W maleńkiej główce Oliwki rośnie guz wielkości jabłka

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne
Ewa Bochenko

W maleńkiej główce Oliwki rośnie guz wielkości jabłka

Ewa Bochenko

Mama 7-letniej Oliwki już nie płacze. Wie, że musi być silna dla córeczki, która od dwóch lat zmaga się z glejakiem. Guz bezpowrotnie niszczy wzrok dziewczynki. Najprawdopodobniej jest złośliwy. Nadzieją na uratowanie jej życia jest terapia w Niemczech.

Oliwka, razem ze swoją siostrą bliźniaczką, poszła do szkoły rok wcześniej niż inne dzieci. I nie dlatego, że była jakoś szczególnie uzdolniona. - Po prostu chcieliśmy, by póki jeszcze cokolwiek widzi, mogła nauczyć się jak najwięcej - tłumaczy ze smutkiem w oczach jej mama Anna Żołądkowska z Kuźnicy Białostockiej.

Dziewczynka od dwóch lat cierpi na nowotwór. Coraz szybciej rosnący guz umiejscowiony jest na nerwach wzrokowych. Siedmiolatka niewiele już widzi, a i dalsze rokowania nie pozostawiają złudzeń.... Prędzej czy później bezpowrotnie straci wzrok.

Jeszcze do niedawna lekarze mieli nadzieję, że nowotwór nie jest złośliwy, jednak teraz podejrzewają, że - niestety - jest. Kiedy tylko kończy się chemia, guz znacznie się powiększa. Obecnie ma około 4,5 cm na 5,7 cm.

Dziewczynka, mimo że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo, jest bardzo pogodna i wesoła. Ma dopiero siedem lat, więc jeszcze nie uświadamia sobie, że walczy o życie. Aktualnie jest w trakcie kolejnej chemii.

- Ale ma tak złe wyniki, że leczenie zostało chwilowo przerwane - mówi zatroskana Anna Żołądkowska. - Jak wyniki się poprawią, Oliwka znowu dostanie chemię.

Mała dzielnie znosi ten etap walki z chorobą. Następny, o ile w ogóle nastąpi, będzie bardziej inwazyjny dla jej organizmu. Obecnie jedyną nadzieją na uratowanie wzroku Oliwi jest innowacyjna terapia, która polega na podawaniu chemii wprost do guza. Rodzice Oliwi dowiedzieli się, że przeprowadzana jest ona m.in. w niemieckich szpitalach. Od razu zaczęli więc przygotowywać dokumentację choroby swojej córki i szukają kliniki, która zajmuje się takim leczeniem.

To cud, ze córka jeszcze żyje

Straszną diagnozę rodzice Oliwki usłyszeli w październiku 2014 roku.

- Kilka tygodni wcześniej zauważyliśmy, że coś się z córką dzieje - wspomina Anna Żołądkowska. - Zaczęło się od tego, że mała krzywo stawiała jedną nóżkę. Bardzo dużo spała i była ciągle spragniona...

Oliwka to bardzo pogodna dziewczynka. Z  jej buzi nie znika uśmiech

Wędrówkom od lekarza do lekarza nie było końca. Nikt jednak rodzicom Oliwki nawet nie zasugerował, że stan dziecka może być aż tak poważny. Któregoś dnia, kiedy 4-latka zaplątała się w przedszkolu we własne nóżki i spadła ze schodów, trafili na SOR w DSK w Białymstoku. Tam wszystko potoczyło się już błyskawicznie.

- Zrobiono jej tomograf głowy, potem ktoś podał mi leki uspokajające... - wspomina mama Oliwki. - Dopiero wtedy lekarze powiedzieli, że to cud, że moje dziecko jeszcze żyje... Badanie wykazało bowiem, że mała miała tak duże wodogłowie, że mogła umrzeć w każdej chwili, nawet we śnie.

Oliwia przestanie widzieć

Kilka godzin później obie jechały już karetką do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. 9 października 2014 r. Oliwia miała pierwszą operację. Przy okazji pobierania tkanki do badań histopatologicznych wycięto jej część guza.

- To były potwornie trudne chwile - wspomina mama chorej dziewczynki.

Pierwsza przyszła, gdy tuż przed operacją trzeba było zgolić córeczce włosy, całą głowę na łyso. Wtedy zarówno mama, jak i tata 5-latki, obcięli też swoje, by małej było raźniej. Również siostry chorej dziewczynki solidarnie skróciły włosy.

Prawdziwa trauma nadeszła tuż po operacji. Wtedy rodzice Oliwki usłyszeli, że w jej maleńkiej główce rośnie wielki glejak i prędzej czy później mała przestanie widzieć...

- To było jak zły sen - mówi Żołądkowska. - Jednak nie obudziliśmy się z niego. Trwa dalej...

Po operacji Oliwka została wypisana ze szpitala. I o to jej rodzice mają ogromny żal do lekarzy. - Córkę pozostawiono na 9 długich miesięcy bez leczenia - tłumaczą. - Nie zrobiono żadnych badań potrzebnych do porównywania wielkości glejaka, przez co Oliwka potem tak długo nie mogła być leczona.

Żołądkowscy, odbierając córkę ze szpitala, otrzymali jedynie instrukcję, że mają zgłosić się do poradni onkologicznej. Wizytę wyznaczono na... pół roku po operacji. Przez to Oliwia na pierwszy rezonans trafiła dopiero w kwietniu 2015 roku, a kolejny - w lipcu. I dopiero po drugim badaniu okazało się, że glejak cały czas rośnie. Natychmiast wdrożono chemię, na którą Oliwia była co tydzień wożona przez rodziców do Warszawy. Ten etap leczenia zakończył się we wrześniu 2015. Niestety, kolejne badania nie przyniosły dobrych wiadomości.

- Przed Bożym Narodzeniem zrobiono jej kolejny rezonans - wspomina mama. - Lekarz prowadzący dopiero po świętach przekazał nam złe wieści. Glejak znów urósł...

Ponownie więc wdrożono chemioterapię. Tym razem agresywniejszą, która mała znosi bardzo źle. Ma coraz gorsze wyniki.

Matka już nie płacze

Jednak rodzice Oliwii nie tracą nadziei. Starają się normalnie żyć, tworzyć dzieciom normalny dom. Pani Anna już nie płacze. Ale przyznaje, że nie zawsze tak było.

- Kiedyś pielęgniarka zobaczyła mnie w szpitalu zalaną łzami - wspomina. - Podeszła do mnie i powiedziała, że na płacz będzie jeszcze czas. Że teraz muszę wziąć się w garść i być silna, by nie pokazywać dziecku złych emocji.

Miała rację. Dzisiaj pani Anna nie może się oprzeć wrażeniu, że to Oliwia daje jej siłę.

- Ona w tej chorobie jest silniejsza ode mnie - wyznaje. - Bo nawet kiedy jest bardzo słaba, z jej buzi nie znika uśmiech. Wie, że jest bardzo chora, zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie jej grozi, ale jest przepełniona optymizmem. I to chyba daje mi największą siłę do walki z jej chorobą.

Pani Anna nieustannie powtarza, że walczą o wzrok córki, nie o jej życie. Głęboko bowiem wierzą, że Oliwia pokona raka. Na razie szukają ludzi o wielkich sercach, którzy pomogą im nawiązać kontakt z niemieckimi lekarzami.

Kilka dni temu Oliwię przyjęła pod swoje skrzydła białostocka Fundacja Podlascy Aniołowie. To za jej pośrednictwem można wesprzeć finansowo leczenie dziewczynki. Jeżeli bowiem niemieccy lekarze zgodzą się poddać ją terapii, będzie na to potrzebne 60 tysięcy euro.

Ewa Bochenko

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.