Suwalski Predator motocykl trzyma w sypialni

Czytaj dalej
Fot. Magdalena Siemińska
Magdalena Siemińska

Suwalski Predator motocykl trzyma w sypialni

Magdalena Siemińska

Robert Stadnik z Suwałk całe życie spędził na dwóch kółkach. Mimo wielu poważnych wypadków, nie porzucił swojej pasji. Miał już 12 motocykli, a swój najukochańszy model trzyma w... sypialni.

Kiedy 43-latek pojawia się na ulicy, wzbudza niemałą sensację, a kolejki osób chcących zrobić z nim zdjęcie są ogromne. I to nie tylko ze względu na jego motocykl, ale przede wszystkim z uwagi na kask, inspirowany tytułową postacią z filmu Predator. Robert sam go skonturował, wykorzystując materiały... budowlane, dzięki którym kask nie dość, że efektownie wygląda, to jeszcze jest bardzo bezpieczny.

Cała rodzina na jednym motorze

- Kiedy byłem małym chłopcem, podróżowałem z rodzicami WSK-ą - opowiada. - To był nasz jedyny środek transportu. Tata sadzał mnie na bak, a sam kierował. Z tyłu zaś siadała mama, a pomiędzy rodzicami - młodsza siostra. I tak we czwórkę sobie jeździliśmy, gdzie tylko trzeba było. Te doświadczenia z pewnością miały wpływ na moje późniejsze zamiłowanie do motocykli.

Stadnik - jako nastolatek - jeździł „komarkiem”, później przesiadł się na MZ-etkę. To właśnie na MZ-etce miał dwa pierwsze wypadki.

- W jednym znienacka wbiegła mi na drogę młoda dziewczyna - opowiada. - Do dziś pamiętam, jak biegłem niosąc ją na rękach i szukając pomocy, a na jej głowie niesamowicie szybko rósł ogromny guz. Byłem przerażony, ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło, bo okazało się, że dziewczyna jest tylko lekko poobijana. Ja wówczas żadnych poważnych obrażeń nie odniosłem.

Suwalski Predator motocykl trzyma w sypialni
Magdalena Siemińska

Jednak w drugim wypadku nie miał tyle szczęścia. Przyznaje, że jechał zbyt szybko i skończyło się to poważnymi urazami i pobytem w szpitalu.

- Wówczas długo nie zwlekałem i sprzedałem motocykl, a przez 10 kolejnych lat już nie wsiadłem na żaden inny - wspomina.

Dopiero gdy wyjechał „za chlebem“ do Londynu, postanowił wrócić do dawnej pasji i kupił dwa kolejne motocykle. Pierwszym był Kawasaki GPZ, a później przesiadł się na Yamahę

- Dzięki temu mogłem szybko i bez problemu przemieszczać się wąskimi uliczkami stolicy Wielkiej Brytanii - wyjaśnia. - Za granicą prowadziłem firmę budowlaną, a potrzebne mi do pracy sprzęty woziłem na motorze. Wyglądało to tak, że do motoru przyczepiałem trzy kufry - dwa boczne i jeden z tyłu, a do tego jeszcze skrzynkę z narzędziami, którą przywiązywałem grubą gumą. Mogę śmiało powiedzieć, że całą moją firmę przewoziłem na dwóch kółkach i naprawdę nie potrzeba mi było większego pojazdu, bo wszystko na moim motorze miałem idealnie poukładane.

Zdarzało się też, że na motocyklu przewoził nawet duży telewizor.

- Nie powiem, ludzie się wtedy za mną oglądali - śmieje się Stadnik. - Ale moja transportowa misja jak najbardziej się powiodła. Telewizor dostarczyłem na miejsce bez żadnych problemów.

Ten kask uratował mu życie

W Anglii Robert miał dwa kolejne, poważne wypadki.

- Jechałem Kawasaki i jednocześnie, nierozważnie, rozmawiałem z żoną przez telefon. Jak na rondzie doszło do wypadku, tego nawet dokładnie nie pamiętam - przyznaje. - Ale najgorsze było to, że z telefonem nic się nie stało, więc moja żona usłyszała ogromny huk, a potem moje charczenie i stękanie oraz sygnały karetki... Myślała, że nie żyję. Do dziś ma traumę po tym wydarzeniu i zawsze, gdy tylko gdzieś wyruszam, strasznie się martwi.

Drugiemu wypadkowi uległ już nie ze swojej winy. Jechał Yamahą, gdy wpadło na niego rozpędzone BMW. Przeżył tylko dzięki porządnemu kaskowi, który miał na głowie.

- Ale zanim wróciłem do pełnej sprawności, bardzo długo musiałem się kurować. Motor po wypadku oddałem zupełnie za darmo, ale przedmiotu, który uratował mi życie, czyli kasku, nie potrafiłem wyrzucić i przywiozłem go ze sobą do Polski - wspomina - Najlepsze jest to, że ten kask po uderzeniu o asfalt pękł aż w dwóch miejscach, a mimo to nic mi się w głowę nie stało.

Po powrocie do Polski postanowił więc „uhonorować“ swój kask i dać mu drugie życie. Zainspirowała go filmowa postać Predatora, grana przez Arnolda Szwarcenegera. Do konstrukcji wykorzystał styrodyl, czyli materiał do ocieplania zewnętrznych ścian budynków, szpachlę polisterową z włóknem szklanym, czarną farbę w sprayu, a także zakupioną w pasmanterii bawełnę i mosiężne mufki z działu hydraulicznego. Kolce zamówił przez internet, zaś długie, czarne dredy skonstruował z sylikonu.

- Całą zimę siedziałem w domu i pracowałem nad tym kaskiem, zaś wiosną wyjechałem w nim na ulice - mówi. - A jako że jestem perfekcjonistą, to chciałem, by wszystko ładnie się komponowało, więc dokupiłem sobie jeszcze specjalny strój.

Kombinezon był używany, nieco zniszczony i miejscami już całkiem poprzecierany, więc suwalczanin sporo czasu musiał poświęcić na jego naprawę. Własnoręcznie pozaszywał ubytki i pomalował go czarną farbą oraz płynną skórą. Wysiłek się opłacił, bo gdy dziś wyjeżdża na ulice, nie ma osoby, która by się za nim nie obejrzała.

- Wiele osób mnie pyta, skąd mam taki kombinezon, gdzie kupiłem ten kask, a ja im z dumą odpowiadam, że wszystko zrobiłem sam. Cieszy mnie to, że ktoś to, co samodzielnie wykonałem, myli z oryginałem i myśli, że zapłaciłem za to grube tysiące złotych - przyznaje z dumą.

W Suwałkach Robert zajmuje się budowlanką, a do tego prowadzi niewielkie gospodarstwo w Przerośli.

- Ale nie jestem tylko rzemieślnikiem, bo mam duszę artysty - zastrzega. - Dawniej zarabiałem nawet na malowaniu portretów. Wykonuję też szkice, rysunki, no i dalej maluję obrazy. Moje umiejętności wykorzystałem więc przy tworzeniu tego stroju.

Jednak w swoim niezwykłym kasku na co dzień po ulicach Suwałk nie jeździ. Polskie prawo nie pozwala bowiem poruszać się na motocyklu po publicznych drogach w tak fantazyjnym „nakryciu głowy“. Ostatnio jednak miał okazję zaprezentować się w swoim stroju również w rodzinnych Suwałkach. Pojawił się w nim na rozpoczęciu sezonu motocyklowego oraz na Suwałki Blues Festiwal, czym wzbudził niemałe zainteresowanie ludzi z całej Polski.

-Bardzo wiele osób chciało sobie zrobić ze mną zdjęcie. To miłe, że ludziom podoba się to, co z wielkim poświęceniem wykonałem. I czasem tylko sobie żartuję, że chciałbym zdjąć już ten kask, żeby ludzie zobaczyli też moją twarz, ale wszyscy zaraz proszą, abym ponownie założył kask do zdjęć, więc on chyba jest ciekawszy ode mnie - śmieje się suwalczanin.

Predator będzie siedział na... Obcym

Robert Stadnik hołubi nie tylko swój kask, ale też motocykl. Dlatego też swoją ukochaną Cagivę trzyma w... sypialni, tuż przy biurku. Dzięki temu może ciągle na nią patrzeć i wymyślać kolejne „ulepszenia“. Skonstruował nawet specjalną platformę na sześciu kółkach, dzięki której manewruje motocyklem jak tylko chce.

- Żonie nie przeszkadza, że musi dzielić sypialnię nie tylko ze mną, ale i z moim motocyklem - śmieje się 43-latek. I zdradza, że w niedalekiej przyszłości planuje przerobić swoją Cagivę. Motocykl zacznie wówczas przypominać... postać Obcego, kolejnego bohatera filmu Predator.

- Myślę, że będzie to ciekawy motyw, gdy Predator zasiądzie na Obcym, z którym przecież w tym filmie walczy - śmieje się suwalczanin.

I dodaje, że marzy mu się, by chociaż jeden z dwóch synów przejął jego pasję do motocykli, do tych niezwykłych maszyn na dwóch kółkach.

Magdalena Siemińska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.