Kiedyś to było jego obejście. Teraz to więzienie

Czytaj dalej
Fot. Helena Wysocka
Helena Wysocka

Kiedyś to było jego obejście. Teraz to więzienie

Helena Wysocka

Właściciel domu chce wyrzucić dwoje starych, niedołężnych ludzi na bruk.

Spalił ich rzeczy, pozbawił opału, dziurawi ściany domu i ogrodził go sznurkiem. - Powiedział, że jak przejdę pod nim to łeb mi spadnie - żali się Kazimierz Kazimierski z Kamionki Starej. - Chce nas wykurzyć, a budynki zrównać z ziemią. Nie wiem, jak tu dożyć śmierci?

Na ziemi pracował od dziecka. Najpierw z rodzicami, a później na swoim, bo przejął ojcowiznę. Prawie 18 hektarów ziemi, budynki i zwierzęta.

- Dobrze nam się wiodło - wspomina Kazimierski. - Nigdy nie wyciągaliśmy ręki po pomoc.

Wychował dwoje dzieci i opiekuje się chorą siostrą. Pięć lat temu podupadł na zdrowiu, więc zdecydował, że majątek przekaże synowi. Mówi, że jeszcze wtedy chyba czuwał nad nim Bóg , bo w akcie notarialnym zastrzegł, że do śmierci ma prawo zajmować jeden pokój, a także korzystać z kuchni oraz łazienki.

- Przez trzy lata żyliśmy normalnie - twierdzi pan Kazimierz. - Pomagałem synowi w obejściu. A później nie wiem, co się stało?

Któregoś dnia do drzwi domu zapukał pochodzący z tej samej gminy Jarosław M. i stwierdził, że gospodarstwo jest jego. Kupił je za 200 tysięcy złotych.

- Myślałem, że dostanę zawału - wspomina. - Syn zaklinał się, że niczego nie sprzedawał. Przysięgał, że został oszukany. W jaki sposób, nie wiem. Uczony nie jestem, prawa nie rozumiem.

Nowy właściciel zaczął robić w Kamionce Starej porządki. Chyba najbardziej zależało mu na tym, aby wykurzyć „lokatorów”. Do domu przywiózł więc sześciu mężczyzn. Kazimierski mówi, że to co się działo przechodzi ludzkie pojęcie. Goście biesiadowali od rana do wieczora. Pili, ćpali i włóczyli się po kątach.

- Siostra bała się wstawać z łóżka - twierdzi pan Kazimierz. - Któregoś dnia wezwałem policjantów. Ci kazali wynosić się tym pijakom.

Ale to nie oznacza, że wróciła sielanka. W majątku Kazimierskich działo się coś złego, bo nagle zaczęły się palić budynki gospodarskie. Najpierw stodoła, a później chlew. A kilka dni temu Jarosław M. zabrał się za maszyny byłych właścicieli i drewno. Wywiózł je z posesji.

- Nie mam czym napalić w piecu - skarży się pan Kazimierz. - Jak sąsiedzi podrzucą worek drewna to dobrze. A jak nie, siedzimy w zimnie.

Mało tego, nowy gospodarz ostrzelał dom petardami. Efekt? W ścianie pełno jest dziur. Próbował wykuć okno w kuchni, rozkuć drzwi wejściowe i ogrodził budynek sznurkiem. Poza nim, nikt nie ma prawa przebywać.

Rzeczywiście, sytuacja jest dramatyczna. Poinformowaliśmy tę rodzinę, gdzie może uzyskać pomoc psychologiczną oraz prawną.

Wiesława Kurzynowska, kierownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Bakałarzewie

Próbowaliśmy skontaktować się z Jarosławem M. Dotarliśmy do jego ojca, ale ten stwierdził, że nie ma do syna telefonu i nie wie, gdzie on mieszka. - Chyba wyjechał za granicę - stwierdził. - Zresztą, co pani do tego. On działa zgodnie z prawem.

Helena Wysocka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.