Traktor i podlaski bimber zrobiły na Bałkanach furorę

Czytaj dalej
Fot. Traktoriada
Julia Szypulska

Traktor i podlaski bimber zrobiły na Bałkanach furorę

Julia Szypulska

Pięćdziesięcioletni traktor Ursus, który wyruszył z Moniek do Etiopii, ma za sobą pierwszy etap wyprawy. Były i siarczyste mrozy, i mrożące krew w żyłach sytuacje.

Marcin Obałek, jeden z uczestników wyprawy traktorem do Etiopii, nabawił się po drodze nawet zapalenia płuc. Było to nad jeziorem Bled, po słoweńskiej stronie Alp. Zdarzyło się bowiem, że jezioro zamarzło...

- Dla miejscowych było to niezwykłe wydarzenie, niespotykane od 20 lat - opowiada podróżnik. - Nad jezioro przychodziły więc tłumy. Ludzie wchodzili na kilkucentymetrowy lód, nierzadko rodziny z dziećmi, z wózkami... My, ludzie z północy, wiedzieliśmy, czym to grozi. Dla nas bezpieczny lód to taki, który ma przynajmniej dziesięć centymetrów grubości. Oni nie mieli tej świadomości, a - co gorsza - miejscowe służby porządkowe niewiele robiły, by ostrzec mieszkańców.

Kruchy lód załamał się pod jednym ze spacerowiczów. Człowiek wpadł do wody. I gdyby nie ekipa podróżników z Białegostoku, doszłoby do tragedii! Członkowie wyprawy rzucili się tonącemu na pomoc i szczęśliwie udało się go wyciągnąć z wody.

- Przepłaciłem to jednak chorobą i na kilka tygodni musiałem przerwać podróż - mówi Marcin Obałek. - Kiedyś znajomi ze Słowenii pomogli mi na granicy chińsko-pakistańskiej, kiedy oślepłem od śniegu, a teraz ja mogłem oddać dobry uczynek. Jest jeden do jednego - śmieje się.

Dzielna postawa podlaskich podróżników wywołała zainteresowanie miejscowych mediów. Białostoczanie udzielili m.in. wywiadu telewizji i jednej z największych słoweńskich gazet.

Rozgłos jest podróżnikom potrzebny. W drogę wyruszają bowiem nie tylko z ciekawości świata. Marcin Obałek - z urodzenia poznaniak, a z wyboru białostoczanin - jest współzałożycielem Klastra Wspierania Polskiej Gospodarki JEDNOŚĆ. Klaster współpracuje zaś z międzynarodową korporacją BrasAfrica. Dzięki niej w Etiopii powstaje montownia polskich traktorów i części rolniczych. Celem wyprawy jest bowiem promocja polskiej myśli technicznej.

Traktor i podlaski bimber zrobiły na Bałkanach furorę
Traktoriada

Marcin Obałek nawiązał współpracę z kilkoma firmami z woj. podlaskiego i podróżując traktorem chce powiedzieć napotykanym mieszkańcom różnych krajów: „Zobaczcie, jaki mamy dobry sprzęt. Mimo, że ma kilkadziesiąt lat jest w stanie dojechać na drugi koniec świata”.

- Na Bałkanach polskie traktory są dobrze znane, bo kiedyś przecież Jugosławia współpracowała z PRL - zauważa Obałek. - Odwiedziliśmy zresztą jedną z firm na Słowenii, która w tamtych czasach - za otrzymywane z Polski traktory - dostarczała do PRL opryskiwacze. Spotkałem się z dyrektorem, który wspominał, że w wtedy był u nas ze 40 razy! I teraz do współpracy wracają. Z uwagi na to, że nasze ciągniki są tam popularne, na części zamienne wciąż jest duże zapotrzebowanie. Jedna z polskich firm już podpisała umowę o współpracy, a więc coś tam powoli już się rozkręca.

Podlascy podróżnicy za punkt honoru postawili sobie stworzenie w Afryce sieci punktów dystrybucji polskiego sprzętu rolniczego i polskich produktów spożywczych. Na początku bazą będą podlascy producenci.

Jak już informowaliśmy na naszych łamach, ekipa Marcina Obałka wystartowała w podróż z Moniek, na początku stycznia. W sumie wyruszyły cztery osoby: Marcin Obałek, jego żona Monika Filipiuk-Obałek, Ula Kisiel-Pańko z białostockiego zespołu Alu Bambu Pikczu oraz Piotr Śliwiński. Za sobą mają już Słowację i Węgry. Byli na Słowenii, kilka razy zahaczyli o Włochy, bo granica w Alpach jest dość zawiła. Teraz Ursus jest na Bałkanach, a konkretnie w Chorwacji, ok. 70 km od granicy z Bośnią. Za sobą ma ponad 2 tys. kilometrów.

Podróż przebiega wolno. Bo traktor, choć wytrzymały i skuteczny w trudnych warunkach, to najszybszy nie jest. Średnia prędkość to 25 km/godz, ale w górach maksymalnie... 15. Większą, ok. 60 km/h, rozwija tylko z górki, i na luzie, ale wtedy już się wszystko trzęsie.

- Ze względu na bezpieczeństwo i możliwości pojazdu wybieramy mniej uczęszczane drogi - opowiada podróżnik. - Choć raz nieopatrznie wjechaliśmy na autostradę. Było to pod Triestem. Dobrze, że była noc, a nasz traktor w ciemności, z kogutem sygnalizacyjnym, przypominał pojazd służb drogowych. To był wtedy najbardziej mrożący krew w żyłach moment. Nawet nie te góry i 30-stopniowy mróz, tylko ta autostrada... Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Jazda bocznymi drogami jest też przyjemniejsza. Tempo wprawdzie spada, ale za to jakie widoki ... Podziwianie krajobrazów ułatwia otwarta kabina traktora.

- Czerpie się z otoczenia wszystkimi zmysłami - podkreśla Obałek.

Można też dotrzeć w miejsca, których raczej by się nie zobaczyło podróżując samochodem wzdłuż uczęszczanych traktów. Trochę trudniej jedzie się w górach. Dwukilometrowy sznurek samochodów karnie jadących za traktorem to widok dość stresujący. Jednak, jak podkreślają podróżnicy, na południu kultura jazdy jest inna - nikt nie trąbi, ani nie wyprzedza na podwójnej ciągłej.

Marcin nie kryje, że ich podróż znacznie „spowolniła“ też legendarna bałkańska gościnność. Reakcje miejscowych na traktor ciągnący przyczepę kempingową były bardzo miłe. Bywało, że mijanym po drodze rolnikom ze zdziwienia narzędzia z rąk wypadały. Jedni, zaciekawieni, odprowadzali karawanę wzrokiem, inni - machali rękami, ale wielu zapraszało ich na degustacje lokalnych win.

- Słoweńcy mawiają, że jedna lampka wina to nic zdrożnego, samo zdrowie - śmieje się Obałek. -Ale lampka wina na godzinę, jak potem dodają. U nas w ogródkach działkowych ludzie sadzą sałatę czy marchewkę, a tam - winne krzewy. Każdy ma przynajmniej kilkadziesiąt takich krzewów tylko na własne potrzeby. Już wiemy, że z jednego krzewu jest ok. 3 kg winogron, a z nich można otrzymać 2 litry wina. Pozostałości przerabia się jeszcze i fermentuje, z czego miejscowi pozyskują pierwszej klasy bimber.

Wypite lampki nie pozwalały jechać dalej. Nie raz więc trzeba było zostać na noc. Ekipa nie podróżuje jednak z pustymi rękami. Wymiana kulturalna była nieunikniona. - Wieziemy naszego „Ducha puszczy” - śmieje się Obałek. - Wzięliśmy spore zapasy, bo ten bimber to jeden z bardziej rozpoznawalnych podlaskich wyrobów. Trudno, żebyśmy zabierali pamiątki z Cepelii.

Pomysł okazał się trafiony. „Duch puszczy” bardzo posmakował mieszkańcom różnych bałkańskich miejscowości, choć jest mocniejszy od lokalnego bimbru.

- A jedna „rozczęstowana” tam butelka skutkuje licznymi darami spożywczymi i paliwem - opowiada podróżnik. - Śmiejemy się, że nasz traktor pali pół litra ducha na 100 km. Dawno już nie musieliśmy kupować paliwa!

Teraz ekipa zrobiła sobie przerwę w podróży. Uczestnicy wyprawy zbierają siły i fundusze na kolejny etap. Przed nimi jeszcze przejazd przez Bośnię i Serbię w kierunku Macedonii i Włoch. Podróżnicy zastanawiają się, jak się dostać do Afryki. Rozważają dwie możliwości: - Albo przez Sycylię promem do Tunezji, albo drogą lądową z Izraela do Egiptu - zdradza Marcin Obałek. - Jeszcze zobaczymy. Nie ma powodu do pośpiechu.

Liczą, że być może jeszcze w tym roku uda im się dotrzeć do Etiopii.

Julia Szypulska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.