Zakład fotograficzny Szymborscy. Najstarsze atelier fotograficzne w Białymstoku

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Wojtkielewicz
Katarzyna Łuszyńska

Zakład fotograficzny Szymborscy. Najstarsze atelier fotograficzne w Białymstoku

Katarzyna Łuszyńska

Tadeusz Szymborski prowadzi najstarsze atelier fotograficzne w Białymstoku. Tak jak jego dziadek i ojciec jest fotografem. Wkrótce swoje dziedzictwo przekaże do synowi. Tyle że trochę się martwi, że nadchodzi koniec tradycyjnej fotografii.

Jak bryczki przestały jeździć, to kowal się zamknął. Jak ludziom przestały być potrzebne piece, to i zdun musiał się zwinąć. Tak samo może być z fotografią... - Tadeusz Szymborski popada w zadumę. - Mi się udało powiększyć rodzinny majątek, ale co będzie z przyszłością naszego rodzinnego zakładu fotograficznego - nie wiem.

Szymborski tłumaczy, że obecnie już mało kto robi zdjęcia aparatem fotograficznym. Ludzie używają do tego telefonów komórkowych i rzadko robią odbitki.

- To przekłada się na naszą pracę i opłacalność prowadzenia tego biznesu - kwituje ze smutkiem.

Do atelier przy lipowej przychodziły całe rodziny

Zakład fotograficzny Szymborskich przy ul. Lipowej 27 w Białymstoku działa już prawie 120 lat. W 1898 roku założył go Józef Szymborski, dziadek Tadeusza.

- Feliks Szymborski, czyli ojciec Józefa, a mój pradziadek wymyślił sobie, że będzie kamienicznikiem - opowiada Tadeusz Szymborski. - Pradziadek wziął więc kredyt w banku i wybudował kamienicę na rogu ulicy Złotej i Ogrodowej w Białymstoku. Postanowił wynajmować ludziom mieszkania i tak zarabiać pieniądze.

Niestety, nie udało mu się na tym interesie dorobić majątku, ponieważ niektórzy lokatorzy kamiennicy nie płacili za wynajem. Wiele godzin poświęcił na rozprawy sądowe, starając się odzyskać zapłatę za zaległe czynsze. Bezskutecznie. W końcu bank upomniał się o swoją należność. Feliks stracił kamienicę, a za pieniądze, które mu zostały, kupił nieruchomość przy ul. Lipowej, w której obecnie mieści się rodzinny biznes - zakład fotograficzny.

Zakład fotograficzny Szymborscy. Najstarsze atelier fotograficzne w Białymstoku
Wojciech Wojtkielewicz Tadeusz Szymborski pokazuje aparat, którym jego dziadek fotografował białostoczan.

- Syn Feliksa, czyli mój dziadek Józef, też miał ciekawy pomysł na biznes - wymyślił, że będzie prowadził kino obwoźne - kontynuuje opowieść obecny właściciel zakładu fotograficznego. - Jednak i ten pomysł nie był trafiony, więc Józef postanowił zająć się fotografią. Własnoręcznie tworzył rekwizyty i scenki, by zachęcić klientów do przyjścia do zakładu. I zadziałało! Ludzie przychodzili z ciekawości, bo interesowało ich, jak za pomocą zdjęć można zatrzymać czas.

Na sesje zdjęciowe przychodzili w odświętnych ubraniach. Pozowali na siedząco lub na stojąco. Fotograf uwieczniał na kliszy uśmiechnięte twarze nowożeńców, a potem ich dzieci. Przy okazji chrztu białostoczanie przychodzili na zdjęcia całymi rodzinami. Pozując do zdjęć mieli do wyboru różne rekwizyty: kolorowe fototapety, ławki, barierki, stoliki. Niektórzy przebierali się w mundury żołnierskie, inni - w marynarskie.

Żołnierze podciągali rękawy, by pochwalić się zegarkiem

Szymborskim wiodło się bardzo dobrze. Józef nieustannie unowocześniał swój zakład. Samodzielnie konstruował przedmioty, które - tak jak np. służąca do cięcia zdjęć gilotyna - usprawniały jego pracę. Dzięki pracowitości, jako pierwszy w mieście dorobił się samochodu!

- Jak wsiadły do niego cztery osoby, to trzeba było go pchać po górkę - opowiada ze śmiechem Tadeusz.

Zakład fotograficzny przetrwał wojnę. Z usług Szymborskiego nierzadko korzystali Sowieci.

- Kiedy szli na front, przychodzili do atelier, żeby zrobić sobie zdjęcie. Potem wysyłali je rodzinie, bo nie mieli pewności, czy wrócą do domu... - opowiada białostocki fotograf. - Co ciekawe, każdy żołnierz podciągał do zdjęcia rękaw, by pokazać, że ma... zegarek! - uśmiecha się Szymborski. - Bo przecież zegarek w tamtych czasach świadczył o większej zawartości portfela.

W 1947 r. fotograficzną schedę po Józefie przejął jego syn - Roman Szymborski, a w 1986 roku przekazał ją swemu potomkowi - Tadeuszowi.

- Ale pracowałem u taty już znacznie wcześniej. Uczyłem się zawodu od 16 roku życia! - podkreśla pan Tadeusz. - Do moich obowiązków należało ustawianie do zdjęć młodych par i ich rodzin. Nierzadko zdarzało się, że chętnych do zdjęcia było tylu, że pod nasz zakład podjeżdżali autobusem zwanym„ogórkiem”.

Najwięcej pracy było w latach 70., kiedy to pojawiła się moda na fotografowanie chrzcin i komunii. A że w tamtych czasach jeszcze mało kto posiadał własny aparat, ludzie chętnie odwiedzali profesjonalnych fotografów.

Nikt już nie chce zdjęć na tle

- Najgorsze co mogło spotkać fotografa, to ponowne fotografowanie ślubu - wspomina pan Tadeusz. - A działo się tak wtedy, gdy osoba zajmująca się wywoływaniem zdjęć, pomyliła się... I zdjęcia nie wyszły. Czasami, aby załagodzić takie sytuacje, kupowaliśmy pannie młodej na swój koszt wiązankę i proponowaliśmy powtórzenie sesji - zdradza Szymborski. - Niektórzy jednak nie chcieli się na to zgodzić i domagali się zwrotu pieniędzy. I to z dużą nawiązką!

W fotografii ślubnej - by spełnić odczekiwania klienta - trzeba było kłaść nacisk na różnego rodzaju rekwizyty i tła w rozmaitych kolorach. W zakładzie Szymborskich do dziś przechowywanych jest prawie 20 rożnego rodzaju materiałów, które stanowiły niegdyś tła do zdjęć. Były to malowane fototapety.

Dziś już nie są już potrzebne, bo - jak tłumaczy pan Tadeusz - teraz zdjęcie robi się na jednym tle, a wymarzone tło uzyskuje się w procesie obróbki za pomocą photoshopa.

- Poza tym, współcześni państwo młodzi do studia fotograficznego już raczej nie zaglądają, bo wolą sesje zdjęciowe w plenerze - ubolewa fotograf.

Ludzi przywiązywano do stojaka

W XX wieku w zakładach fotograficznych robiono przede wszystkim tzw. zdjęcia wylotne, czyli takie, na których było widać całą sylwetkę fotografowanego. Podczas sesji fotografowany musiał stać nieruchomo.

- Niektóre osoby trzeba było nawet przywiązywać do stojaka, ponieważ gdyby się poruszyły, zdjęcie by się nie udało - tłumaczy z uśmiechem Szymborski.

Potem zdjęcia retuszowano. Józef Szymborski retuszował fotografie zrobione na szklanych kliszach. Wszystkie nierówności poprawiało się ołówkami różnej twardości. Trzeba było mieć do tego wprawioną rękę i dobre oko. Dopiero potem można było skopiować zdjęcie.

- W naszym zakładzie pracowało kilka retuszerek - wspomina właściciel. - A jak ktoś nie miał pracowników, to w dzień obsługiwał klientów, a nocą pracował nad zdjęciami. Sam wiele razy wychodziłem z zakładu po drugiej w nocy i pojawiałem się w nim z samego rana.

Dzisiaj, dzięki nowoczesnym technologiom, czas pracy fotografa jest znacznie krótszy. Nie trzeba już przebywać w ciemni, a to właśnie, zdaniem pana Tadeusza, było najgorsze. - Nie było tam zupełnie światła i nie widziało się nawet własnej dłoni - wspomina fotograf. - W ciemni człowiek musiał być pewien tego, co robi, bo kiedy pomylił kolejność i włożył zdjęcie do utrwalacza zamiast do wywoływacza, to klisza stawała się czysta. I wtedy pojawiał się problem, bo zdjęć z wesela czy komunii, nie dało się już powtórzyć...

Katarzyna Łuszyńska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.