Jak katolik pokochał prawosławną Hajnówkę

Czytaj dalej
Fot. Archiwum rodzinne
Andrzej Zdanowicz

Jak katolik pokochał prawosławną Hajnówkę

Andrzej Zdanowicz

Najpierw zakochałem się w hajnowiance, a później w Hajnówce i całym Podlasiu - mówi Jerzy Sirak, który zostawił rodzinne Mazury, by wraz z żoną zamieszkać na skraju Puszczy Białowieskiej.

Mówi się, że w Hajnówce Białorusini nie dopuszczają Polaków do władzy. Tymczasem ja jestem najlepszym przykładem na to, że dopuszczają! - mówi z przekąsem Jerzy Sirak, wieloletni burmistrz Hajnówki. - Nie jestem prawosławnym Białorusinem, a katolikiem wychowanym w tradycyjnej, polskiej rodzinie. Gdy pierwszy raz przyjechałem do Hajnówki, w ogóle nie znałem prawosławia, a ludzi mówiących lokalną gwarą nawet nie rozumiałem. A teraz cieszę się ich zaufaniem.

Sirak stał się na tyle „swój”, że niektóre skrajnie prawicowe media okrzyknęły go... prawosławnym burmistrzem.

- Nawet nie chce mi się tego prostować - śmieje się. - Przyjmuję to z humorem.

Nie rozumiał języka

Jego matka była góralką z okolic Nowego Targu, ojciec pochodził z Gorlic. Po ślubie osiedli na Mazurach i tam urodził się Jerzy. Na Podlasie, a konkretnie do jego stolicy - Białegostoku, trafił na studia. Ale to nie studia związały go z tym regionem...

- Najpierw zakochałem się w hajnowiance, a później w Hajnówce i całym Podlasiu - zdradza. - Żonę poznałem na uniwersytecie, w Białymstoku. Studiowaliśmy na tym samym wydziale. To za nią pojechałem do Hajnówki. Parę tygodni po obronie pracy magisterskiej zacząłem pracę w hajnowskim banku.

Pierwszy kontakt z tym prawosławnym miastem był dla niego szokiem. Gdy przyjechał tu pod koniec lat 70., w Hajnówce niemal wszyscy mówili lokalną gwarą - mieszanką białoruskiego, ukraińskiego i polskiego. Było ją słychać na ulicy i w urzędach.

- Nawet podczas pierwszych spotkań z przyszłymi teściami, oni mówili „po swojemu”, a ja po polsku - wspomina. - Znałem oczywiście rosyjski, ale to bardziej przeszkadzało niż pomagało. Z tutejszym językiem po prostu trzeba było się osłuchać. Początkowo wielu słów nie rozumiałem, dopytywałem o ich znaczenie. Ale z czasem oswoiłem się z tym językiem i - co więcej - zacząłem nim mówić.

Teraz posługuje się nim tak swobodnie, jakby znał go od dziecka.

Jak katolik pokochał prawosławną Hajnówkę
Archiwum Rodzinne

- Dziś niestety ta gwara zanika, coraz mniej osób używa jej na co dzień - przyznaje burmistrz. - Choć jeszcze czasem przychodzą do urzędu starsi ludzie, z którymi rozmawiam „po swojemu”. Dzięki temu, że słyszą swojską mowę czują się swobodniej, bezpieczniej.

Ale nie tylko z gwarą musiał oswoić się przybysz z Mazur. - Gdy tu przyjechałem, tknęło mnie zacofanie w rolnictwie i komunikacji, to, że wszystkie domy były drewniane - opowiada.

Sam pochodził z terenów dawnego zaboru pruskiego, gdzie nawet budynki gospodarcze były murowane.

- Gdy jeszcze podczas studiów przyjeżdżaliśmy do pracy w Białowieskim Parku Narodowym, zaskakiwało mnie, że do Białowieży można dojechać tylko bardzo powolną koleją. Autobusów w ogóle tu nie było! - wspomina. - A w tutejszym rolnictwie maszyny były bardzo podstawowe. Dziwiło mnie grabienie siana grabiami, czy sadzenie ziemniaków pod pług... U nas bowiem nawet niezamożni rolnicy używali do tego maszyn. Nie używaliśmy ani chomąta, ani tym bardziej „dugi” (drewniany element zaprzęgu konnego w kształcie łuku, używany na podlaskich wsiach - przyp. autor).

Mimo to Hajnówka i Podlasie podbiły jego serce.

- Najbardziej zachwyciła mnie tutejsza różnorodność, duchowość, kultura - przyznaje. - W moich rodzinnych stronach społeczeństwo było jednolite. Wszyscy tam uznawali się za mieszkańców Prus, więc gdy ktoś jechał do Szczuczyna mówiło się, że jedzie do Polski. Mieszkało u nas trochę ewangelików, których określano „Mazurami”. Dlatego początkowo byłem zdziwiony, gdy w Hajnówce o mnie mówiono Mazur. Z takiego, niemal w stu procentach katolickiego społeczeństwa, trafiłem do Hajnówki, gdzie większość mieszkańców była wyznania prawosławnego. Urzekło mnie to absolutnie.

Ślub wziął w cerkwi

Sirak wiary nie zmienił, ale ślub wziął w cerkwi. Tam też ochrzcili dzieci.

- Ślub w cerkwi w Dubinach wzięliśmy 23 lipca 1978 r. Była piękna pogoda - wspomina. - Cudowny prawosławny obrzęd dla mnie i mojej rodziny był czymś zadziwiającym, bo nigdy wcześniej takiego nie widzieliśmy.

Przyznaje, że nie cała jego rodzina cieszyła się z jego wyprowadzki na Podlasie i ślubu w cerkwi. Pojawiały się głosy, że jedzie na koniec świata, gdzie wrony zawracają, że to prawie za granicą, głucha puszcza...

- Ale musieli się pogodzić, że to moje życie. A z czasem się oswoili - mówi. - Dla mnie nie ma znaczenia czy ktoś jest Polakiem katolikiem, czy Polakiem prawosławnym, czy Białorusinem. Liczy się, by był dobrym człowiekiem. My z żoną i dziećmi chodzimy i do cerkwi, i do kościoła.

Zresztą, jego dorosłe już dzieci także założyły rodziny mieszane wyznaniowo.

- Pamiętam zabawną sytuację, gdy nasz syn był jeszcze mały - wspomina Sirak. - W przedszkolu wprowadzano religię i pani spytała, czy jest prawosławny, czy katolik”. Odpowiedział: prawosławny katolik.

To miejsce ma ducha

Sirak bardzo szybko zadomowił się w Hajnówce i został uznany za swego. Najpierw znalazł pracę w urzędzie, potem został sekretarzem miasta. W 1990 r., 10 lat po jego przeprowadzce, zaproponowano mu kandydowanie na burmistrza. Wtedy jeszcze burmistrza wybierała rada i po kilku głosowaniach go... nie wybrała. Został więc prezesem PSS Społem. Ale z samorządem związał się później na stałe - był sekretarzem miastem, radnym powiatowym, wicestarostą i w końcu został burmistrzem.

- Nawet jakbym nie pełnił już żadnych funkcji, nie wyobrażam sobie mieszkania gdziekolwiek indziej niż w Hajnówce - mówi. - To miejsce ma szczególną duchowość.

Ubolewa jednak nad tym, iż ostatnio w Hajnówce dochodzi do tarć między nacjonalizującymi narodowcami, a mniejszością białoruską. Przykładem tego są kontrowersje wokół marszu Żołnierzy Wyklętych z eksponowaną postacią Romualda Rajsa ps. Bury.

- Gdy przyjeżdżałem do Hajnówki, nie było takich konfliktów - przyznaje. - Pojawiły się całkiem niedawno. Ktoś widocznie chce skłócić nasze spokojne społeczeństwo. A ja naprawdę wolałbym się skupiać na kwestiach inwestycji, nowych miejsc pracy, czy zapewnieniu mieszkańcom usług komunalnych na odpowiednim poziomie, a nie na takich lokalnych konfliktach. No ale problemy są w każdej miejscowości.

Andrzej Zdanowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.