Zygmunt poszedł na wojnę z proboszczem

Czytaj dalej
Fot. Helena Wysocka
Helena Wysocka

Zygmunt poszedł na wojnę z proboszczem

Helena Wysocka

Księdzu i jego gospodyni w modlitwach przeszkadzają moje auta - denerwuje się Zygmunt Matulewicz z Gib. - Co o tym sądzę? Duchowny niech zajmie się wiarą, a gosposia - garami.

Skargę na duchownego, który - jak mówi przedsiębiorca - zamiast ludzi jednoczyć to podsyca nienawiść napisał do Kurii Ełckiej. Ta obiecała, że wyjaśni sprawę. Ale zastrzegła, że jeśli zarzuty pod adresem proboszcza nie potwierdzą się to za zniesławienie pozwie Matulewicza do sądu. - Proszę bardzo, nie boję się, bo prawda zawsze się obroni - dodaje rozmówca. - To ja jestem poszkodowany w tym sporze. Choć kościół mam pod nosem, przestałem w nim się modlić. Jeżdżę do innych parafii.

Proboszcz też zaczął omijać sąsiada wielkim łukiem. W tym roku nie zaszedł do niego po kolędzie.

- Gniewam się? Nie - zapewnia duchowny. - To on głowę odwraca, choć wie, że robi bardzo źle. A do tego wypisuje bzdury i mnie oczernia. Tak się nie robi.

Dodaje, że nie występuje wyłącznie w swoim imieniu, ale też właścicieli okolicznych posesji, którzy mają dość życia w ciągłym hałasie.

Zygmunt Matulewicz mieszka w Gibach. Ponad 30 lat temu, w centrum wsi, przy stadionie i obok kościoła kupił ponad hektarowy nieużytek, który uporządkował i wybudował na nim dom.

- Od początku prowadzę własną firmę - opowiada. - To działalność usługowa, głównie transportowa.

Mówi, że przez ćwierć wieku jeździł po świecie. A gdy życie w delegacjach zbrzydło, zaczął działać na miejscu. Najpierw do samochodów dokupił rębak i z drewna robił wióry. Ale ta działalność utrudniała życie sąsiadom. Przeniósł więc urządzenie za wieś, daleko od zabudowań. A przy domu parkuje ciężarowe samochody.

- Z parafialnego szamba, na moją posesję wylewają się ścieki - narzeka Zygmunt Matulewicz. - To dopiero cuchnie!

- Kierowcy wyjeżdżają rano w trasę i wieczorem wracają - precyzuje. - Sporadycznie, może raz w miesiącu coś tam przeładują. I to jest ta cała uciążliwość.

Matulewicz „przeżył” już trzech proboszczów i z żadnym nie miał zatargu. Bo, jak mówią gibianie, jest i pobożny, i skory do pomocy. Gdy coś trzeba do kościoła, nie trzeba go dwa razy prosić.

- Dużo rzeczy ufundował do świątyni- opowiada starsza kobieta, która nie chce podawać nazwiska. - Gdy coś trzeba, nigdy nie odmówił.

Przedsiębiorca na ten temat rozmawiać nie chce.

- Jak się daje, to się nie wypomina - kwituje pytania.

Wytrzymałość proboszcza

Dziewięć lat temu do parafii w Gibach trafił ks. Jacek Brzóska. To postać znana w regionie. Choćby z tego, że gdy był proboszczem w podaugustowskiej Kolnicy to w świątyni trzymał siano dla swoich koni. Parafianie oburzali się, że z kościoła robi stajnię. Ale problem został szybko rozwiązany. Gospodyni wybudowała bowiem dom w pobliskiej Komaszówce, zabrała ze sobą i księdza, i rumaki. Po kilku latach proboszcz znowu pojawił się na pierwszych stronach gazet. Tym razem za sprawą helikoptera, otrzymanego w prezencie od gosposi. Ta tłumaczyła nam wówczas, że ksiądz zawsze marzył o lataniu, a marzenia trzeba spełniać.

- Chciałam kupić samochód strażacki dla OSP, ale jak zobaczyłam ten śmigłowiec, to nie mogłam zrezygnować z takiej okazji - opowiadała.

Sprzęt nie służył długo, bo ani ksiądz, ani jego gosposia nie mieli uprawnień pilota. W Kolnicy twierdzą, że ostatecznie helikopetr został pocięty na kawałki i wywieziony pod osłoną nocy.

W Gibach, przez kilka lat ksiądz Brzóska wręcz przyjaźnił się z Matulewiczem. Podobno niemal codziennie bywał, nie raz z gosposią, u swoich sąsiadów. Gościli się też wzajemnie podczas imienin, czy innych uroczystości, choćby 20-lecia kapłaństwa, które świętował. We wsi opowiadają, że duchowny nazywał swojego sąsiada „braciszkiem” i wychwalał go pod niebiosy.

Matulewiczowie w tej sprawie rozmawiać nie chcą.

- Chcemy żyć w zgodzie ze wszystkimi - mówi pani Elżbieta. - A zwłaszcza z sąsiadami.

Co takiego wydarzyło się trzy lata temu, trudno zgadnąć. Fakt, że ksiądz zupełnie zmienił nastawienie do Matulewiczów. Zaczęło mu przeszkadzać to, co dzieje się na działce przedsiębiorcy. Narzeka, że jest zbyt głośno. A gospodyni podobno miała się wyrazić, że od tego hałasu trzęsie się kościelna wieża.

- Nic się nie stało. Po prostu wytrzymałość ludzka ma swoje granice - twierdzi proboszcz.

Mieszkańcom plebanii i radzie parafialnej zaczęła cuchnąć składowana na posesji biomasa, czyli drewniane wióry. Posypały się skargi do różnych instytucji, a na przedsiębiorcę spadł grad kontroli.


- Miałem kilkadziesiąt różnych inspekcji - twierdzi rozmówca. - Zamiast pracować, tłumaczyłem się przed urzędnikami, którzy nie stwierdzili żadnych uchybień. Bo prawda jest taka, że to nie moje zrębki cuchną, tylko ścieki z domu parafialnego, które przelewają się na moją działkę.

Przedsiębiorca dopatrzył się też, że część ogrodzenia świątyni stoi na jego działce.

- Przed laty Kościół zajął mi około dwóch arów ziemi - precyzuje. - To niewiele, ale skoro czepiamy się szczegółów, to dlaczego miałbym rezygnować ze swojej ziemi. Nikt mi jej za darmo nie dał.

Gosposia do kuchni!

Jesienią minionego roku Matulewicz napisał do Kurii Ełckiej list, w którym zażądał wydania gruntu. A przy okazji dorzucił, że podejmowane przez duchownego działania zaprzeczają zasadom wiary chrześcijańskiej, która opiera się na poszanowaniu bliźniego. Poza tym, ks. Jacek Brzóska „wykorzystuje kościół do walki z wiernym”. Bo w skargach kierowanych do instytucji podnosi, że działalność przedsiębiorcy utrudnia mu sprawowanie kultu religijnego. „Nie potrafię zrozumieć, jak osoba duchowna daje się wciągać w prywatne intrygi (...). Dziwi też fakt, że gospodyni w tej rozgrywce jest głównym motorem napędzającym do kampanii nienawiści przeciwko nam. Ta pani powinna zajmować się kuchnią, a nie kierowaniem radą parafialną i księdzem”... - czytamy w piśmie do biskupa.

Ks. Marcin Maczan, kanclerz Kurii Ełckiej zareagował natychmiast. Odpisał, że będzie sprawę wyjaśniał wnikliwie. I wciąż to czyni. Tymczasem proboszcz gibiańskiej parafii zaczął coraz bardziej atakować przedsiębiorcę. W końcu minionego roku, podczas posiedzenia rady gminy stwierdził, że w działalność Matulewicza „wkrada się bandytyzm”.

A gdy jedna z radnych stanęła w obronie przedsiębiorcy mówiąc, że trzeba szanować takich jak on, czyli płacących duże podatki, bo w gminie jest ich jak na lekarstwo, rozzłościł się jeszcze bardziej.

- Chcę żyć normalnie, a nie jak pies! - denerwował się domagając się od wójta zrobienia porządku, czyli zmuszenia sąsiada do zaniechania dalszej działalności. - Niech idzie tam, gdzie nikt nie mieszka. Chce pracować, niech pracuje, ale nie kosztem innych.

Matulewicz ironizuje, że idąc tym tokiem myślenia trzeba byłoby zlikwidować we wsi wszystkie usługi, a nawet sklepy. Poza tym, wstrzymać ruch na drodze krajowej, która przebiega obok świątyni.

- Dochodzący z niej hałas jest znacznie bardziej uciążliwy, niż moja działalność - ocenia.

Urzędnicy umywają ręce

Kilka dni temu na podwórku Zygmunta Matulewicza znowu pojawili się inspektorzy Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Sprawdzali, czy przedsiębiorca nie narusza przepisów.

- Na posesji znajdowało się kilka aut ciężarowych - informuje Wiesława Blusiewicz, kierownik suwalskiej delegatury WIOŚ. - Ale były zaparkowane na utwardzonym placu. Nie stwierdziliśmy, by cokolwiek z nich wyciekało. Nie zagrażały więc środowisku. Na tym nasza rola się kończy, ponieważ nikomu nie możemy zabronić wjazdu na swoją posesję.

Co dalej? Podczas ostatniej sesji, wójt poinformował radnych, że ta sprawa przekracza jego kompetencje. Ale liczy na interwencję starosty. Ten natomiast twierdzi, że to gmina powinna podjąć działania. - Nie mogę nic z tym zrobić - zapewnia Piotr Alszko.

Ksiądz Brzóska uważa, że urzędnicy odbijają pałeczkę jeden od drugiego, a ludzie cierpią. - Mnie ta sprawa dotyczy mniej, bo za rok, czy dwa biskup może przenieść do innej parafii - dodaje. - Ale co mają powiedzieć ludzie, którzy wybudowali domy i nie mają dokąd pójść? W imię czego cierpią?

Zygmunt Matulewicz nie widzi powodu do narzekań. Poza tym, uważa, że jeśli coś jest nie tak to należy usiąść i problem rozwiązać, a nie donosić, oczerniać i jątrzyć. Tym bardziej, że jeśli zlikwiduje działalność to 17 rodzin pozostanie bez środków do życia. - Kto da im chleb, ksiądz? - pyta przedsiębiorca. - Uważam, że postępuje źle. A jego „Michałowa” jeszcze gorzej.

Helena Wysocka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.