek. - Nawet nie pomyślałem, że przez tę znajomość będę miał tyle problemów.

Pan Wojtek wrócił do domu i po kilku dniach zadzwonił z awanturą mąż pani Krystyny.

- Pewnie znalazł mój numer w jej komórce - dodaje Wojtek. - Wymieniliśmy się numerami, ale zupełnie bez zobowiązań. A on takie awantury robił.

Pani Krystyna już nigdy nie zadzwoniła. A pan Wojtek podczas kolejnego turnusu w sanatorium żadnej bliższej znajomości na dancingach już nie zawarł.

Dla 80-letniej pani Eleonory sanatoryjne „podrywy” nie są niczym dziwnym. Niewysoka, szczupła emerytka z Łodzi, której figury mogłaby pozazdrościć niejedna dwudziestolatka, jest sanatoryjną weteranką. W sanatoriach była czterdzieści pięć razy, więc o życiu w uzdrowiskach wie niemal wszystko. Bywało, że jeździła do nich nawet dwa razy do roku. Ale ostatnio jest z tym gorzej. Skierowanie dostaje co dwa lata.

- Byłam już w prawie każdej sanatoryjnej miejscowości w Polsce - dodaje z dumą. Trudno jej wymienić wszystkie, ale leczyła się między innymi w: Dusznikach-Zdroju, Polańczyku, Iwoniczu-Zdroju, Lądku, Busku, Kołobrzegu, Sopocie i oczywiście w Ciechocinku. Wspomnień zostało jej dużo. Wie, że najważniejsze są pierwsze dni w sanatorium. Panie patrzą na panów, a panowie na panie. W drugim tygodniu kojarzą się pary.

- A w trzecim tygodniu chodzą trzymając się za rączki, a jak nadchodzi czas odjazdu do domu, to jest płacz i rozpacz - śmieje się pani Eleonora.

Jak wygląda życie kuracjuszy w sanatorium? Ile jest prawdy w "legendach" opowiadanych o senatoryjnych romansach? 

Pozostało jeszcze 62% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Anna Gronczewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.