Takich ludzi i takich sosen nigdzie więcej w Polsce nie ma

Czytaj dalej
Fot. Tomasz Kubaszewski
Tomasz Kubaszewski

Takich ludzi i takich sosen nigdzie więcej w Polsce nie ma

Tomasz Kubaszewski

Najpierw zakochał się w augustowiance, potem w Augustowszczyźnie. - Teraz już jestem, jak to mówią górale, „prawdziwy krzok”, co na dobre zapuścił korzenie - nie ma wątpliwości Leszek Cieślik, były wieloletni burmistrz Augustowa, poseł w latach 2007-2011, a obecnie dyrektor suwalskiego PKS.

Sam jednak zauważa , że ludzkimi losami kieruje w sumie przypadek. Niewiele bowiem brakowało, aby mieszkał w zupełnie innym miejscu i wykonywał zupełnie inny zawód. Ba! Mógł nawet osiąść na stałe w Niemczech. I wtedy nie zostałby burmistrzem, ani tym bardziej parlamentarzystą.

- Bodajże w 1973 czy 74 roku byłem po raz pierwszy w życiu w Augustowie - wspomina Leszek Cieślik. - Miałem wtedy 18 lat. Rozbiliśmy z kolegą namiot w okolicach obecnej plaży miejskiej. Pobyliśmy parę dni i wyjechaliśmy. Jakiegoś szczególnego wrażenia Augustów na mnie nie zrobił.

Kolega zasugerował Gdańsk

Urodził się w Sandomierzu. Chodził do tamtejszych szkół. - Ładne, zabytkowe, niezniszczone podczas wojny miasto - opowiada. - Ale przyszłości z nim nie wiązałem.

Jako nastolatek chciał zostać komandosem. Marzyła mu się służba w stacjonujących w Krakowie „czerwonych beretach”.

- Ale po jakimś czasie mi przeszło i straciłem pociąg do wojska - dodaje.

Po maturze postanowił zdawać na historię, na Uniwersytet Jagielloński w Krakowie. Ale się nie dostał. Niemal na wszystkie kierunki bowiem na tę jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą w tamtym czasie polską uczelnię, zgłaszało się mnóstwo kandydatów.

Druga próba również się nie powiodła. Trochę więc pracował, zapisał się też do policealnej szkoły rachunkowości. I ją skończył.

- Nie bardzo wiedziałem, co dalej w życiu robić - przyznaje. - Byłem podłamany, że nie dostałem się na studia, wisiało nade mną widmo powołania do dwuletniej służby wojskowej.

Wtedy na jednej z krakowskich ulic natknął się na dawnego kolegę z Sandomierza. Okazało się, że pracuje on jako asystent na Uniwersytecie Gdańskim.

- Zasugerował, że tam powinienem zdawać, bo jest nieco mniej kandydatów na jedno miejsce - wspomina Cieślik.

Postanowił najpierw zapisać się na kurs przygotowawczy do egzaminów wstępnych. Do Gdańska wyruszył na początku czerwca 1979 r. W Warszawie miał przesiadkę i dużo czasu do odjazdu pociągu do Trójmiasta. Poszedł więc na spacer. To było dokładnie 2 czerwca. Na ówczesnym placu Zwycięstwa przemawiał Jan Paweł II. Odbywał pierwszą pielgrzymkę po rodzinnym kraju. - Bliżej ołtarza dopchać się nie dało, bo był straszliwy ścisk, ale na własne uszy słyszałem te słynne słowa „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!”. Pomyślałem, że może teraz moje życie też się odmieni. I kilka tygodni potem dostałem się na studia. Tym razem postanowiłem zdawać na prawo.

Myślał o azylu w RFN

Na koleżankę z roku, Halinę, zwrócił uwagę niemal od razu. Ale i w tym, że wkrótce zaczęli lepiej się poznawać, przypadek odegrał pewną rolę. Halina, w przeciwieństwie do Leszka, nie dostała miejsca w akademiku. Trafiła tam dopiero po jakimś czasie. Tak się złożyło, że mieszkali na jednym piętrze... Pochodziła z Augustowa.

Znajomość rozwijała się w szybkim tempie, bo już w 1981 r. Leszek jechał do miasta nad Nettą z oficjalnymi oświadczynami.

- Pamiętam, że przyszła teściowa przygotowała wystawny obiad - mówi. - A głównym daniem były nieznane mi w tamtym czasie kartacze. I, powiem szczerze, specjalnie do gustu mi nie przypadły. Dla mnie w tej potrawie było zdecydowanie za mało mięsa.

Datę ślubu ustalili na wrzesień 1981 r. Wcześniej jednak Cieślik postanowił zarobić trochę „prawdziwych“ pieniędzy. Udało mu się załatwić wyjazd do pracy w ówczesnej Republice Federalnej Niemiec. Wziął urlop dziekański i pojechał. Przyszła żona niedługo do niego dołączyła. - Z Polski docierały coraz gorsze wieści - wspomina były poseł. - Że niczego w sklepach nie ma, że bieda, że pewnie władze rozprawią się w końcu z Solidarnością siłą. Zacząłem poważnie zastanawiać się, czy nie wystąpić o azyl. Nawet przeprowadziłem z urzędnikami rozmowę na ten temat. Dostalibyśmy 4-pokojowe mieszkanie, moglibyśmy dalej studiować prawo. Halina chciała jednak wracać. W końcu i ja doszedłem do wniosku, że jaka ta Polska jest, to jest, ale to mój kraj.

Parę miesięcy po ślubie miał jednak do RFN wrócić. Chciał zarobić jeszcze trochę marek. Wyjazd planował na 16 grudnia `81. Trzy dni wcześniej Jaruzelski wprowadził stan wojenny i granice zostały zamknięte.

Partyjni chcieli przejąć władzę

Myśleli, by po skończeniu studiów zostać w Trójmieście. Stać ich było na kupno niewielkiego mieszkania. Tylko że musieliby na nie czekać 5-6 lat. A w Augustowie mogli wprowadzić się od razu do mieszkania po zmarłej krewnej. Mieli już wtedy jedno dziecko, więc nadszedł najwyższy czas na podjęcie decyzji.

Przyjechali do Augustowa. Cieślik dostał pracę w ZUS-ie, żona chciała natomiast zostać w Suwałkach sędzią. Dostała się na aplikację. Po jej zakończeniu egzamin zdała na piątkę, jako jedyna z nielicznych. Ale do pracy jej nie przyjęto.

- Wtedy naprawdę żałowałem, że nie zostaliśmy w Niemczech - mówi Cieślik.

Dopiero po latach dowiedzieli się, o co tak naprawdę poszło. Dotarli do dokumentu, w którym było napisane, że kandydatka na sędzię nie należy do PZPR, że jej ojciec walczył w AK, a mąż również jest politycznie podejrzany. Działo się to nie w czasach stalinowskich, lecz w drugiej połowie lat 80!

W życiu Cieślika bardzo istotny okazał się rok 1990. W Augustowie zaczął powstawać Komitet Obywatelski Solidarność. - Usłyszałem rozmowę dwóch działaczy partyjnych, że wybiorą się na zebranie i przejmą w komitecie władzę - wspomina. - Aż mną zatrzęsło.

Poszedł zobaczyć, jak to będzie. Pełna sala, w większości osoby związane z komunistyczną władzą. Wstał i powiedział, że jeśli to tak ma wyglądać, cała ta zmiana nie ma żadnego sensu. Po tym wystąpieniu starzy augustowscy komuniści zostali wyproszeni z sali, Cieślik zaś zdobył zaufanie solidarnościowych działaczy. Parę miesięcy potem został radnym, a w 1994 r. burmistrzem. Dwukrotnie wygrał bezpośrednie wybory na to stanowisko. - To coś wspaniałego, że augustowianie tak zaufali komuś, kto pochodzi z zewnątrz - podsumowuje. - Tu mieszkają zresztą wyjątkowi ludzie, otwarci, życzliwi oraz gościnni.

Dzisiaj lubi już kartacze i nie wyobraża sobie życia poza Augustowszczyzną.

- Im bardziej człowiek ją poznaje, tym bardziej w niej się zakochuje - mówi. - Te lasy, te jeziora... A tak pięknych, dorodnych sosen nie ma nigdzie w Polsce.

Tomasz Kubaszewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.