Sarsa: Zatrzymajmy się na chwilę – i pójdźmy do lasu

Czytaj dalej
Fot. Universal Music Poland
Paweł Gzyl

Sarsa: Zatrzymajmy się na chwilę – i pójdźmy do lasu

Paweł Gzyl

Wszyscy znamy Martę Markiewicz jako Sarsę – autorkę takich przebojów, jak „Naucz mnie” i „Zapomnij mi”. Teraz piosenkarka powraca po dwóch latach milczenia z nową płytą „Runostany” i opowiada nam jak kontakt z naturą zmienił jej życie.

Kiedy w amerykańskich filmach bohaterka zmienia fryzurę, oznacza to, że otwiera nowy rozdział w swoim życiu. Tak jest też w twoim przypadku?
(śmiech) Ten, kto odchodzi na jakiś czas, zawsze wraca inny niż odszedł. Na pewno jakaś zmiana we mnie zaszła i wyrazem tego jest mój wygląd zewnętrzny. Czas płynie przecież nieubłaganie. Tę zmianę fryzury determinuje mój rozwój osobisty, artystyczny i duchowy. To są naczynia połączone.

Nie żal ci było pożegnać się ze słynnymi „sarso-rogami”?
Kobieta zmienną jest. (śmiech) Oszustwem byłoby trwać ciągle w tym samym. Nie ma przecież takich ludzi, którzy nie zmieniają się w ciągu całego swego życia. To jest wielkie kłamstwo. Takie tkwienie w jednym wizerunku niczym awatar, oznaczałoby nieprawdziwy obraz mojej osoby. A ja nie chcę nikogo okłamywać. Dlatego muszę otwarcie przyznać się, że tak jak wszyscy ludzie na Ziemi zmieniam się i starzeję.

Kiedy nosiłaś te „sarso-rogi” twoje teledyski miały miliony odsłon, a płyty pokrywały się złotem i platyną. Byłaś wtedy szczęśliwa?
Kiedy zadebiutowałam jako Sarsa i posypały się te wszystkie nagrody i laury, miałam poczucie, że odhaczyłam na swojej liście marzeń coś, co było dla mnie w tamtym czasie miarą sukcesu. Wiadomo: każdy człowiek ma gdzie indziej wyznacznik tego, co jest dla niego sukcesem. I ja w tamtym czasie poczułam, że spełniłam swoje pragnienie. Kiedy czujesz, że coś odhaczasz na tej swojej liście marzeń, to albo możesz pozostać w tym wygodnym i komfortowym miejscu, albo rzucić sobie rękawicę i postawić na dalszy rozwój. Ja nie należę do osób, które lubią tkwić we własnej sferze komfortu, bo to mnie zabija. Nie rozwijam się wtedy i jestem nieszczęśliwa. Dlatego, choć odniosłam sukces, to pod koniec tamtego okresu, nie byłam już szczęśliwa. To było piękne, że mogłam się dzielić swoją muzyką szeroko z innymi. Ale jako twórca poczułam, że osiągnęłam poziom stagnacji. Dlatego musiałam sobie rzucić nowe wyzwanie. Było nim rozpoczęcie pracy nad kolejnym wydawnictwem.

Twoją specjalnością był radiowy pop: melodyjne piosenki o elektronicznym brzmieniu, które od raz wpadają w ucho. Ile było w nich prawdziwej ciebie?
Na każdym etapie mojej kariery to była prawda. Ja zawsze bardzo wierzyłam w to, co robię. I nigdy nie pozwalałam, by ktoś mi coś narzucał. Wytwórnia czy kolejne managementy. Nie było ludzi, którzy mogliby wpłynąć na mnie kim ja mam być, jak mam wyglądać i jaką muzykę robić. Dlatego biorę wszystko, co zrobiłam w życiu na klatę i podpisuję się pod tym. Nie odcinam się od tego. Natomiast uczciwie muszę przyznać, że się zmieniłam. Dzisiaj nie czuję już rzeczy, które robiłam 10 lat temu. Ale w tamtym czasie to było prawdziwe. Tak to wygląda.

Co ci dało odwagę, by opuścić wspomnianą strefę komfortu i rzucić sobie samej rękawicę?
Chyba drugie serce pod moim sercem. Mianowicie mój synek. Kiedy kobieta jest w ciąży, ma doświadczenie wzmożonej odwagi i podwójnego odczuwania otoczenia. No bo jednak jest ich dwoje. Dlatego wszystko jest razy dwa. Ja miałam w sobie odwagę, by stworzyć bezkompromisowy album. Ale pojawiało mi się w głowie wiele znaków zapytania i obaw. Miałam taką myśl, że jestem przecież odpowiedzialna za ludzi, z którymi współpracuję. Zmiana u mnie oznaczała również wypędzenie ich ze strefy komfortu. Przecież trudniej się pracuje z mniej nośnym materiałem. Tego pragnęło jednak moje serce – a odwagi dodało mi serduszko, które w pewnym momencie zaczęło bić pod moim sercem.

Dostajemy teraz twoją nową płytę „Runostany” i zaskoczenie rzeczywiście jest spore: to już nie melodyjny pop, ale alternatywny rock o gitarowym brzmieniu. Dlaczego zwróciłaś się akurat w tę stronę?
Jest to naturalny powrót do moich korzeni. Zanim stałam się dla wszystkich Sarsą, byłam SarsąParillą i grałam w zespole Fluktua, który wykonywał właśnie alternatywny rock. I te brzmienia zawsze mnie inspirowały. Zresztą ktoś, kto bywał na moich koncertach, wie, że ja zawsze miałam dosyć rockowe uderzenie na scenie. Bez względu na to, czy graliśmy pop, dało się w tym usłyszeć moje rockowe korzenie. Zawsze bliżej mi było do gitarowego grania niż do popu. To właśnie stworzenie pierwszych popowych piosenek było dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Bo to muzyka alternatywna od zawsze płynęła w moich żyłach. Pierwszy rockowy projekt założyłam pod okiem mojego nauczyciela gitary - Marcina Gałązki, w domu kultury w Słupsku. Te brzmienia od zawsze były dla mnie naturalne.

Jak sobie poradziłaś z wokalami w tych nowych piosenkach?
Ten materiał jest dosyć mocno refleksyjny. To się da usłyszeć w moim sposobie śpiewu. Kiedy pracowaliśmy z Marcinem Borsem i Pawłem Smakulskim nad wokalami, to kiedy nagrywałam swoją ścieżkę, nawet jeśli pojawiały się tam jakieś błędy, to i tak je zostawialiśmy. To zdecydowanie odróżnia ten materiał od moich poprzednich płyt. Kiedyś od razu bym reagowała: „O, to trzeba wygładzić i wyszlifować!”. Tutaj pozwalaliśmy sobie na emocje i zostawialiśmy wszystko bardzo organiczne i prawdziwe.

Niedawno napisałaś na Facebooku: „Ta płyta to autoterapia, to wyrzucenie zalegającego gnoju”. Aż tak mocne miałaś emocje, które chciałaś wyrzucić?
Tak. Wszystko było zintensyfikowane razy dwa. Bo to był okres mojej ciąży. Cały świat przytłaczał mnie więc podwójnie. To był czas pandemii i mocno spolaryzowanego społeczeństwa. Tak mnie to przytłoczyło, że praktycznie zniknęłam na dwa lata, bo musiałam się uporać z wieloma rzeczami, z którymi sobie nie radziłam. Ta płyta jest trochę tego wyrazem. Dlatego tak napisałam na Facebooku. To faktycznie autoterapia – wyrzucenie z siebie wszystkich możliwych frustracji, związanych z otaczającą mnie rzeczywistością. Nagrywając ten materiał, miałam jednak na koniec dnia nadzieję, że znajdą się ludzie, z którymi będzie to rezonowało. Tacy, którzy mają podobnie do mnie: trochę są przygnieceni do gleby i nie wiedzą jak z tym walczyć, bo to nie jest wpisane w ich naturę, ale chcieliby, żeby innym też dobrze było, żeby ludzie byli szczęśliwi i żeby było fajnie dookoła. Bo nie wiem jakie ty masz doświadczenia, ale ja z kim bym obecnie nie rozmawiała, to mam wrażenie, iż każdy potrzebuje coachingu lub terapii. Wszyscy są przytłoczeni, z niskim poczuciem radości. I potrzebują trochę wyrzucenia tego z siebie.

Tobie nagranie tej płyty pomogło?
Tak. Zaczęło to działać, kiedy wypuszczałam kolejne single. Każdy następny dawał mi poczucie głębokiego oddechu. Wierzę, że kiedy wyjdzie cała płyta, to się wszystko dopełni. Zapraszam też wszystkich na moją trasę koncertową – startujemy 9.04 w Warszawie. Mam nadzieję, że będzie to swego rodzaju grupowa terapia. Że wszyscy z siebie wyrzucimy ten gnój i zrobimy miejsce na to, co ten rok przygotował dla nas fajnego. Bo wiem, że z bólu może się zrodzić też dużo dobrego.

Nie jest tajemnicą, że Paweł Smakulski jest twoim partnerem. Jak ci się pracowało z osobą tak bliską sercu?
My jesteśmy bardzo różnymi ludźmi. I chyba to jest dobre, bo się uzupełniamy. Paweł rzuca światło na miejsca, których ja bym nawet nie zauważyła w muzycznej produkcji. A ja odpowiadam za przekaz w warstwie tekstowej i linię melodyczną. Oraz za ogólne złapanie wrażenia. Bo ja jestem wrażeniowcem, a Paweł zdecydowanie perfekcjonistycznym producentem.

Dochodzi między wami do starć?
Do wielu. Ja biorę wałek, a Paweł pasa. (śmiech) Oczywiście żartuję. Choć czasem by się coś takiego przydało. Tak naprawdę kłócimy się bardzo rzadko tak na serio. Nie potrafię sobie przypomnieć naszej ostatniej kłótni. Natomiast faktycznie mamy dużo takich mniejszych potyczek w studio. Ale to chyba jest naturalne. I wtedy zaczyna się rzucanie gitarami. Kiedy jednak między dwojgiem ludzi jest miłość, trudne sprawy mają łatwe rozwiązania. Na szczęście tak jest w naszym przypadku. I oby było jak najdłużej.

Zawsze mówiłaś, że jesteś „control freakiem” i lubisz mieć pieczę nad wszystkimi aspektami nowej płyty. Teraz też tak było?
Mniej było tego. To też zawdzięczam ciąży. Miałam trochę mniej siły, zostałam więc zmuszona do odpuszczenia kilku spraw i zaufania innym. (śmiech) Kontrolowałam tylko te obszary, które były dla mnie w danym momencie najważniejsze. Tak naprawdę to był już kolejny mój album z Pawłem. Przez ten czas zdążył on wypracować sobie w moim sercu taką pozycję, że bardzo mu ufam. Teraz dołączył do nas Marcin Bors – a on jest prawdziwym profesjonalistą i jego produkcje są bardzo inspirujące. Głupio więc byłoby kontrolować pracę ludzi, którzy dobrze robią swoją robotę i mają bogate portfolio. Dlatego pozwoliłam im robić to, co do nich należało, a ja zajęłam się pisaniem tekstów, melodii i harmonii. Całą aranżację i produkcję zostawiłam Marcinowi i Pawłowi.

W jednym z wywiadów powiedziałaś ostatnio: „Teraz tworzę z zgodnie ze swoim ja i na swoich zasadach”. To coś innego niż kiedyś?
Trochę tak. Pracując przy poprzednich albumach, miałam w głowie ciągle to, że muszę zaspokajać pragnienia innych ludzi. Choć dawało mi to też radość, bo wiedziałam, że odpowiadam na potrzeby odbiorcy. A tutaj jest inaczej. Jedyną osobą, na której potrzeby chciałam odpowiedzieć, byłam ja sama. Czyli przestałam spełniać oczekiwania innych. I tu nie chodzi tylko o odbiorów, ale i o ludzi, z którymi się pracuje. Oni też mają swoje oczekiwania. Po prostu postawiłam w stu procentach na siebie – nie tylko jako artystka, ale też jako producent wykonawczy „Runostanów”, bo prowadzę działalność, która zajmuje się tworzeniem muzyki nie tylko dla mnie, ale również do filmów i dla innych artystów. To ja zarządzałam stylem i kierunkiem tego wszystkiego. Tak nie było przy poprzednich płytach – to zupełnie inny sposób pracy i myślenia o tym.

Z tego, co mówisz wasze życie z Pawłem cały czas kręci się wokół muzyki. To wzmacnia wasz związek?
Myślę, że tak. Tym, co łączy mnie z innymi ludźmi, jest moja pasja. Wszyscy, którzy są obecni w moim życiu są powiązani z tym, nad czym pracuję. A to dlatego, że moja praca to mój lifestyle. Dlatego mój związek z Pawłem też się wokół tego kręci. To sprawia, że mamy bodźce, emocje i nieustanny rollecoaster. O czym my byśmy rozmawiali, jeśli nie pracowalibyśmy w tej samej branży? O co byśmy się kłócili? Paweł jest bardzo zgodny, ja też nie szukam konfliktów, dlatego jedynym polem dla naszych emocji jest praca. Kiedy on by się zajmował czym innym, a ja czym innym, to on by mi opowiadał co u niego słychać, a ja bym to kwitowała: „Wow, kotek, wspieram to”, na co on by odpowiadał: „Ja też cię wspieram”. I koniec. (śmiech) W czymś takim jest mało energii, nawet tej seksualnej.

Poznaliście się też dzięki muzyce?
Tak. Paweł przyszedł do naszego zespołu jako gitarzysta. No i był dla mnie miłością od pierwszego wejrzenia. Podobno ja też w drugą stronę. Tak to było.

Kiedy nagrywałaś płytę, byłaś w ciąży – ale teraz już od roku jesteś mamą. Jak się odnalazłaś w tej roli?
Bardzo naturalnie. Macierzyństwo nie było nigdy totalnym celem w moim życiu. Wiele kobiet ma tak od młodego wieku, że chce być mamami – i to jest super. Ja jednak nigdy nie należałam do tej grupy. Ale kiedy już zostałam mamą, nie wyobrażam sobie innego scenariusza dla siebie. Czuję się na właściwym miejscu. I wyjątkowo w tej roli. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, jak trudne może być macierzyństwo i jak to jest absorbujące. Dla kobiety, która chce pozostać czynna zawodowo, to niezwykły trud i bez odpowiedniego wsparcia jest to właściwie niemożliwe do harmonijnego poprowadzenia. Dlatego bardzo jestem wdzięczna Pawłowi, który dzieli się ze mną obowiązkami. Jest obecnym tatą i pozwala mi się rozwijać zawodowo. To niezwykle ważne, żeby będąc młodą mamą mieć swój team. Moje macierzyństwo sprawiło, że zrozumiałam z jakimi trudami mierzą się samotne mamy. Teraz to dopiero widzę. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak poświęcali się dla nas nasi rodzice. Dlatego każdy człowiek, jakich by nie miał rodziców, powinien być im wdzięczny za to, że został wychowany.

Powiedziałaś niedawno, że po urodzeniu synka priorytety w twoim życiu diametralnie się zmieniły. Co jest teraz dla ciebie najważniejsze?
Dziecko. I zdrowie moich bliskich. Mój synek nauczył mnie odpuszczać rzeczy, na które nie mam wpływu. Również w kontekście mojej kariery. Żebym przestała ciągle gonić, tylko stanęła trochę obok tego tornada. I zobaczyła z dystansu czym jest ten wyścig i ta gonitwa. Nie zmieniło to oczywiście faktu, że wciąż mam zawodowe ambicje i aspiracje. Nadal wyznaczam sobie nowe cele i chcę się rozwijać. Ale kiedy jest się twórcą małego ludzika, to nie może się z tym równać żadna platynowa płyta. Niby widzimy to codziennie dokoła, lecz kiedy doświadcza się tego samemu, dopiero wtedy rozumie się to, jakim to jest cudem.

Ważnym wątkiem „Runostanów” są piosenki o naturze. Zwróciłaś uwagę na ekologię z troski o przyszłość swojego synka?
Nie. Natura stała się dla mnie ważna, bo kiedy zniknęłam na te dwa lata, potrzebowałam uporządkować sobie pewne rzeczy w głowie. Przeniosłam się do Trójmiasta i spacerowałam po tutejszych lasach. I tam znajdowałam inspirację do stworzenia pierwszych tekstów na płytę. Ten las stał się dla mnie ważny nie w sensie ekologicznym, ale wręcz magicznym. Stał się jakby odbiciem mojego wnętrza. Chaotyczny, ale również dobrze zorganizowany. Im częściej chodziłam na spacery, bardziej zbliżałam się do natury i zaczynałam rozumieć jak funkcjonuje las, tym bardziej zbliżałam się też do samej siebie i pozwalałam sobie na akceptację swych ułomności i niedoskonałości. Dlatego natura jest tak ważna dla tej płyty.

Jej symbolem jest szyszka. To dlatego?
To nawiązanie do szyszynki, czyli gruczołu dokrewnego, który znajduje się w mózgu i odpowiada za hormon, który daje nam w czasie snu te wszystkie oniryczne wizje. Ich wyraz można zobaczyć w teledysku do piosenki „Ze mną tańcz”, który został zrealizowany w technologii XR. Chciałam za jej pomocą pokazać jak widzę las. Bo dla mnie jest on magiczny i wiedźmiński.

Czyli nie chodzi tu o ekologię?
Ekologia jest ważna. O naturę trzeba dbać. Ja nie martwię się jednak o przyszłość naszej planety, bo może jestem idealistką, ale wierzę, że ludzi, którzy zatroszczą się o nią jest dużo więcej. Tym optymizmem napawa mnie to, kiedy widzę młode pokolenie i jego sposób myślenia o naturze. Dlatego wierzę, że będzie to szło w coraz lepszą stronę. Bo to starsze pokolenia mają bardziej toksyczne postawy. Bardziej się więc martwię o to, by ci starsi ustąpili miejsca tym młodszym, niż o to, co my mamy do przekazania kolejnym pokoleniom. Ale trzeba dbać o przyrodę i po to połączyłam siły z fundacją Las Na Zawsze, która zajmuje się sadzeniem nowych lasów. Oczywiście z myślą o przyszłych pokoleniach. To piękna inicjatywa. I właśnie dlatego nie martwię się o przyszłość, bo wierzę, że takich inicjatyw będzie powstawało coraz więcej. Jestem po prostu dobrej myśli.

Wspomniałaś, że ten las jest dla ciebie „wiedźmiński”. Na swoim Facebooku sama nazywasz siebie „nadmorską wiedźmuchą”. To ciekawe – bo ostatnio coraz częściej słyszy się, że młode kobiety identyfikują się z wiedźmami i czarownicami. Z czego to wynika?
U mnie to wyszło z przymrużeniem oka. Moi bliscy czasem mówią do mnie, że w poprzednim wcieleniu byłam chyba wiedźmą. Ale nie w złym rozumieniu tego słowa. Chodzi raczej o to, że mam bardzo wysoko rozwiniętą intuicję. Często po krótkiej rozmowie z kimś, potrafię bardzo głęboko współodczuwać jego samopoczucie. Mocno odczytuję nastroje innych, dzięki czemu potrafię dosyć swobodnie wejść w rozmowę z kimś, mimo że wcześniej nie znałam tej osoby. I mogę jej służyć pomocą. Jestem też „lekarzem na telefon” dla swoich przyjaciół. Często któreś z nich dzwoni do mnie i mówi: „Słuchaj wiedźmucha, mam takie i takie objawy. Co robić?”. I ja mam od razu gotową recepturę: „Kupujesz imbir, gotujesz, dorzucasz to i tamto”. W ten sposób pomagam. I bardzo to lubię. Stąd to się wzięło. Kiedy zaczyna się dotykać obszarów transcendentnych, to ludzie nazywają to wiedźmiństwem. Dla mnie to po prostu naturalna część możliwości ludzkiego umysłu. Tylko poświęcamy temu mniej uwagi, bardziej skupiając się na sferze materialnej.

Stwierdziłaś niedawno: „Jestem w procesie pracy nad sobą, który można nazwać wewnętrznym przebudzeniem”. Na czym to polega?
Na tym, by dostrzec w sobie te możliwości, które wszyscy mamy, a ich nie wykorzystujemy. Tak mi się przynajmniej zdaje – to jest moje subiektywna obserwacja świata i ludzi. Im częściej zaczynam słuchać swojej intuicji, tym częściej zauważam potem z perspektywy czasu, że te decyzje są dobre. Kiedy słucham oczekiwań wszystkich dokoła i tego, co ktoś uważa, że jest dla mnie dobre, to nie czuję się szczęśliwa. Wewnętrzne przebudzenie to postawienie na siebie i na rozwój duchowy. I połączenie kwestii biologicznych z obszarami transcendentnymi. Szyszynkę mamy wszyscy – i nie da się podważyć tego, jaką pełni funkcję w naszym organizmie. Że daje nam senne wizje i kontakt z naszą podświadomością. Ale też od wieków jest nazywana naczyniem duszy. To się wszystko nie wyklucza, a raczej przenika. Dlatego chcę rzucać światło na tę sferę rozwoju duchowego, żebyśmy się budzili i nie byli uwięzieni w tych schematach myślowych, które nam narzucają media, napełniając lękiem i obawami. Zatrzymajmy się na chwilę – i pomedytujmy lub pójdźmy do lasu. Zyskamy dzięki temu głębszą refleksję nad życiem, nad sobą, nad światem. Ja jestem w procesie. Nie jestem mistrzem. Nie osiągnęłam stanu zen. Ale wiem, że tego potrzebuję.

Do jakiej duchowości jest ci dzisiaj najbliżej?
Nie identyfikuję się z żadną istniejącą religią. Podążam swoją własną ścieżką. Wielu ludzi ma podobne myślenie. Głęboko wierzę w to, że jest siła wyższa. Że miłość jest nadrzędną wartością. Że wszystko, z czym sobie nie radzimy, należy zostawić tej sile wyższej, która chce dla nas dobrze. Takie zasady wyznaję. Wierzę też, że my jako ludzie mamy w sobie dużą moc sprawczą. Dlatego tak ważne jest to, co mówimy i myślimy. Musimy nad tym pracować, aby to się mogło fajnie manifestować w naszym życiu. Ja doświadczyłam tego, że wiele moich obaw się zamanifestowało, ale też wiele pozytywnych myśli się spełniło. W bardzo prosty sposób: o czymś marzyłam i zostawiałam to tak, a to jakoś samo rezonowało, przyciągało się i działo. Ważna jest intencja. Kiedy mamy dobre intencje, to chyba finalnie nie mogą się wydarzyć złe rzeczy. Czasem nam się wydaje, że coś się dzieje złego, ale z dalszej perspektywy okazuje się, że wydarzyło się to z jakiegoś powodu i wyszło na dobre. Tylko to jest kwestią nastawienia się i intencji. Tak mogę powiedzieć ze swojego doświadczenia. Ale zdaję sobie sprawę, że ile ludzi, tyle wizji świata.

Na koniec zejdźmy na ziemię: przed tobą trasa koncertowa i zawitasz też do Krakowa, gdzie 23 października, wystąpisz w Nowohuckim Centrum Kultury. Czego możemy się spodziewać?
Na pewno będzie głównie materiał z „Runostanów’. Ale zabrzmią też stare utwory w nowych aranżacjach. Każdy znajdzie coś dla siebie. Dla mnie ważne jest to, abyśmy wszyscy mieli dobry czas, trochę autorefleksji, trochę sobie popłakali, a potem poskakali i zrobili turbo ogień. Ten, kto bywał na moich koncertach wie jak to jest, a ten kto nie bywał – to się dowie.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.