Na Podlasiu jest najpiękniej. Tu nawet zieleń ma ładniejszy odcień

Czytaj dalej
Fot. Ewa Bochenko
Ewa Bochenko

Na Podlasiu jest najpiękniej. Tu nawet zieleń ma ładniejszy odcień

Ewa Bochenko

Marian Augustyniak z Dąbrowy Białostockiej uważa, że nasz region jest rajem na ziemi. A wie, co mówi, bo zanim zamieszkał na Podlasiu zwiedził całą Polskę. Ale dopiero tu znalazł swoje miejsce na ziemi. I kobietę swego życia. - Bo tu nawet panie są najładniejsze - przekonuje.

Tu zieleń ma żywszy kolor, skoszona trawa ma inny zapach, a unoszącą się latem w powietrzu woń siana można poczuć tylko tu. Byłem w wielu zakątkach Polski, więc wiem, co mówię. Nie ma piękniejszego miejsca niż Podlasie! - zaznacza z entuzjazmem Marian Augustyniak, senior z Dąbrowy Białostockiej, który w podlaskiej ziemi zakochał się ponad pół wieku temu. I nie wyobraża sobie życia gdzie indziej. Mówi, że u nas znalazł swoją ostoję. Według niego to właśnie na Podlasiu mieszkają najpiękniejsze kobiety. W końcu jedna z nich została jego żoną...

Na białostocczyznę przybył z południa Polski, ze Śląska. To człowiek orkiestra. W swoim życiu był m.in.: górnikiem, kierowcą, sklepikarzem, rolnikiem, pracował na kolei... Dziś jest społecznikiem i śpiewa w miejscowym chórze. Stoi na czele Powiatowego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów w Dąbrowie Białostockiej.

Nudzie powiedział: nie!

Kiedy czekam na umówione z nim spotkanie, od razu dostrzegam go wśród przechodniów. Kapelusz na głowie, elegancka marynarka pod płaszczem, gustowny szaliczek nonszalancko zarzucony na szyję. Swoim strojem nie przypomina miejscowych mężczyzn. Bardzo elegancki, starszy pan, zmierza pewnym krokiem w moją stronę. Już na początku naszej rozmowy zaznacza, że w Dąbrowie Białostockiej mieszka od ponad 50 lat. - A na ile lat ja wyglądam? - dopytuje z uśmiechem. Odpowiadam bez namysłu, że na góra 65 lat. I okazuje się, że pomyliłam się o ponad dekadę! Pan Marian urodził się w 1939 roku.

- Ale wszyscy myślą, że jestem młodszy niż wskazuje moja metryka. Nawet lekarze! - śmieje się. - Zresztą, sam czuję się jakbym był 60-latkiem. Siedzenie w fotelu przed telewizorem czy rozwiązywanie krzyżówek to nie dla mnie, bo ja lubię być w ruchu. Nudzie mówię: nie!

Dodaje też, że nie bez znaczenia dla jego młodego wyglądu jest też zapewne to, że od pół wieku oddycha najświeższym powietrzem w kraju.

Z widełkami szukał źródła

Kilka lat temu pan Marian odkrył w sobie... bioenergię. By to udowodnić prosi, żebym podała mu rękę. W swoją dłoń bierze kluczyki i umieszcza je nad moją, otwartą dłonią. Po kilku chwilach ciszy i intensywnego wpatrywania się w nie, wprawia je w ruch. A mnie w osłupienie. Widząc moje zdziwienie, wyjaśnia z uśmiechem, że te niezwykłe umiejętności wcale nie są takie niezwykłe. Każdy z nas może w prosty sposób sprawdzić, czy ma więcej energii niż inni.

- Ja od zawsze czułem, że mam w sobie to „coś“. Tak naprawdę jednak odkryłem to dopiero, gdy pojawiłem się na Podlasiu. Teść szukał żyły wodnej do wykopania studni, a ja wtedy przyglądałem się pracy różdżkarza - wspomina. - Chwilę po tym wpadła mi w rękę książka o bioenergii. Po lekturze sprawdziłem czy rzeczywiście mam ją w sobie. I w jednej z poddąbrowskich wsi postanowiłem - za pomocą drewnianych widełek - znaleźć źródło wody. I udało się! - opowiada.

Zaznacza, że ze swoich umiejętności nigdy nie czerpał korzyści. Żona mu nie pozwalała.

- Nie chciała, bym dzielił się swoją energią, by nie zabrakło jej dla mnie - śmieje się pan Marian. - A ja jej słuchałem, bo to przecież ona jest powodem, dla którego przeprowadziłem się do mojego raju - na Białostocczyznę.

Turystka została z nim na całe życie

Spotkał ją w Piotrkowie Trybunalskim. Była tam, turystycznie, z koleżankami, a on akurat miał postój autobusu, którego był kierowcą. Wypatrzył 3 ładne dziewczyny, a że odwagi nigdy mu nie brakowało, więc je zaczepił. Tak skutecznie, że dwie odjechały, a jedna została. Już na całe życie.

- Ale przecież nie od razu - śmieje się pan Marian. - Kilka miesięcy po tamtym zdarzeniu postanowiłem odwiedzić moją wybrankę. Czasy dla podróżników były ciężkie, trudno było o miejsce w autobusie i oczywiście dla mnie zabrakło. Udało mi się jednak za „drobną” opłatą przekonać kierowcę, by mnie zabrał.

Gdy wysiadł z autobusu w Sokółce, przez dłuższą chwilę miał wrażenie, że znalazł się już za... wschodnią granicą.

- Bo pytałem przechodniów o drogę i w ogóle nie mogłem zrozumieć, co mi odpowiadają - wspomina ze śmiechem.

Ty chalierny cyhanie, a skuda ty uział sie?

Kiedy w końcu dotarł do Dąbrowy Białostockiej, nie mógł znaleźć domu wybranki. Postanowił więc poszukać jakiegoś hotelu. I znowu się zdziwił, gdy zaskoczeni jego pytaniem przechodnie kierowali go do... sołtysa. Finalnie jednak udało mu się spotkać z ukochaną. I krótko po tym, jak pojął ją za żonę, osiadł w Dąbrowie.

- Tu jest wszystko czego potrzebuję: lasy, woda, bagna, niespotykana przyroda, raj na ziemi, grzybki i są rybki - śmieje się.

Dość szybko „złapał” naszą gwarę. Przekonuje, że nawet nauczył się nią władać. Na dowód tego przypomina z uśmiechem, jak mówiła do niego teściowa, gdy się z nią sprzeczał. Z charakterystycznym dla naszego regionu, idealnym akcentem: „Ty chalierny cyhanie, a skuda ty uział sie? Ty cyhańska patylico, a skuda ty prywałokł sie? Ty mnie doczku zmarnawał i majo zdarowie“ (Ty przeklęty cyganie, skąd się tu wziąłeś? Skąd się przywlekłeś cygański łbie? Zmarnowałeś moją córkę i zniszczyłeś mi zdrowie - przyp. red. ). Co jej odpowiadał, zdradzić już nie chce.

Marian Augustyniak zdradza, jak sprawdzić, czy mamy w sobie bioenergie: - Najprościej sprawdzić szukając żyły wodnej. Najpierw trzeba wyciąć drewniane widełki. Najlepiej użyć do tego wierzby, ale może być też drzewo wiśniowe. Gałązka powinna być dość gruba. Dwa jej rozgałęzienia trzeba mocno chwycić obiema rękoma. Należy chodzić spokojnie i powoli obserwując ruchy tego „sprzętu“ radiestezyjnego. Będąc na miejscu, w którym jest promieniowanie wodne, różdżka zostanie wprawiona w ruch. Tam gdzie jest źródło promieniowania, jej koniec skieruje się ku ziemi.

Życiem trzeba się cieszyć

W Dąbrowie przeżył większość swego życia. Mówi, że to jego miejsce na ziemi. Chociaż przyznaje, że nie zawsze było lekko.

- Tu jest bardzo ograniczony rynek pracy, ale ja jakoś sobie radziłem. I chyba nawet nieźle, bo czasami mogłem pozwolić sobie na wspieranie lokalnych inicjatyw - przypomina.

Do dziś aktywnie uczestniczy w życiu lokalnej społeczności. W miejscowym chórze seniorów zaczął działać, nim osiągnął odpowiedni próg wiekowy. Już na emeryturze zaczął kierować organizacją seniorów. Robi wszystko, by tacy jak on, nie nudzili się w jesieni życia.

- Raz w miesiącu, w czwartki, organizujemy potańcówki, na które może przyjść każdy, kto tylko ma ochotę, nawet nie musi należeć do naszego związku. Życiem w tak pięknym miejscu trzeba się cieszyć - kończy.

Ewa Bochenko

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.