Postawiłem nogę na Antarktydzie!

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne
Dorota Naumczyk

Postawiłem nogę na Antarktydzie!

Dorota Naumczyk

Rejs statkiem na Antarktydę kosztuje od 5 do nawet 60 tysięcy dolarów. Ale warto! - zapewnia Mariusz Lewicki z Białegostoku. - Tylko tam bowiem można zobaczyć błękitny śnieg. No i trzeba pamiętać, że na Antarktydę można wchodzić tylko w... kaloszach.

- Nie lubi pan ciepła?

- Lubię, ale zawsze ciągnęło mnie również w te zimne rejony. Przyciąga mnie pustka, zimno, wiatr... Przy czym ten rejon Antarktydy, do którego dotarłem statkiem turystycznym, jeszcze nie należy do najzimniejszych w tamtych stronach. Było raptem minus 6 stopni, co jednak przy tamtejszym mroźnym wietrze, przed którym nie ma się gdzie schować, odczuwaliśmy jako co najmniej minus 10. W głębi Antarktydy temperatura spada do nawet minus 90 stopni, no ale tam na razie nie udało mi się dotrzeć, bo to byłby już potwornie duży koszt finansowy. Ja dopłynąłem statkiem do obrzeży Antarktydy, gdzie jeszcze jest jakieś życie, pingwiny, góry, lodowce, a w głębi lodu jest tylko płaska, zaśnieżona pustynia.

- Wspomniał pan o kosztach. Ile pieniędzy trzeba wydać, żeby postawić nogę na tym najzimniejszym kontynencie świata?

- Najpierw trzeba dotrzeć samolotem z Polski na południe Argentyny - to koszt rzędu 5,5 tysiąca złotych. Potem jedziemy do miasta Ushuaia, które znajduje się na samym dole Ameryki Południowej i jest najdalej wysuniętym na południe miastem świata. Tam wsiada się na statek turystyczny, którym płyniemy na Antarktydę. Taki 11-dniowy rejs to koszt od 5 do nawet 60 tysięcy dolarów! Wszystko zależy od klasy statku. Ja płynąłem tym najskromniejszym. Natomiast ci, którzy decydują się na rejs za 50-60 tysięcy dolarów, mają do dyspozycji luksusy: loty helikopterem nad lodowcami, kajaki, sprzęt do nurkowania... Myśmy zaś mieli po prostu skromne kajuty, stołówkę zamiast restauracji i pontony, które transportowały nas ze statku na ląd, bo turystyczne statki do Antarktydy nie przybijają.

Postawiłem nogę na Antarktydzie!
Archiwum prywatne

- To prawda, że na Antarktydę można wchodzić tylko w kaloszach?

- Tak! I to bez względu na to, czy się przypłynęło luksusowym statkiem, czy tym skromniutkim (śmiech). Jest to bardzo rygorystycznie przestrzegane. Przewodnicy tego pilnują. A chodzi o to, by nie przywieźć z innych kontynentów żadnych bakterii ani obcych organizmów. Przed każdym zejściem ze statku na ląd trzeba przejść w kaloszach przez specjalną wanienkę wypełnioną płynem dezynfekującym. I do tego szorujemy te kalosze szczotkami.

- Trzeba też przestrzegać wielu innych zasad.

- Do słoni morskich nie wolno zbliżać się bardziej niż na 15 metrów, a od pingwinów trzeba trzymać się w co najmniej 5-metrowej odległości. Kiedy chodzimy po Antarktydzie, trzeba poruszać się po śladach przewodnika. Chodzi o ty, by zbytnio nie rozdeptywać śniegu. Bo każdy ślad, który w tym głębokim śniegu zostawimy jest przeszkodą dla pingwinów. I gdyby te sto osób, które każdego dnia wychodzi na ląd, rozeszło się w różnych kierunkach, to byśmy zostawili pingwinom istny labirynt. Mogło by to spowodować, że pingwiny by się z tego miejsca po prostu wyniosły.

- Ze statku na ląd może jednego dnia zejść tylko stu turystów?

- To jest właśnie kolejna zasada. Jeżeli jakiś statek turystyczny zabiera np. 200 osób, to tylko połowa z nich może danego dnia zejść na ląd w danym miejscu. Chodzi o to, by nie płoszyć zwierząt.

Postawiłem nogę na Antarktydzie!
Archiwum prywatne

- Podczas takiej wyprawy większość czasu spędza się właśnie na statku?

- Tak. Na statku śpimy, jemy i załatwiamy wszystkie potrzeby fizjologiczne. Zejście ze statku na ląd nie może trwać dłużej niż dwie godziny w każdym z miejsc. Jeżeli ktoś w takim momencie odczuje potrzebę udania się do toalety, musi poprosić o odwiezienie pontonem na statek.

Co więcej, organizowane są i takie wycieczki na Antarktydę, kiedy turyści w ogóle nie schodzą ze statków, tylko pływają wokół wybrzeży.

- I oglądają z bliska góry lodowe, a z daleka pingwiny?

- No tak (śmiech). Te niebieskie góry lodowe zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Są potężne, mają niezwykłe kształty i cudowny, niebieski kolor! Nie są białe, a niebieskie! A bierze się to stąd, że ten lód powstaje przyciśnięty kolejnymi, ciężkimi warstwami, więc nie ma w nim żadnych pęcherzyków powietrza, które odbijają światło. Poza tym, większa część każdej góry lodowej zanurzona jest w wodzie, a woda ma takie właściwości, że najpierw wychwytuje czerwone spektrum światła, a niebieskie światło przenika głębiej, więc patrząc na taką górę widzimy przepiękny błękit. Jest to tym bardziej atrakcyjne, że cała Antarktyda jest biało-szaro-czarno i proszę sobie na tym tle wyobrazić błękit lodowców...

- Niesamowite wrażenie muszą też robić kolonie pingwinów, które liczą tysiące osobników.

- Czasami są to setki tysięcy pingwinów w jednym miejscu. Więc nawet zanim się je zobaczy, to już czuć, że się do nich zbliżamy (śmiech). Bo odchody pół miliona pingwinów jednak mają swój zapach... No i ten hałas! Szczególnie w okresie godowym, gdy pingiwiny budują gniazda i szukają sobie partnerek, to się głośno przekomarzają. Samiec, który chce zapłodnić samicę, musi jej zaimponować znalezionym kamieniem. Jeżeli samicy kamień się spodoba, on buduje gniazdo, ona składa do niego dwa jaja i potem na zmianę je wysiadują.

Postawiłem nogę na Antarktydzie!
Archiwum prywatne

- Wśród pingwinów dochodzi też do zbliżeń homoseksualnych.

- Tak. Pingwiny, żeby przetrwać w tych ciężkich warunkach, muszą mieć silny popęd seksualny. Mają bowiem tylko kilka cieplejszych miesięcy na to, by znaleźć partnerkę, zapłodnić ją i wychować potomstwo. I w związku z tym dużym popędem seksualnym młode samce często kopulują ze sobą. Co więcej, w koloniach pingwinów dochodzi też do gwałtów. Ich ofiarami są zazwyczaj ranne samice, które już nie są w stanie się bronić. I taka samica, zanim umrze, często jest wielokrotnie gwałcona.

- Antarktydę odwiedza 70 tysięcy turystów rocznie. Można mówić o modzie na to, by postawić stopę na tym odległym, białym lądzie?

- Coś w tym jest. Coraz więcej ludzi podróżuje i szuka coraz to nowych wyzwań, czegoś nowego... A te egzotyczne miejsca powoli się kończą, bo skoro odwiedzają je tłumy, to przestają być egzotyczne. Turystka stała się masowa. Wiele miejsc, które niegdyś były atrakcyjne, przestały takie być, gdyż zostały rozdeptane przez tłumy. I wtedy wybór pada na Antarktydę. Antarktyda zaś jeszcze długo nie będzie kierunkiem masowych wypraw, bo tam nie ma na to warunków. Istnieje organizacja, która zrzesza wszystkie firmy turystyczne, organizujące wyprawy na Antarktydę i to za jej sprawą ci, którzy chcą postawić nogę na tym białym kontynencie, muszą przestrzegać zasad, o których wcześniej wspomniałem.

- Na Antarktydzie nie ma stałych mieszkańców.

- Nie ma. Pomieszkują tam jedynie naukowcy, którzy w swoich stacjach prowadzą badania. W sezonie turystycznym czynny jest też jeden sklep z pamiątkami i poczta, w której pracuje czterech wolontariuszy. Sprzedają oni koszulki z napisem Antarktyda, krawaty z pingwinami, pocztówki i znaczki. Badają też wpływ coraz liczniej przybywających tam turystów na roślinność i zwierzęta.

- Z jakich krajów byli turyści, którzy podróżowali razem z panem na statku?

- Statek zabrał 87 turystów, w tym aż 10 Polaków! Poza tym byli Amerykanie, Francuzi, Niemcy, Skandynawowie, Japończycy, Hiszpanie, Australijczycy, Czech i Słowak oraz para z Hong Kongu, która na swoją podróż poślubną wybrała właśnie Antarktydę. Nie chwalili się, że są w podróży poślubnej, ale odkryliśmy to, gdy pewnego dnia ta świeżo poślubiona kobieta pozowała w długiej białej sukni na tle błękitnych lodowców...

Dorota Naumczyk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.