Zbigniew Górny: Piosenka biesiadna dała mi pewność finansową i zawodową

Czytaj dalej
Fot. Waldemar Wylegalski
Marek Zaradniak

Zbigniew Górny: Piosenka biesiadna dała mi pewność finansową i zawodową

Marek Zaradniak

Ze Zbigniewem Górnym, dyrygentem i kompozytorem rozmawiamy o Galach Piosenki Biesiadnej.

W piątek i sobotę zaprezentuje pan w Poznaniu „Ostatnią taką Biesiadę”. Czy naprawdę ma być ostatnia?
Myślę, że 25 lat wystarczy. Skończyłem w tym roku 70 lat. Wystarczy wygłupiania się. Uważam, że jest jakiś kres, aby nie nabawić się śmieszności. Można być zabawnym, ale gdy jest się śmiesznym, to już nie dobrze. Mam 70 lat. Od 50 lat jestem na scenie. W tym 25 lat z Biesiadą. To wystarczy.

Razem to... 145 lat.
A w sumie pewnie ze 150 będzie... Ludzie mnie pamiętają i jest jeszcze grupa, która lubi się w sposób „biesiadowy” bawić. Myślę jednak, że na Poznań, gdzie w ostatnich latach pięć razy Biesiady się odbyły, to już wystarczy. Liczę, że znajdę słuchaczy na coś bardziej wyszukanego. Zrobię swój jubileusz i wtedy będę mógł zagrać trochę inną muzykę. To, co mi w duszy gra, to, co szanuję. Chciałbym też pomóc młodym. To będzie moje nowe otwarcie na życie.

A więc to jeszcze nie koniec?
Zupełny koniec nie, bo muzykiem jest się do końca życia. Będę sobie siedział w domu , kombinował i wymyślał różne rzeczy. Leży jeszcze około 17 kartonów niezrealizowanych pomysłów, więc, w razie czego, mogę po nie sięgnąć. Ale naprawdę moje aktualne hasło brzmi: Leżę sobie pod gruszą i chcę mieć święty spokój.

Biesiada ma 25 lat. Jak się zaczęła?
Biesiada wzięła się ze wstydu. Kiedy Krzysztof Jaślar zorganizował tak zwaną „Galę Piosenki Chodnikowej” w Warszawie, ja się na to bardzo obruszyłem, bo mnie kawałki takie jak „Majteczki w kropeczki” czy „Mydełko fa” mierziły. Ja grałem wtedy muzykę amerykańską. Pomyślałem, że jeśli Krzysztof robi coś takiego, to trzeba zrobić coś, co my mamy w duszach, co Polacy śpiewają. Pamiętam czasy, gdy jeździliśmy z Teyem i wieczorem przy gitarkach śpiewaliśmy „Czarne oczy” czy „Sen o Poznaniu”. Pamiętam, jak do mnie do domu przychodzili różni wujkowie i ciotki i przy fortepianie czy akordeonie odbywały się wspólne śpiewy. Na tych piosenkach się wychowałem i miałem je w sobie. Uważałem, że gdyby dać im specjalny sznyt i gdyby je śpiewali wykonawcy z dobrymi nazwiskami, to można by z tego coś zrobić. Gdy Ryszard Rynkowski zaśpiewał „Gdybym miał gitarę”, to miało to swój smaczek. Gdy Affabre Concinui zaśpiewało artystycznie kawałki o ułanach, „O mój rozmarynie”, miało to inną jakość. A gdy Boguś Mec zaśpiewał „Mariannę”, słychać było, że to jakby specjalnie dla niego napisany utwór...

Chodziło o to, aby pokazać, że te nasze piosenki, które zwykło się śpiewać pod stołem, gdy już ktoś umierał z przepicia, są piękne i potrafią wzruszać. Te „Chachary”, „Sokoły”, które śpiewało się pełnym głosem, przeniosły się na scenę i na widownię, która oszalała. Nagle okazało się, że wszyscy wszystko znają i potrafią się przy tym świetnie bawić. Pamiętam, jak Akademicki Klub Seniora reagował na Biesiadę w Auli UAM i poszły węże na scenę. To były zupełnie nieprzewidziane reakcje, które potem stanowiły wzorzec dla publiczności w całej Polsce, i nie tylko. Ludzie bawili się na wzór tego, co zobaczyli w telewizji. Sukces piosenki biesiadnej polega właśnie na tym, że z żartu, trochę z przekory, jak mówię ze wstydu, nagle stała się czymś bardzo ważnym dla ludzi, którzy na te koncerty chodzą i dla mnie. 25 lat to prawie 500 koncertów. To już jest coś, co pewnie w kulturze zostanie. A telewizja przez kolejne 10 lat będzie powtarzała te kawałki, pokazując, jak się kiedyś fajnie bawiliśmy.

Ile było różnych Biesiad? Była Gala Piosenki Biesiadnej. Były „Poprawiny”...
Potem były „Biesiada bez granic” i Gala Piosenki Familijnej adresowana do rodzin, z której jestem najbardziej zadowolony, bo udało mi się zaprezentować piosenki, które dzieci śpiewają w przedszkolach. Jeszcze czasami dzwonią do mnie mamusie, które się na tych piosenkach wychowały, aby je dzieciom przypomnieć. Ja już tych płyt prawie nie mam. Ostatnie egzemplarze będę sprzedawał podczas koncertów w Arenie. Nie wiem nawet, ile do tej pory sprzedano tych płyt, ale myślę, że około 200 - 300 tysięcy.

Pirat na tym też zarobił?
Tak. W Stanach Zjednoczonych wyszły płyty, o których ja nie mam pojęcia, jak płyta DVD z Galą Wodeckiego, którą zrobiłem tu w Poznaniu, a którą w Polsce trudno gdziekolwiek zobaczyć, bo była tylko dwa, trzy razy powtarzana. Tam można ją normalnie kupić na DVD i oglądać.

W dalszej części rozmowy przeczytasz o biesiadnych anegdotach i planach na przyszłość Zbigniewa Górnego.

Pozostało jeszcze 64% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Marek Zaradniak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.