Policjanci zrobili z niego kalekę i uszło im to na sucho

Czytaj dalej
Fot. Tomasz Kubaszewski
Tomasz Kubaszewski

Policjanci zrobili z niego kalekę i uszło im to na sucho

Tomasz Kubaszewski

Prawą ręką praktycznie niczego nie może zrobić. Musiał nauczyć się kroić chleb i golić brodę lewą. Ireneusz Klaus z Suwałk stał się kaleką po tym, jak rzucili się na niego miejscowi policjanci. Winnych nie ma, sprawa została umorzona i nikt nawet „przepraszam” nie powiedział.

Jawna niesprawiedliwość mnie spotkała - żali się. - Czy tak może być, że przez państwowych funkcjonariuszy człowiek traci zdrowie i uchodzi im to na sucho? Za poprzedniej władzy nic z tym nie dało się zrobić. Może teraz coś ruszy? Dzisiaj zaczęło się nagle dużo mówić o brutalności policji. Ale parę lat temu wcale nie było z tym lepiej. Tyle, że o moją sprawę nikt z mównicy sejmowej się nie upominał.

Ireneusz Klaus pisał niemal wszędzie, gdzie się dało. Jednak reakcji nie było praktycznie żadnej. Właściwie tylko Rzecznik Praw Obywatelskich zainteresował się jego przypadkiem, ale wyłącznie z powodów formalnych. Chodziło o to, że w trakcie śledztwa powinien zostać przesłuchany nie przez policjanta, lecz przez prokuratura. Żądaniu rzecznika stało się zadość. Klausa przesłuchał prokurator. I na tym się skończyło. Teraz już w papierach wszystko się zgadza.

Gips na obu rękach

W sierpniu 2013 r. żona 68-letniego wówczas suwalczanina wezwała policję. Bo miał ją wyzywać i krzyczeć. Poczuła się więc zagrożona. Zanim jednak funkcjonariusze przyjechali na miejsce, Klaus zdążył wyjść z mieszkania znajdującego się w jednym z suwalskich bloków. Był po dwóch czy trzech piwach. Policjantów spotkał na podwórzu. Dwóch funkcjonariuszy niemal natychmiast skuło niskiego, starszego mężczyznę (w dodatku po operacji serca), kajdankami. Ręce miał założone do tyłu. I w takiej pozycji został wrzucony do radiowozu.

Widzieli to sąsiedzi. Jeden z nich mówił, że skuty kajdankami Klaus leżał przez pewien czas na chodniku. Policjanci próbowali go podnieść, ale szło im to niezbyt sprawnie.

- Dziwiliśmy się, bo sąsiad jest spokojnym człowiekiem, a traktowano go jak jakiegoś bandytę - mówili. - A poza tym dwa rosłe chłopy nie potrafiły poradzić sobie ze starszym mężczyzną, który leży i nic nie robi.

Policjanci twierdzili później, że stawiał on opór. Ale na czym to dokładnie miało polegać, nie wiadomo.

Potem, z rękoma skutymi kajdankami, przetransportowano go do izby wytrzeźwień. Dyżurujący tam lekarz wyczuł od Klausa woń alkoholu. Dmuchania w alkomat jednak nie było, bo mężczyzna odmówił. - Byłem już tak sponiewierany, że na nic nie miałem siły - tłumaczy.

Następnego dnia rano z izby go wypuszczono. Wtedy dopiero okazało się, że obie ręce ma praktycznie bezwładne.

- I jedna, i druga bolała jak diabli - opowiada.

Poszedł z tym do lekarza.

Wyszło, że ma zwichnięte stawy łokciowe w obu rękach. Złamana była też kość łokciowa.

Mężczyzna przeszedł kilka operacji. Przez cztery miesiące obie ręce miał w gipsie. Jednak nawet po zdjęciu gipsu wyraźnej poprawy w sprawności rąk nie było. Dzięki intensywnej rehabilitacji do jako-takiego stanu udało się doprowadzić jedynie lewą rękę. Prawą Klaus może zginać tylko nieznacznie. Ciężko mu nią cokolwiek chwycić. Nawet nałożenie koszuli czy kurtki sprawia naprawdę duży problem.

- Zrobili ze mnie kalekę do końca życia - kwituje.

Policjantom wolno wszystko

Niedługo po zdarzeniu wybrał się na skargę do ówczesnego wiceszefa suwalskiej policji. - Wyglądał na przejętego tym, co ze mną zrobili jego podwładni - opowiada. - Mówił o konsekwencjach i o tym, że należy mi się wysokie odszkodowanie.

Policja szybko jednak zmieniła zdanie. Służbowe postępowanie wobec funkcjonariuszy zostało - zaledwie po miesiącu - umorzone. Przełożeni uznali, że policjanci zachowali się tak, jak trzeba. To znaczy - musieli zainterweniować, bo mężczyzna stawiał opór. O skutkach tej interwencji nikt się nawet nie zająknął.

Śledztwo wszczęła prokuratura. Żeby nie było podejrzeń o stronniczość, postępowanie przeniesiono z Suwałk do odległych raptem o 30 kilometrów Sejn.

Prowadzący sprawę prokurator nie miał żadnych wątpliwości, że obrażenia, których doznał Klaus są ściśle związane z policyjną interwencją. Powstały najprawdopodobniej podczas przewożenia mężczyzny ze skutymi do tyłu rękami. Taką opinię wydał biegły.

Ale i to postępowanie zostało umorzone. Bo, jak stwierdził prokurator, policjanci mieli prawo zastosować wobec starszego pana środki przymusu.

- Ze względu na odmowę wykonywania poleceń oraz stawianie czynnego i biernego oporu - rozwinął się śledczy.

Ryszard Tomkiewicz, rzecznik prasowy prokuratury, tłumaczył potem, że kompetencji policjantów, a ściślej tego, czy potrafią oni tak obezwładnić człowieka, by nie zrobić z niego kaleki, nikt nie badał. Trudno by ponoć znaleźć na to paragraf.

Ireneusz Klaus czytał prokuratorskie uzasadnienie i nie wierzył własnym oczom.

- Czyli policjantom wolno wszystko - narzekał. - Przecież takie rozstrzygnięcia, jak w mojej sprawie, idą w świat. I co tu się potem dziwić, że ludzie na komendach nawet tracą życie.

Liczył na sąd, do którego decyzję o umorzeniu zaskarżył, ale się przeliczył. Sędzia decyzję prokuratury podtrzymała. Stwierdziła m.in., że to, co mówi poszkodowany jest tylko jego „subiektywnym odczuciem”.

Postanowienie o umorzeniu śledztwa stało się prawomocne.

Chce wybrać się do zielińskiego

Klaus pisał skargi do wielu instytucji, w tym do Komendy Głównej Policji oraz ówczesnego Prokuratora Generalnego. W Polsce funkcjonuje jednak taki dziwny mechanizm, że skargi ostatecznie rozpatrują ci, których one dotyczą. Wyższa jednostka nakazuje zajęcie się sprawą niższej, a ta kolejnej...

Nic nie dały też publikacje prasowe. Owszem, ludzie się bulwersowali, ale nic konkretnego z tego nie wynikało.

- Prawnicy radzili, żebym wystąpił do Trybunału w Strasburgu - mówi Klaus.- Bo prawna droga w naszym kraju została wyczerpana. Tylko, że tam to wszystko strasznie długo trwa. Może nawet trzy lata, albo i dłużej.

Ktoś poradził mu także, by wystąpił przeciwko policji z powództwem cywilnym. Jednak do tego należałoby wziąć adwokata. I to nie pierwszego lepszego. - Z prawniczego punktu widzenia ta sprawa wcale nie jest łatwa - słyszeliśmy w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka w Warszawie, pisząc o przypadku Klausa trzy lata temu. - Z góry nie da się przewidzieć finału.

Suwalczanin ma jednak nadzieję, że obecne władze, które dokonały przecież w policji i prokuraturze wielu zmian, jakoś mu pomogą. Może więc poskarży się ministrowi Zbigniewowi Ziobrze, albo zapisze się na wizytę do suwalskiego posła, a zarazem wiceministra spraw wewnętrznych Jarosława Zielińskiego. - Oni tyle mówią, że są dla zwykłych ludzi - dodaje Klaus. - Niech to pokażą na moim przykładzie.

Tomasz Kubaszewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.