Na nodze, której nie ma, paznokcie maluje na czerwono

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne / Facebook
Ewa Bochenko

Na nodze, której nie ma, paznokcie maluje na czerwono

Ewa Bochenko

Jutro, czyli 4 sierpnia, miną dokładnie 23 lata od najtragiczniejszego dnia w życiu 25-letniej dziś Anny Omielan z Suchowoli. Jako dwuletnia dziewczynka straciła w strasznym wypadku lewą nogę.

Mama Ani, Halina Omielan, nie chce wspominać tamtych wydarzeń. Nigdy nie mówi o tym tragicznym, sierpniowym wieczorze. Nam zgodziła się opowiedzieć o swojej traumie. Chce pomóc córce zebrać pieniądze na nową protezę. Jednak zanim zacznie swoją opowieść, szuka zapasu chusteczek. Bo na samo wspomnienie tragedii sprzed 23 lat, nie może powstrzymać łez. Wciąż zarówno ona, jak i jej mąż, obwiniają się, że doszło do tego wypadku. Nie ma dnia, by nie myśleli, jak wyglądałoby życie ich córki, gdyby można było cofnąć czas do tego sierpniowego wieczoru.

To był poniedziałek. Mama Ani wydoiła krowy i wraz z dziećmi wróciła do domu. Ania miała wtedy 2 latka i 3 miesiące, jej brat i siostra byli nieco starsi. Kiedy tylko zamknęli za sobą drzwi, do domu wpadł ojciec Ani i poprosił, by żona przyszła pomóc w polu. Akurat na sąsiedniej posesji kuzyn snopowiązałką kosił zboże, ale coś nie szło, więc ojciec Ani chciał, by żona przyszła odrzucać snopki. Pani Halina miała jeszcze trochę pracy w swoim gospodarstwie, a i z dziećmi nie było co zrobić, ale - żeby nie kłócić się z mężem - w końcu zabrała pociechy i poszła.

Słońce mocno raziło w oczy, niewiele było widać. Kobieta zostawiła maluchy na miedzy i poszła pomagać w polu. Dzieci miały nie ruszać się z miejsca...

Snopowiązałka ruszyła, przejechała zaledwie 30 metrów i... coś ją zatrzymało. Pani Halina dokładnie pamięta ten moment: - Pomyślałam, że to jakiś pech, że ostatni kawałek zboża coś zatkał i się popsuło. Odwróciłam się i zobaczyłam, że przed maszyną stoi Ania...

Od razu wiedziała, że stało się coś złego. Doskoczyła do córki.

- Zobaczyłam, że próbuje tak jakby stać na jednej nodze i nie da rady. I wtedy zauważyłam, że jej lewa nóżka wisi na jednej skóreczce - płacze kobieta.

Matka wpadła w histerię, choć córka, o dziwo, prawie nie płakała. Ojciec dziewczynki był równie przerażony, ale czuł, że ktoś musi zachować zimną krew.

- Wtedy nie było telefonów w każdym domu, więc pobiegłem po sąsiadach szukać aparatu, by wezwać pogotowie - wspomina mężczyzna. - Potem założyłem na nóżkę Ani prowizoryczny opatrunek, by zatamować krwawienie.

Rodzice Ani mieli jeszcze nadzieję, że lekarze przyszyją odciętą kończynę. I że wszystko będzie dobrze.

- Do dziś nie wiemy, jak to się stało - mówią. - Ania była malutka, zboże wysokie. Musiała wykorzystać moment nieuwagi dorosłych i wejść na pole. Traktorzysta nie zauważył, że znalazła się na torze maszyny.

Szczęście w nieszczęściu, że snopowiązałka zahaczyła ją tylko o jedną nogę, tuż nad kostką. Bo lekarze nie mieli wątpliwości, że gdyby noże maszyny podcięły jej obie nogi, mała wykrwawiłaby się przed przyjazdem pogotowia.

Tego dnia był straszny upał. Odcięta kończyna szybko zaczęła martwieć. Kiedy dziewczynka dotarła do białostockiego szpitala, medycy nie pozostawiali złudzeń, że nogę uda się przyszyć. I zdecydowali, że Anię należy przetransportować do specjalistycznego szpitala w Trzebnicy. Jednak nim został ściągnięty helikopter, minęło wiele godzin. W Trzebnicy dwulatkę z Suchowoli przyjęto już grubo po północy. Lekarze robili, co mogli, ale w końcu zdecydowali o amputacji. Rana była poszarpana i od wypadku minęło zbyt dużo czasu, by uratować nogę.

Operacja trwała wiele godzin i zakończyła się ucięciem nogi w połowie łydki.

Proteza

- Kiedy wróciliśmy z Anią do białostockiego szpitala, całymi dniami nosiłam ją na rękach, a ona wciąż powtarzała, że chce już sama chodzić - wspomina pani Halina. - Ja jej mówiłam: „no przecież chodzimy“. A ona odpowiadała, że chce na swoich nóżkach, bo już przecież umie. Serce mi wtedy pękało.

Dziewczynka szybko zaakceptowała protezę i od razu po jej założeniu zaczęła się poruszać. W październiku wróciła do domu. Nauczyła się funkcjonować z drewnianą nogą. Na inną rodziców nie było stać. Starali się, by Ania wiodła w miarę normalne życie. Nie skakali więc nad nią jak nad przysłowiowym jajkiem. Chcieli, by żyła jak jej rówieśnicy. Zdarzało im się nawet ją ukarać, gdy nie wypełniła swoich domowych obowiązków.

Kuternoga

Dopiero kiedy poszła do szkoły, odczuła, jak bardzo różni się od rówieśników. Okrucieństwa dzieci doświadczała na każdym kroku. „Kuternoga“ - to było najdelikatniejsze z określeń, jakie padały w jej kierunku.

Ania przyznaje, że nie miała łatwego dzieciństwa. Rodzina utrzymywała się z niedużego gospodarstwa, a rehabilitacja pochłaniała ogromne pieniądze. Jej mama więc, kiedy tylko mogła, wyjeżdżała za granicę, żeby trochę dorobić.

Kiedy Ania była w czwartej, może w piątej klasie, coś jakby w niej pękło. A mama akurat była na wyjeździe „za chlebem“.

- Zadzwonił do mnie mąż i opowiedział, że skontaktowała się z nim matka jednej z koleżanek Ani. I że była oburzona, bo nasza córka niby jej strasznie naubliżała. Mąż, nie wnikając w szczegóły, zdenerwował się i kazał Ani przeprosić tamtą dziewczynę przy całej klasie - opowiada pani Halina. Jednak serce matki jej podpowiadało, że coś w tej historii nie gra. Co prawda nigdy nie uważała, że jej dzieci są zawsze niewinne, ale tym razem nie mogła w tę opowieść uwierzyć. Zaczęła więc drążyć temat i okazało się, że, faktycznie, Ania nazwała rówieśniczkę małpą, ale nie bez powodu.

- To była moja koleżanka z ławki i ja naprawdę bardzo długo i cierpliwie znosiłam, gdy przezywała mnie w niewyszukany sposób - opowiada Ania. - Ale w końcu nie wytrzymałam i powiedziałam jej to, co powiedziałam. Do dziś pamiętam, jak stojąc na środku klasy ją przepraszałam, właściwie za niewinność.

Mama Ani pamięta, że córka bardzo często wracała ze szkoły z płaczem. Czuła się bezradna, więc siadały i płakały obie.

Basen

Odskocznią od tych wszystkich nieszczęść okazała się woda.

- Zrządzeniem losu był telefon od Piotra Daszuty, ówczesnego trenera sekcji pływania z Podlaskiego Stowarzyszenia Sportowego Osób Niepełnosprawnych „Start” Białystok - wspomina ojciec Ani, Jarosław Omielan. - Zadzwonił kilka miesięcy po wypadku Ani i uświadomił mi, jak duże znaczenie dla zdrowia mojej córki będzie miała rehabilitacja i jak pomocne w niej może okazać się pływanie. Dał mi rok na przemyślenie swojej propozycji.

Ojciec Ani zdawał sobie sprawę, że po amputacji stan zdrowia córki będzie się pogarszał, że może pojawić się zanik mięśni, problemy z kręgosłupem. Oboje z żoną od początku czuli, że basen to dla ich dziecka wielka szansa.

- I mimo, że mieszkaliśmy ponad pięćdziesiąt kilometrów od Białegostoku, postanowiłem, że muszę to zrobić dla córki, że będę ją woził do sekcji pływackiej na białostocki basen - opowiada tata.

Początki były koszmarne. Przez pierwszych dziesięć zajęć dziewczynka ani razu nie weszła do wody. Miała cztery latka, była wystraszona obcym miastem, obcymi ludźmi. W końcu pracownicy basenu zaproponowali ojcu, by razem z córką uczestniczył w zajęciach. I to był strzał w dziesiątkę. Mała zaakceptowała głęboką wodę.

Potem już przez lata córka razem z ojcem zrywali się o świcie, nawet o godzinie trzeciej nad ranem, by zdążyć na basen do Białegostoku. Kiedy kończył się trening, szybko wracali do Suchowoli, bo przecież Ania musiała iść do szkoły. Ale dziewczynka nigdy nie grymasiła. Kiedy tato ją budził, po prostu wstawała i ubierała się, jak w wojsku. Czasami tylko dosypiała po drodze w samochodzie. I tak jeździli tam i z powrotem przez kilka lat. Najpierw w każdą sobotę, potem już codziennie.

Czasami zdarzało się, że Ania nie dała rady iść do szkoły. Ale nie z powodu zmęczenia, tylko dlatego, że jej nóżka była poraniona do krwi. Od protezy. Rodziców bowiem nie było stać na nowoczesny model. Wtedy tato Ani brał córkę na plecy i „na barana” niósł ją do szkoły.

Kiedy dziewczyna skończyła suchowolską podstawówkę, zaczęła naukę w białostockim gimnazjum. Musiała przeprowadzić się do stolicy woj. podlaskiego i zamieszkać w internacie. Dzięki temu była bliżej basenu i innych form rehabilitacji. Choć nie ukrywa, że bywało jej ciężko. Miała zaledwie 13 lat, a już musiała sama radzić sobie w obcym mieście, daleko od domu. Jednak dzięki temu z dnia na dzień stawała się silniejsza psychicznie. Bo poznawała, m.in. na basenie, inne niepełnosprawne dzieci i widziała, że sobie radzą z wszystkimi trudnościami.

- Poza tym uczniowie z mojej gimnazjalnej klasy byli przygotowani na to, że nie mam nogi i nikt mi w tej szkole nie dokuczał. Zostałam dobrze przyjęta - podkreśla Anna.

Pełna siły i wiary we własne możliwości zaczęła startować w kolejnych pływackich mistrzostwach i szybko przyszły pierwsze medale. Na początku w Polsce, potem poza jej granicami. Międzynarodową karierę zaczęła w 2007 roku, zdobywając złoty medal na Mistrzostwach Świata juniorów w Tajpej. Kiedy miała zaledwie 15 lat, pojechała na igrzyska paraolimpijskie w Pekinie. To był 2008 rok, a ona była najmłodszą reprezentantką Polski na paraolimpiadzie.

- Ale medalu stamtąd nie przywiozłam - zaznacza. - Bo przed samym startem poruszyłam się na słupku... Byłam załamana - przyznaje. - Na szczęście tato mnie przekonał, że w życiu nie można się tak łatwo poddawać.

Rok później Anna zdobyła drugie miejsce na Mistrzostwach Europy w Reykjavíku, w 2010 roku - VI miejsce na Mistrzostwach Świata w Eindhoven, a w 2012 roku z Otwartych Mistrzostw Grecji przywiozła aż trzy złote medale. W 2013 roku zdobyła wicemistrzostwo Polski, wielokrotnie przywoziła medale z Mistrzostw Europy. Była też stypendystką programu Renault Handisport Team. To był projekt koncernu Renault, ukierunkowany na wsparcie niepełnosprawnych sportowców podczas igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro w 2016 r. Niestety, Ania nie mogła wziąć w nich udziału, bo miała reamputację nogi.

Jednak dzięki temu stypendium miała - przez 3 lata - łatwiejsze życie, bo koncern wypożyczył jej samochód. Ania śmieje się, że byli i tacy, którzy twierdzili, że ten samochód dostała w prezencie za swoje starty i medale.

- Jeśli ktoś myśli, że na swoich wygranych dorobiłam się fortuny, to bardzo się myli - wyznaje dziewczyna. - Nagrody dla parasportowców są o wiele niższe niż, te które otrzymują sportowcy pełnosprawni.

I podkreśla, że dziś już nie czuje się niepełnoprawna. I bardzo nie lubi, gdy ktoś tak o niej mówi.

- Bo przecież mogę robić wszystko, tyle, że wymaga to ode mnie więcej sił i cierpliwości - przekonuje samą siebie.

Jej pogoda ducha jest zaraźliwa. Bo Anka śmieje się właściwie non stop. Aż trudno uwierzyć, że w skrytości ducha bardzo cierpi. Bo odparzenia na jej nodze, w miejscu mocowania najtańszej protezy są tak bolesne, że nieraz nie może powstrzymać łez. Stara się tylko pamiętać, by nie płakać przy mamie. Bo jak jej się zaszklą oczy, to i mama zaraz zalewa się łzami.

Anka, tak jak i wielu jej rówieśników, pracuje. Jest baristką w jednej z białostockich kawiarni. Ale przyznaje, że czasami po dwunastu godzinach stania w pracy, przez kolejne dwa dni nie jest w stanie w ogóle chodzić. Tak bolą ją rany, które tworzą się przez niewygodną protezę. Mimo to stara się żyć jak inni. I nie ubolewać, że nigdy nigdzie nie pobiegnie, nie włoży na protezę spodni, ani szpilek. Ale przyznaje, że marzy o zimowych butach. Takich prawdziwych, żeby nie przemakały. Bo na razie może nosić tylko bardzo płaskie, na cieniutkiej podeszwie. Innych na obecną protezę nie wciągnie. I między innymi dlatego właśnie zbiera na nową. Kosztuje ona 60 tys. zł. Przy zarobkach Ani to kwota nieosiągalna.

25-latka szukała innej pracy, takiej, która nie obciążałaby jej lewej nogi. Odbyła wiele rozmów kwalifikacyjnych, ale nigdzie nie została przyjęta, bo pracodawcy przyznawali się, że boją się, że dziewczyna zbyt często będzie korzystała ze zwolnień.

Szpilki

Kiedy rozmawiamy, Ania siedzi przy stole z nogą założoną na nogę. Paznokcie na stopach ma pomalowane na czerwono. Te na protezie również. Maluje je od zawsze. To taki jej mały rytuał. Chociaż przecież stopa z protezą zwykle schowana jest w bucie.

- No i mam kłopot z tymi butami - przyznaje dziewczyna. - Marzę, by - tak jak inne kobiety - pójść do sklepu i wybrać sobie takie buciki, jakie mi się spodobają.

A teraz mało które może nosić. Bo na sztywną, plastikową stopę protezy prawie żadne nie wchodzą.

Ania ma chłopaka. Kiedyś pewnie wezmą ślub.

- I gdybym tak mogła do tej ślubnej sukni założyć buciki na obcasiku - marzy 25-latka.

Do spełnienia marzenia o nowej protezie Annie brakuje 40 tys. zł. Możemy jej pomóc spełnić to marzenie, wpłacając pieniądze do banku PKO BP, na nr konta: 49 1020 1332 0000 1902 0326 4959 , z dopiskiem: „Proteza dla Ani”.

Zobaczyłam, że Ania próbuje tak jakby stać na jednej nodze i nie da rady. I dostrzegłam, że jej lewa nóżka wisi na jednej skóreczce

Ewa Bochenko

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.