Zakonnice więziły ją ponad 20 lat. Sprawa Barbary Ubryk powraca

Czytaj dalej
Katarzyna Kachel

Zakonnice więziły ją ponad 20 lat. Sprawa Barbary Ubryk powraca

Katarzyna Kachel

Odkrycie, że zakonnice przez tyle lat więziły swoją współsiostrę, wywołuje zamieszki. Kraków jest o krok od rewolucji. - Sprawa Ubryk natychmiast staje się w Europie idealną ilustracją tego, jak wygląda katolicki ciemnogród - opowiada Natalia Budzyńska, dziennikarka i kulturoznawczyni, autorka książki „Ja nie mam duszy” (Wydawnictwo Znak).

Latem 1869 roku najgłośniejszym polskim nazwiskiem w Europie jest Barbara Ubryk, zakonnica z Krakowa. Ofiara?
Jak najbardziej.

Czyja? Patriarchalnego systemu, ideologii?

Najpierw widziałam Barbarę jako ofiarę systemu; klasztoru, sióstr uwikłanych w układy, z którymi nie potrafiły sobie poradzić. Właściwie czasów, kiedy faktycznie kobiety nie miały głosu, nie były nauczone o siebie walczyć. Kiedy zaczęłam lepiej poznawać jej życie, dostrzegłam w nim los osoby chorej psychicznie w czasach, kiedy cierpiących na podobne schorzenia nie traktowano humanitarnie. Psychiatria nie potrafiła jeszcze ani nazwać tego rodzaju dolegliwości, ani w nich ulżyć.

O Ubryk mówiono: „nimfomanka, erotomanka, mniszka z chorobą maciczną”.

Takie były diagnozy ówczesnej nauki i właściwie trudno mieć pretensje do lekarzy, których opinie wynikały z jedynej dostępnej im wiedzy. Zaburzenia psychiczne były czymś wstydliwym, chorych ukrywano, nie mówiło się o „tych” sprawach publicznie, co zresztą funkcjonuje i dziś. Obawiano się stygmatyzacji. Mieć „wariatkę” czy „obłąkanego” w domu równało się wykluczeniu. Połowa XIX wieku to początek rozwoju myśli psychiatrycznej, kiedy to próbowano chorych leczyć, ale często nie zastanawiano się, co się dzieje w głowie cierpiących. Barbara stała się zakładniczką tamtych czasów, ofiarą splotów wydarzeń, które doprowadziły do sytuacji absurdalnej. Absurdalnej, bo siostry - mające się nią opiekować w zakonie, którego ona nie mogła opuścić - zamknęły ją na ponad 20 lat w warunkach można powiedzieć zwierzęcych.

Bezduszność?

Tu nie ma prostych odpowiedzi. Barbara Ubryk była dla sióstr wielkim problemem, utrapieniem, nawet udręką. Trzeba przyznać, że natychmiast po pierwszych atakach, kiedy to zaczęła się rozbierać do naga, tańczyć, wykrzykiwać lubieżne słowa, wezwały lekarza. Nie od razu zaczęła się izolacja. Pisały do rodziny Barbary o niepokojących incydentach, radziły się specjalistów. A że leczono ją tak jak wszystkich innych psychicznie chorych w tamtych czasach, czyli przystawianiem pijawek, upuszczaniem krwi, zimnymi okładami i środkami na przeczyszczenie? Trudno z tym dyskutować. Z czasem, kiedy te środki nie przynosiły żadnej poprawy, a psychoza się pogłębiała coraz bardziej i ujawniała w coraz drastyczniejszy sposób, kiedy s. Barbara zaczęła być agresywna wobec siebie i innych - zamknięto ją w celi z zakratowanym oknem. Mniszki nie miały pojęcia, co zrobić z kobietą, która ma nagłe napady erotycznej manii, wyzywa je wulgarnie, opowiada o seksualnych orgiach. Wtedy za namową lekarzy odizolowały ją, zresztą pewnie podobnie postąpiono by z nią w szpitalu. Też zastosowano by kaftan i pasy.

Ale do szpitala św. Ducha, gdzie leczono takie przypadki, nie trafiła. Dlaczego?

Siostry twierdziły, że wysyłały pisma do przełożonych, do instancji zwierzchnich, by móc ją przenieść do szpitala. Pamiętajmy, że to był zakon zamknięty - by mniszka mogła opuścić klauzurę, potrzebowały zgody Stolicy Apostolskiej. Przełożone z klasztoru przy ul. Wesołej zeznawały, że pisały do generała karmelitów bosych w Rzymie, który miał uprawnienia, by zwolnić Barbarę Ubryk ze ślubów zakonnych, czego nie zrobił. W materiałach śledczych nie znalazłam tych listów, tak jak i zeznań generała, który miał się wyprzeć, iżby taka prośba kiedykolwiek do niego dotarła.

Znał sprawę Ubryk?

Tak, ale bez szczegółów. Chyba nie chciał ich znać. Przez te dwadzieścia lat, kiedy klasztor przy Wesołej przyjmował wizytacje, nikt z przełożonych nie miał ochoty na widzenie czy rozmowę z uwięzioną obłąkaną siostrą. Czy wiedzieli, że mieszka w celi, w której nie było sprzętów, z otworem kloacznym i sianem służącym za łóżko, wymienianym coraz rzadziej? W celi, w której panował straszny smród, a okno zostało z czasem zabite tak, że właściwie nie przepuszczało światła. Mijały lata, a zakonnice powoli do tego przywykały, zapominały albo wypierały ten fakt dla tak zwanego świętego spokoju. To straszne, bo zgromadzenie liczyło dwadzieścia jeden sióstr, niewiele. Takie też było założenie, by mniszki nigdy nie były dla siebie anonimowe, by tworzyły rodzinę, w której się troszczą o siebie nawzajem. Tyle że żadna z nich nie interesowała się stanem s. Barbary, jej cierpieniem, samotnością. To była znieczulica.

Dlatego biskup Antoni Gałecki, kiedy zobaczył warunki i stan s. Ubryk, wykrzyknął oburzony: „Toć to wasza miłość bliźniego!?”.

Tak, biskup miał możliwość obejrzenia karceru latem 1869 roku i ten widok go zszokował.

Jego wizyta to konsekwencja anonimu, który wpłynął na policję. Zdziwiło mnie, że został tak poważnie potraktowany.
To zaskakujące. Pewnego dnia do śledczych trafia niepodpisany list, w którym ktoś informuje, że w klasztorze Karmelitanek Bosych, w zakonie bardzo w tamtych czasach poważanym, od 20 lat przebywa zamurowana współsiostra. Anonimu, czyli dokumentu oznaczonego dowodowym nr 1, nie znalazłam w archiwum. Podobnie jak kilku innych świadectw, np. zeznań siostry, która znała najlepiej Barbarę. Przypadek? W każdym razie list dostaje młody energiczny funkcjonariusz, dwudziestoparoletni Władysław Gebhardt, i traktuje go wyjątkowo poważnie. Może to dziwić, bo, po pierwsze, uderza w bardzo katolickim i konserwatywnym Krakowie w zakon, po drugie, nikt się pod nim nie podpisał. Gebhardt w tym samym dniu zwołuje komisję, która ma na celu ustalić plan działania. Sprawa jest delikatna, bo obowiązuje konkordat, na dodatek donos dotyczy wewnętrznych spraw zamkniętego klasztoru z żelazną regułą. Nigdy wcześniej takich śledztw w mieście nie prowadzono. Komisja decyduje, by tajny pracownik policji sprawdził, czy ktokolwiek o takim imieniu i nazwisku w klasztorze przebywa. Kiedy okazuje się, że tak - maszyna rusza błyskawicznie. Rankiem następnego dnia śledczy są u biskupa, choć właściwie nie potrzebowano jego zgody. Sprawa nosiła znamiona przestępstwa, tak więc ruch ten zdawać się mógł jakąś kurtuazją, działaniem, które miało zapobiec skandalowi.

Biskup uznał, że to mistyfikacja?

Tak podejrzewał, ale nie zamierzał sprawy zamieść pod dywan. Napisał list do karmelitanek z nakazem wpuszczenia komisji śledczej za klauzurę, wydelegował też swojego podwładnego, by jej towarzyszył. Co zobaczyli? Celę z podwójnymi drzwiami, którą siostry otwarły, ukazując wszystkim przerażający widok. Ksiądz, biorący udział w oględzinach, posłał od razu po biskupa Gałeckiego. Bał się, że jeśli nie zobaczy na własne oczy - nie uwierzy. Barbara Ubryk, naga, brudna, poobijana, siedziała skulona w ciemnej celi. Ważyła 34 kilogramy.

Wydawać by się mogło, że to smaczny kąsek dla prasy. Dlaczego gazety tak długo milczały?
Na pewno nie dlatego, że nic nie wiedziały. Przez kolejne trzy, cztery dni Kraków żył skandalem, pojawiały się plotki, emocje rosły, a na kolumnach śledczych konserwatywnego „Czasu” i liberalnego „Kraju” panowała cisza. Nic, zero. Media zaczęły relacjonować wydarzenia, dopiero kiedy doszło do antykatolickich rozruchów. Pewnie nikt nie przypuszczał, że przybiorą tak ostrą formę ataku na zakony i klasztory; że dojdzie do dewastacji i rękoczynów.
Jest piątek, 23 lipca, tłum gromadzi się przy ul. Wesołej, gniew narasta, co się dzieje?
Chcą uwolnić chorą mniszkę, której już w klasztorze nie ma, wybijają okna, forsują drzwi. Wojsko próbuje klasztor ochronić, ale poza tym nie interweniuje. Ludzi jest coraz więcej, niektóre gazety podają, że nawet kilka tysięcy - i są coraz bardziej rozsierdzeni. Ruszają w antypielgrzymkę, której kolejnymi przystankami są krakowskie klasztory. Powtarza się to także następnego dnia, miasto zostaje opanowane przez wojsko, które zamyka kolejne ulice. Panuje atmosfera rewolucji.

Niektórzy mówią, że zamieszki są podsycane przez rząd austriacki?

Tak mówią, a władze austriackie, nie czekając na wyniki śledztwa, odbierają karmelitankom z Wesołej subwencję. Niewysoką, ale bardzo istotną w ich niemalże głodowym budżecie. Po tych wszystkich zamieszkach gazety w przyspieszonym tempie nadganiają braki, relacjonują, ale nie podsycają emocji, próbują je raczej wyciszać. Są to rzetelne i prawdziwe teksty.

Sprawą interesują się także obce media. Jak wykorzystują historię krakowskiej mniszki?

Bardzo jednostronnie. W Europie w tamtych czasach bardzo modne i popularne są nurty liberalne, antypapieskie, antyklerykalne i antymonastyczne. Tak więc sprawa Ubryk natychmiast stała się idealną ilustracją tego, jak wygląda katolicki ciemnogród. Służy podkreśleniu bezsensowności istnienia zamkniętych klasztorów, w których przebywają darmozjady. Artykuły o Ubryk drukuje prasa wiedeńska, londyńska, berlińska, gazety we Francji i Włoszech. Ta narracja pojawia się także w polskich broszurach - mnisi są porównywani do „robactwa”, które się „panoszy i rozplenia”. Co ciekawe, bardzo szybko Barbara staje się bohaterką literatury jarmarcznej. Znalazłam nawet w kanadyjskiej bibliotece broszurę napisaną w języku jidisz, a wydaną w Warszawie.

Pełno w nich kłamstw?

Przekłamań i fikcji. W wielu wydawnictwach pojawia się informacja, że została ukarana za ucieczkę, oczywiście są w nich wątki romansowe. Mniszka z Krakowa staje się bohaterką nurtu soft pornograficznego i antyklerykalnego. Żywą przestrogą, by przypadkiem rodziny nie oddawały córek do klasztorów, gdzie młode zakonnice są gwałcone przez księży, więzione, poddawane samym plugawym rzeczom. Powstaje nieprawdopodobna legenda Barbary Ubryk, najsławniejszej na świecie Polki w II połowie XIX wieku.

Obok publikacji toczy się normalne śledztwo. Paragraf 93, czyli gwałt publiczny przez ograniczenie wolności człowieka, brzmi bardzo poważnie. Nikt jednak nie zostaje ukarany. Dlaczego?

Bo nie znaleziono winnych. Zaaresztowano dwie siostry; ówczesną przełożoną Marię Wężyk i jej poprzedniczkę, która pełniła tę funkcję 20 lat wcześniej, kiedy Barbarę zamknięto. Są przesłuchiwane, zresztą tak samo jak pozostałe członkinie zgromadzenia, pracownicy klasztoru, lekarze, spowiednicy i kapelani z Czernej. Śledztwo zatacza coraz szersze kręgi i okazuje się, że wiele osób wiedziało o przypadku i obłędzie Ubryk, ba, prowadzone były działania, które miały zwolnić ją z obowiązku przebywania za klauzurą. Niestety, nie udało się tej sprawy załatwić z sukcesem. Czy siostry nie miały na tyle w sobie determinacji, by doprowadzić ją do końca?

Co mówili lekarze sądowi? Czy ich opinie mogły pogrążyć karmelitanki?

Mogły. W szpitalu św. Ducha opiekowali się nią dwaj specjaliści, których zadaniem było sporządzenie raportu. Sąd chciał, by odpowiedzieli na pytanie, w jakim stanie zdrowia s. Barbara została zamknięta i w jaki sposób na nią wpłynęła dwudziestoletnia izolacja. Sprawozdanie, które napisali, nie było jednak dla sądu dowodem z prostych przyczyn. Lekarze nie znali mniszki, więc nie mogli orzec, w jakim stanie została uwięziona. Stwierdzili jedynie, że tak długie zamknięcie mogło pogorszyć jej stan. Nie był to dowód i mimo odwołań prokuratury do procesu nie doszło.
Ciekawe, że pod uniewinnieniem sióstr podpisał się przewodniczący sądu krajowego, który był rodzinnie powiązany z przełożoną zakonu. Gazety skwitowały to niewielką notką.

Jak potoczyła się historia Ubryk?

Wiemy że była pacjentką szpitala do końca życia, czyli przeżyła w nim jeszcze 20 lat. Umarła jako stara kobieta i do końca nie odzyskała jasności umysłu.

Pisze pani, ze karmelitanki miały żal do rodziny Ubryk, dlaczego?

Ponieważ nie poinformowała o wcześniejszych załamaniach nerwowych Barbary. Zanim przyjęto ją do Krakowa, była w klasztorze wizytek w Warszawie. W czasie pierwszych miesięcy w nowicjacie przeżyła załamanie psychiczne, nawet psychotyczne, bo połączone z manią, halucynacjami, przesadnymi reakcjami religijnymi. I została od razu usunięta z zakonu. Przez następne kilka lat ten stan się jednak nie powtórzył, dlatego chciała wrócić do zakonu. Wizytki nie przyjmowały kobiet, które wcześniej usunęły, poleciły jej za to klasztor w Krakowie. A nawet wydały jej pozytywną opinię. Nie mogłam tego, niestety, przeczytać, bo karmelitanki nie wpuściły mnie do swoich archiwów. Na pewno jednak nie było w tym liście nic o załamaniu nerwowym, bo wówczas nie zostałaby przyjęta do zgromadzenia.

Te dziwne zachowania Barbary w Krakowie ujawniły się dość szybko; ucieka z chóru, pluje, gasi świece, dziwnie się śmieje. Nie zostały wyłapane na czas?

O to też pytali śledczy. Czytając zeznania sióstr, które się pokrywają, widzimy, że już w nowicjacie jej zachowanie mogło budzić niepokój. Patrzyła się długo w okno, była roztrzepana, czasem nieobecna. Wydawała się dziwna, ale zakonnice nie umiały tego dokładniej opisać, może rozeznać. Z czasem zaczęła unikać przyjmowania Komunii, jej spowiedzi trwały nawet 15 godzin, kryzysy zaczęły się nasilać, nie można było przejść obok nich obojętnie. Lekarze, którzy badali ją dwa razy dziennie, zostali wezwani po pierwszym poważnym ataku. Kiedy nasiliła się autoagresja, a ona zaczęła wybijać szyby, drzeć ubrania, nie przyjmowała pokarmów. Pełna gama objawów choroby psychicznej.

Trudno zarzucić siostrom, że zaniedbały sytuację?

Ale tylko na początku. Wtedy się troszczyły i gdy z s. Barbarą bywało lepiej, towarzyszyły jej, zabierały ją do ogrodu, razem z nią haftowały, szyły. Zamknięto ją, kiedy ataki nasiliły się do tego stopnia, że nie mogła przebywać wśród ludzi. Trafiła do celi nazywanej karceres, czyli służącej do kar, pustej zresztą i nieużywanej od długich lat. Różniła się od innych tym, że miała kraty w oknach. Barbara zaczęła wybijać szyby, stawać w oknie, obnażać się, nawoływać w niewybrednych słowach pracowników, śpiewać wulgarne piosenki. Okno stopniowo zamurowywano, sytuacja stawała się niekomfortowa, patowa. Jedyne, co można zarzucić karmelitankom, to znieczulicę i to, że przez ostatnie siedem lat nie interesowały się nią w ogóle, że ani razu nie zaprowadziły w tym czasie do niej lekarza, który się nimi opiekował. Nie miał o niej pojęcia, tym bardziej o warunkach, w których przebywała. Dziwię się, że w ich zeznaniach pełno jest żalu i zdziwienia z powodu oskarżeń o zaniedbanie chorej. Są przekonane, że traktowały ją przyzwoicie, bo przecież jadła to samo, co one, i przecież w miarę dobrym zdrowiu trafiła po tych 20 latach do szpitala.

Umarła w całkowitym zapomnieniu, ale ta historia co jakiś czas odżywała.

We Włoszech powstała sztuka o Barbarze Ubryk, którą wystawiano w podrzędnych teatrach. Krakowskie gazety po 40 latach od śledztwa znów opisały historię, na nowo rozbudzając sensację, w tytułach pojawiało się słowa „zbrodnia”, „morderstwo”. Powtarzały się też mity, legendy. Tak naprawdę Barbara kolejny raz stawała się ofiarą czy to w walkach ideologicznych, czy też w publikacjach służących zyskowi. Dlatego, kiedy pani pyta, czy była ofiarą, odpowiadam, że absolutnie tak.

Katarzyna Kachel

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.