Tajemnica babci odkryta po 70 latach

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne
Julia Szypulska

Tajemnica babci odkryta po 70 latach

Julia Szypulska

Kim jest ten przystojny uśmiechnięty chłopiec na zdjęciu? - Anna Tomczak-Iosardi pytała babcię Natalię. - To mój syn Jędrek - słyszała. Prawdę o „wujku” poznała rok temu.

Andrzej Antoni Tomczak okazał się być Martinem Mozesem - żydowskim chłopcem ocalonym przez babcię podczas wojny. Natalii Tomczak (zmarła kilka lat temu) udało się podrobić jego metrykę i akt chrztu. Według tych dokumentów był jej rodzonym synem. Tak chłopiec przetrwał zagrożenie - kiedy wojna się skończyła miał 8 lat. Niedawno została pośmiertnie wyróżniona - otrzymała medal Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. To najważniejsze izraelskie odznaczenie państwowe przyznawane nie -Żydom. Medal odebrali potomkowie Natalii dziś mieszkający w Białymstoku - jej syn Bogumił Tomczak oraz wnuczka Anna Tomczak-Iosardi. Uroczystość była dla nich niezwykle emocjonująca. - Ja do dziś nie mogę uwierzyć, że Andrzej nie jest moim bratem - nie kryje pan Bogumił.

Prawda o „wujku”

Prawda wyszła na jaw dopiero w ubiegłym roku. Stało się tak dzięki Annie, która pracując nad drzewem genealogicznym rodziny, znów zaczęła grzebać w rodzinnych dokumentach.

- Wszystko zaczęło się od tego starego, zielonego albumu - pokazuje Anna. - Kiedy byłam mała, pytałam babcię kto jest na tym zdjęciu, a kto na tamtym. A ona cierpliwie odpowiadała. Na kilku zdjęciach był bardzo przystojny uśmiechnięty chłopiec. Kiedy o niego pytałam, babcia zawsze odpowiadała: „No jak to kto? To mój syn Jędrek”.

W ubiegłym roku rodzina Tomczaków i Mozesów spotkały się po latach. Bogumił i Martin siedzą w środku.
Archiwum prywatne Anna Tomczak-Iosardi (na zdjęciu w środku) cieszy się, że jej córka Karolina poznała rodzinną historię.

Wersja, którą babcia Natalia przedstawiła rodzinie była taka: Niedługo po wojnie oddała Andrzeja żydowskim znajomym - Annie i Markowi Mozesom, którzy chcieli wyjechać do Izraela. Rodzinom było łatwiej. Dlaczego akurat jego? Bo starszy syn Jerzy chodził już do szkoły, a młodszy Bogumił był za mały. Anna może trochę się dziwiła, jak babcia mogła oddać własne dziecko, ale pomyślała, że to były inne czasy. Andrzej stał się Martinem Mozesem, czemu także Tomczakowie też się nie dziwili - przybrani rodzice dali mu własne nazwisko i nowe imię. Mozesowie z czasem wyjechali do USA i przez kolejne lata utrzymywali kontakt z „kochaną Nacią”. Martin przesyłał babci Natalii swoje zdjęcia, a na odwrocie były dedykacje świadczące o dużym przywiązaniu. Na pytanie dlaczego nigdy nie próbowała odzyskać syna odpowiedziała, że „on już się tam przyzwyczaił”. Mijały lata, a Tomczakowie żyli w przekonaniu, że mają wujka w Ameryce. Zza oceanu przychodziły też paczki - Anna do dziś pamięta piękny golf, który dostała jako dziewczynka. Babcia Natalia odwiedziła też Mozesów w USA. Było to w latach 60. Zachowały się zdjęcia, na których stoi obok wysokiego i przystojnego Martina.

Jak na przykład tego, dlaczego babcia nigdy nie ujawniła prawdziwej historii Andrzeja/Martina. Może po prostu uznała, że zrobiła co trzeba i nie ma po co o tym rozmawiać. Wojna się skończyla, a ludzie chcieli zapomnieć o niej i wszystkim, co się z nią wiązało. Może stwierdziła, że w powojennej Polsce o pewnych rzeczach lepiej za dużo nie mówić.

- Myślę, że ona Andrzeja naprawdę traktowała jak syna - przypuszcza Anna. - W końcu opiekowała się nim od urodzenia, a przez lata wojny była dla niego jak matka.

Prawda o pochodzeniu „wujka” Andrzeja nie była jedyną rzeczą, jaką Natalia zataiła przed rodziną. Nikt nie miał pojęcia, że w latach 60. pojechała do Izraela. Mozesowie wszystko zorganizowali. To wówczas przyznano jej wyróżnienie Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. W Yad Vashem rośnie drzewo z jej nazwiskiem na tabliczce.

- Byłem wtedy w wojsku. Teraz rozumiem, dziwne pytania oficera, do którego zostałem wezwany na rozmowę - wspomina Bogumił Tomczak. - Pytał mnie, czy będę pisał do Izraela. Nie miałem pojęcia o co chodzi, a oni wszystko wiedzieli, gdzie pojechała moja matka.

Wyróżnienie, które jej potomkowie odebrali niedawno, zostało przyznane powtórnie, na prośbę Martina Mozesa.

- Jestem bardzo wdzięczny Instytutowi Yad Vashem i Ambasadzie Izraela w Warszawie, za tę sposobność zwrócenia się do was publicznie ze słowami wdzięczności skierowanymi do zachowanej w czułej pamięci Natalii - niech jej dusza spoczywa w wiecznym pokoju - napisał w liście do rodziny Tomczaków, który został odczytany podczas uroczystości.

Historia dziadków

Natalia i Edmund Tomczakowie przed wojną mieszkali w Warszawie, na Woli. Dziadek był ślusarzem. Babcia pomocą domową. W stolicy mieszkali także Anna i Marek Mozesowie, małżeństwo lekarzy. U Marka, który był ginekologiem, Natalia się leczyła. Jej rodzina przypuszcza, że mogło to mieć związek z tym, że długo nie mieli dzieci.

- Nawet kiedyś zapytałam babcię, czemu nie urodziła dzieci wcześniej, tylko podczas wojny - wspomina jej wnuczka Anna.

Prawdopodobnie Natalia pomagała też doktorostwu w domu. Być może opiekowała się też ich synkiem Martinem, który urodził się w 1937 roku. Kiedy wybuchła wojna Marek został powołany do wojska. Przez lata wszyscy, łącznie z jego żoną Anną myśleli, że nie przeżył, bo przez całą wojnę nie było o nim żadnych wiadomości. Ponoć przed wyjazdem poprosił Natalię, by pomogła jego żonie i synkowi. Do wojska trafił też dziadek Edmund. Po upadku kampanii wrześniowej został jako jeniec skierowany na roboty przymusowe do majątku w Prusach Wschodnich. W Warszawie tymczasem działo się coraz gorzej. Powstało żydowskie getto, do którego trafili Anna i Martin. Ona, jako lekarka, miała przepustkę i mogła przechodzić na aryjską stronę. Edmund pracował w majątku w Salwarschienen (dziś ta miejscowość to Kanie Iławeckie w pow. bartoszyckim). Obie kobiety - babcia Natalia i Anna Mozes zostały same z małymi dziećmi. Jedna miała syna Jerzego, druga Martina.

- Podobno babcia pomogła Annie i Martinowi wydostać się z getta. Było to tuż przed jego likwidacją w 1942 roku. Jak jej się to udało, nie wiadomo. Tego już się nie dowiemy - mówi Anna.

Faktem jest, że Martina wzięła do siebie i załatwiła mu polskie dokumenty. W ich świetle był jej synem. Z kolei Anna stała się jej siostrą, żoną zmarłego oficera - Stanisławą Strzałkowską. Osoba o takim nazwisku rzeczywiście mieszkała u Natalii przed wojną, co postanowiła wykorzystać. Całe przedsięwzięcie było bardzo niebezpieczne. Za przechowywanie Żydów groziła wówczas kara śmierci. Tymczasem sąsiedzi nieustannie donosili na Natalię. Całe dnie starała się więc spędzać z Martinem poza domem. Zdarzało jej się też ukrywać się z nim u znajomych. Widząc, że zaniedbuje własne dziecko, wysłała Jerzego do przyjaciół na wieś. W końcu, było to w 1944 r. stwierdziła, że Warszawa nie jest dobrym miejscem na ukrywanie się. Kobiety rozdzieliły się. Natalia wzięła obu chłopców, spakowała się i wyruszyła w podróż do Salwar-schienen, do męża. Tamto miejsce wydawało się bezpieczniejsze, poza tym nikt ich nie znał i nie mógł donieść, że Martin nie jest rodzonym synem dziadków. - Dziś trudno sobie nawet wyobrazić jak ciężka to była przeprawa - przypuszcza Anna. - Podróż z Warszawy na Mazury, nawet przy dzisiejszych drogach i środkach transportu jest dość męcząca. A wtedy była wojna, a babcia podróżowała z dwojgiem małych dzieci.

Szczęśliwie dotarła na miejsce. Dołączyła do nich także Anna/Stanisława. Dziadek Edmund zaakceptował Martina i traktował jak swoje dziecko. W Salwarschienen obie rodziny doczekały końca wojny. Później Tomczakowie zamieszkali w Białymstoku. Tam ich skierowano. Ponoć babcia Natalia nigdy nie wybaczyła dziadkowi Edmundowi, że nie zabrał jej z powrotem do Warszawy. Nie pomogły tłumaczenia, że tam są same gruzy, nie ma domów, ani ulic.

Spotkanie po latach

Dla Martina Mozesa, co powiedział Tomczakom, był to czas beztroskiego dzieciństwa. Czas zabaw ze starszym bratem Jerzym, kiedy nie czuł grozy wojny. Na jednym z zachowanych zdjęć widać wesołego chłopca głaszczącego psa. - Miłość do psów została Martinowi do dziś - zauważa Bogumił.

Co ciekawe, zwraca się do nich po polsku. - Żona musiała nauczyć się polskiego, bo psy nie chciały jej słuchać - żartuje Bogumił.

Tomczakowie w tamtym roku mieli okazję się przekonać jak pięknie Martin mówi po polsku, mimo, że minęły dziesiątki lat odkąd jako dziecko wyjechał z kraju. W maju doszło do niezwykle wzruszającego spotkania obu rodzin. - Nie było żadnego dystansu - nie kryje radości Anna. - Czuliśmy, jakbyśmy się znali od zawsze.

To dzięki niej doszło do tego spotkania. Pracując nad wspomnianym drzewem genealogicznym rodziny stwierdziła, że brakuje jej danych o gałęzi „wujka” Andrzeja. Kontaktu rodziny nie utrzymywały już o od wielu lat. Potem, w 2007 r. zmarła Natalia Tomczak, więc nie było kogo zapytać, jak je odnowić. Jednak dzięki portalom społecznościowym oraz temu, że jest anglistką bez trudu znalazła córkę Martina. Wymieniły się informacjami o rodzinach, co pozwoliło upewnić się, że są tymi, za które się podają. W końcu porozmawiała z „wujkiem”. To on zdecydował się wyznać jej prawdę o swoim pochodzeniu. - Jesteś rozczarowana, że nie jestem twoim prawdziwym wujkiem? Czy to coś dla ciebie zmienia? - zapytał Annę. Ta była pewna - chcemy się spotkać. Przesłał jej też zdjęcia i nieznane dokumenty związane z babcią, dzięki czemu wiele elementów rodzinnej układanki wskoczyło na swoje miejsce. Sporo jej też opowiedział z tego, co sam zapamiętał z czasów wojny. Było tego całkiem sporo. Pamiętał, jak mieszkali w Salwarschienen, jak bawił się z Jerzym. Pamiętał też jak urodził się jej ojciec Bogumił. Obie rodziny postanowiły wspólnie odwiedzić tamte strony. Martin przywiózł ze sobą zdjęcia, mając nadzieję, że odnajdzie chociaż fragment tego, co na nich było. Niestety Kanie Iławeckie zmieniły się bardzo przez te lata. Po ogromnym majątku i dworze nie został niemal żaden ślad - przemarsz Armii Czerwonej i lata PRL-u zrobiły swoje. Do dziś zachował się jedynie poniemiecki dworzec kolejowy zbudowany z charakterystycznej czerwonej cegły.

- Cieszę się, że poznaliśmy historię babci - mówi Anna. - Czasem porównuję ją w myślach do Ireny Sendlerowej. Tamta uratowała wprawdzie tysiące dzieci, a babcia tylko dwie osoby, ale obie żyły w tym samym mieście i w tym samym czasie. I obie były bohaterkami, choć tak o sobie nie mówiły. Myślę też sobie, że babcia tak naprawdę uratowała więcej osób. Bo dzięki niej Martin przeżył i sam ma dzieci. Poza tym poszedł w ślady rodziców i też został lekarzem. Jako specjalizację wybrał transplantologię, więc sam też na pewno uratował wiele osób.

Julia Szypulska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.