Życie i śmierć Ani Pasek. Jak przekuć życiowy dramat w dobro

Czytaj dalej
Maria Mazurek

Życie i śmierć Ani Pasek. Jak przekuć życiowy dramat w dobro

Maria Mazurek

Wydawało się, że mieli szczęście. Z lawiny, która porwała Anię Pasek i jej kolegów na zboczach Mt. Blanc, wygrzebali się 300 metrów niżej. Cali, nie licząc złamanej nogi dziewczyny. Ale góry bywają nieobliczalne, jakby do ostatniego momentu nie mogły się zdecydować, komu darują życie, a komu je odbiorą. Ani odebrały - krakowska doktorantka zamarzła, czekając na pomoc. Rodzice i chłopak dziewczyny obiecali sobie, że jej śmierć nie pójdzie na marne. Założyli fundację jej imienia. Dwunasty rok przekuwają dramat w dobro.

Oglądamy z tatą Ani jej zdjęcia. Ania na Syberii i w Chorwacji, w rumuńskich górach i na Islandii. Tu na Svalbardzie - na Arktykę pojechała na pół roku, żeby uczestniczyć w projekcie badawczym (po powrocie stwierdziła, że kupuje psa husky; rodzice Ani doskonale wiedzą, jaka to wymagająca rasa, przecież po jej śmierci wzięli go do siebie). Na innym zdjęciu, zrobionym w Indiach, Ania trzyma z uśmiechem swoją lustrzankę.

Ania, prócz gór i podróży, kochała fotografię. Była artystyczną duszą, pięknie rysowała. Dostrzegała i zachwycała się tym, obok czego inni przechodzili obojętnie.

Jak na takie krótkie życie, mówi tata Ani, bardzo dużo zrobiła.

Ania zginęła, mając 25 lat i tysiące marzeń.

Jej tata, przeglądając te zdjęcia i mówiąc o swoim jedynym dziecku, nie przestaje się uśmiechać. Tylko na chwilę, gdy zauważam, że ładna z niej była dziewczyna, posępnieje. - Spodobała się widać Bogu, skoro zabrał ją do siebie - zamyśla się na chwilę.

Po swojemu

Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy innym zdjęciu. To chyba Bałkany, Ania siedzi za sterem jachtu. - Zmuszona do tego, sztucznie się uśmiecha - wspomina ze śmiechem jej tata.

Marek Pasek to zapalony żeglarz, właśnie przygotowuje się do rejsu na Karaiby. Ania nie podzielała tej pasji. Za to w góry ciągnęło ją od liceum, choć jej rodzice nie mają z nimi nic wspólnego. Ania zaczynała od wspinaczki po skałkach Jury. Potem, jak wyjechała do Krakowa studiować geografię i geologię, weszła w górskie środowisko jeszcze bardziej.

Z rodzicami Ani, Grażyną i Markiem, spotykam się w siedzibie firmy budowlanej, którą prowadzą w Będzinie w Zagłębiu (to zarazem główna siedziba Fundacji im. Anny Pasek; druga jest w Krakowie, tam odwiedzam Pawła Chrustka, ówczesnego chłopaka Ani). Ania, z urodzenia, była właśnie będzinianką. Ale o takich, jak ona, mówi się: współcześni wędrowcy. Ciągnęło ją w świat.

Gdy miała 19 lat, pożyczyła od rodziców busa i pojechała z kolegami w podróż dookoła Europy. Przejechali przez Niemcy, kraje Beneluksu, do F rancji i niżej, przez Portugalię i Hiszpanię. Zjechali na Gibraltar, potem znów Francja, Włochy, Bałkany. Tata powiedział: gdybyście mieli jakiekolwiek problemy, dzwoń do mnie. Zadzwoniła raz, w górach, jak przepaliła tarcze hamulcowe. Nie wiedziała, że zjeżdżając z wysokości, lepiej hamować silnikiem.

Grażyna Pasek (drobna, delikatna szatynka, po zdjęciach widać, jakie były do siebie podobne): - Pyta pani, czy się o nią baliśmy? Oczywiście, że się baliśmy, szczególnie że Ania była naszym jedynym dzieckiem. Ale nie rodzimy dzieci dla siebie; one nie są naszą własnością i mają prawo żyć po swojemu.

A Ania kochała góry, podróże, życie i ludzi. Zarażała uśmiechem, radością. Wszyscy ją lubili.

Pułapka

Na Mt. Blanc, najwyższy szczyt Alp, pojechali w lipcu 2007, w piątkę: Ania i jej czterech kolegów: Michał, Krzysiek i dwóch Jakubów, wszyscy czterej z Małopolski - z Nowego Targu i okolic Stryszowa. Ania była nieformalną przywódczynią grupy, miała największe doświadczenie. - Pod wodzą Ani nic nie ma się prawa nam stać - ponoć mawiali, wyjeżdżając z nią na kolejne górskie wyprawy.

To był wtorek. Pogoda zapowiadała się fatalnie, ale w pewnym momencie się przejaśniło, więc cała piątka ruszyła do góry, związana liną (tę linę dziś, w szklanej gablocie, można zobaczyć w siedzibie fundacji. Tak jak czekan i raki Ani). Byli już na wysokości powyżej czterech tysięcy metrów, kiedy warunki atmosferyczne się pogorszyły. Drastycznie. Zaczęło mocno wiać, znacznie się ochłodziło, pogorszyła się widoczność.

Stwierdzili, że odpuszczają szczyt, schodzą na dół.

Paweł Chrustek, chłopak Ani: - Trudno mówić o czyjejś winie, braku doświadczenia albo wyobraźni. Cała piątka przygotowywała się do wyprawy i zdawała sobie sprawę z zagrożeń, jakie niosą góry. Ania dużo po nich chodziła, również ze mną, a ja już byłem ratownikiem GOPR-u i szeroko studiowałem tematykę lawinową. Wymienialiśmy się wiedzą. Po prostu: góry (nawet te niższe, jak Beskidy czy Bieszczady) nigdy nie są w stu procentach bezpieczne. Idąc w nie, akceptujesz pewien poziom ryzyka. Wtedy, na zboczu Mt. Blanc, po prostu mieli strasznego pecha. W krótkim czasie nie zagrało kilka różnych rzeczy, których kombinacja przesądziła o tragedii.

Gdy już wracali, porwała ich lawina.

Wygrzebali się z niej 300 metrów niżej, wszyscy - żywi. Stracili większość sprzętu, też komórki, mieli uszkodzenia, ale - żyli, byli przytomni. Myśleli, że najgorsze za nimi.

- Zostali jednak uwięzieni w bardzo trudnym terenie. Jak w pułapce. Ania miała złamaną nogę, więc ani nie mogli w komplecie się wydostać, ani wezwać pomocy, bo część telefonów stracili, a pozostałe - całkowicie przemokły - opowiada Paweł.

Wtedy podjęli - dramatyczną z dzisiejszego punktu widzenia - decyzję: oba Jakuby zostaną z Anią, a Michał i Krzysiek zejdą po pomoc. Do najbliższego schroniska, Gonella - położonego nieco powyżej trzech tysięcy metrów - schodzili kilka godzin. Dotarli tam we wtorek późnym wieczorem.

Ratownicy, ze względu na złe warunki atmosferyczne, nie byli w stanie szybko się przemieszczać. Anię i chłopaków odnaleziono dopiero w czwartek. Do tego czasu cała trójka - mimo że wybudowała prowizoryczną jamę śnieżną, która miała ochronić ich przed wiatrem i mrozem - zmarła z wychłodzenia.

Było minus dwadzieścia pięć.

Na ratunek

Po wypadku media rozpisywały się: Służby ratunkowe spóźniły się z interwencją. Ratownicy wyruszyli za późno. Może gdyby włoscy ratownicy bardziej by się pośpieszyli, tę trójkę udałoby się uratować.

Paweł Chrustek: - To były krzywdzące komunikaty. Widziałem na własne oczy, co się tam działo. Warunki były piekielne. Włoscy ratownicy mają ogromne doświadczenie w tych górach. Zrobili wszystko, co wtedy zrobić mogli.

Gdy do Polski dotarła wieść o wypadku, Paweł, tata Ani i Fabrizio Cozzi, przyjaciel rodziny, natychmiast się spakowali i pierwszym samolotem polecieli do Włoch. Jeszcze z nadzieją, że wrócą z Anią. Myśleli, że może będą potrzebni w załatwieniu leczenia czy transportu potłuczonej dziewczyny i jej kolegów.

W zasadzie niedługo po tym, jak dotarli w Alpy, stało się jasne: ich Ania nie żyje.

Ale dobrze, że pojechali.

- To właśnie wtedy, gdy staliśmy pod Mt. Blanc, zwróceni twarzami w kierunku góry, która odebrała nam bliską osobę, poczuliśmy, że przed nami pewien wybór - opowiada Paweł. - Albo zanurzyć się w smutku i przez resztę życia rozdrapywać rany albo tę tragedię zamienić w twórczą pomoc. Zamiast szukać winnych, postanowiliśmy innym pomagać. Zamiast roztrząsać, postanowiliśmy robić coś dobrego - opowiada Paweł Chrustek.

Marek Pasek: - Człowiek w takiej chwili nie myśli racjonalnie, daje się ponosić emocjom. Ale już wtedy, spod tych silnych emocji, przebijała się racjonalna myśl: trzeba zrobić coś, żeby zapobiec takim sytuacjom. Nawet, jeśli mamy uratować tylko jedno życie w górach - będzie warto.

Fundacja

Rodzice Ani pomagali już wcześniej, skupiali się na wsparciu dzieci z okolicy. Ale nigdy nie działali w tak systemowy, metodyczny sposób. Paweł był zaś ratownikiem GOPR-u, zajmował się lawinami, również naukowo (jest geografem, w 2007 roku rozpoczynał doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim) - skupiał się na komputerowym modelowaniu zagrożenia lawinowego.

Życie pokazało swoje przewrotne oblicze, odbierając mu dziewczynę właśnie w ten sposób.

- Mówią, że ludzie łączą się w sytuacjach tragicznych. I w naszym przypadku tak było - wspomina Marek Pasek. Rodzice Ani przyznają: bez Pawła i jego wiedzy na temat gór, fundacja nie miałaby tego samego kształtu. „Podzielili” się zatem obowiązkami: Paweł - bo na tym zna się najlepiej - zajął się profilaktyką wypadków w górach. Grażyna i Marek Paskowie wzięli pod swoje skrzydła dzieciaki, szczególnie harcerzy.

We włoskim Pragelato, gdzie fundacja ma bazę, organizują dla dzieciaków zimowiska i obozy harcerskie. Co roku wyjeżdża na nie ponad sto młodych skautów. Miejscowa ludność mówi: przyjeżdżają nasi harcerze. Sponsorują też będziński klub sportowy, mają pod skrzydłami 40 siatkarek.

- To tak, jakbyśmy mieli teraz 40 córek - uśmiecha się Marek Pasek. A jego żona dodaje: Lubimy pomagać dzieciom, bo to grupa, która nie upomni się o swoje.

Fundacja przyznaje też co roku stypendia naukowe dla młodych doktorantów, którzy prowadzą obiecujące badania, mają fajny pomysł i potrzebują wsparcia. Na ogół temat ich prac jest w jakiś sposób związany z bezpieczeństwem w górach, innowacyjnym podejściem do tematu. Jedna ze stypendystek, doktorantka Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, pracowała na przykład nad aplikacją „Bezpieczny szlak”.

Fundacja wspiera też młodych artystów, pomaga im zorganizować wystawy, promuje ich. Za tym pozornym rozrzutem tematycznym, gdyby się przyjrzeć, kryje się jednak pewna spójność.

Bliscy Ani chcą wspierać młodych ludzi w sposób wszechstronny, bo i dziewczyna była wszechstronnie uzdolniona, miała wiele pasji i zajęć. Była i młodym naukowcem, i człowiekiem gór, i artystyczną duszą.

Łącznik

Paweł mógłby obrazić się na góry. To może byłby najłatwiejszy sposób na przeżycie żałoby. Ale też najmniej konstruktywny.

W krakowskiej siedzibie fundacji pokazuje rozrysowaną niedługo po wypadku kartkę papieru. Nazwy różnych instytucji - uczelni, GOPR-u, TOPR-u, prywatnych firm zajmujących się geoinformatyką - łączą się na niej w jedną sieć. Pośrodku, podpisana na szybko długopisem: Fundacja imienia Anny Pasek.

- Nie mieliśmy wątpliwości, że edukacja w tematyce lawin i ulepszenie systemów ratownictwa powinny być solidnym filarem fundacji - mówi Paweł. - Usiedliśmy i zaczęliśmy zastanawiać się, co można zrobić: i ja, i Ania byliśmy ze świata gór i zarazem świata nauki. Znaliśmy wiele osób, które zajmują się tematyką górską. Ale brakowało, jak to często bywa, czegoś, co połączy doświadczenie, wiedzę i technologię różnych środowisk. Zakładaliśmy, że tym łącznikiem stanie się fundacja.

Fundacja - jako pierwsza w Polsce - rozpoczęła też współpracę z Instytutem Badania Śniegu i Lawin w szwajcarskim Davos. To najpoważniejsza tego typu instytucja na świecie. Paweł i jego partnerzy - między innymi firma ESRI, która jest polskim liderem w rozwiązaniach geoinformatycznych i podhalańska grupa GOPR - zaczęli wdrażać system, który pomaga w szukaniu osób zaginionych w górach: wskazuje on prawdopodobne miejsce przebywania takich osób.

Paweł, GOPR-owiec, wie doskonale, że w akcjach poszukiwawczych liczy się każda minuta. A tych minut, jeśli ratownicy szukają zaginionych „po omacku”, traci się mnóstwo. Stąd pomysł na taki system.

- Mówiąc obrazowo, wrzuca się do niego różne informacje: ostatnie miejsce potwierdzonego pobytu, wiek zaginionej osoby, porę dnia. Na to nakłada się informacje kartograficzne, ale też z zakresu psychologii. Wiadomo na przykład, że dzieci częściej trzymają się ścieżek albo że ludzie, w razie kłopotów, mają tendencję, by iść w dół, a nie w górę - opowiada mężczyzna.

System wszystko modeluje, wskazując najbardziej prawdopodobne miejsce przebywania zaginionego. Początkowo był testowany na terenach działania Grupy Podhalańskiej GOPR-u, teraz ratownicy używają go również w innych rejonach - nie tylko Polski.

Grzech główny

Fundacja zajmuje się też edukacją lawinową. Bo grzechem głównym, jeśli chodzi o wypadki w górach, jest brak świadomości. Lawiny kojarzą nam się z wysokimi górami: Himalajami, Alpami. No, może Tatrami.

- Tymczasem problem dotyczy też gór, które często lekceważymy: Bieszczad, Beskidów, Sudetów. Może lawiny w takich górach nie są tak potężne, jak w Alpach, ale się zdarzają. Potrafią porwać turystów, a krótko po tym, razem z nimi, rozbić się o drzewa. Nieraz ratownicy zbierali po takich zdarzeniach mocno połamanych ludzi - mówi Paweł.

Przyjmuje się, że lawina może uformować się i uwolnić, gdy nachylenie stoku przewyższa 30 stopni i jest odpowiednio dużo śniegu.

W Małopolsce o takie warunki nietrudno. Nie tylko w Tatrach, ale też w masywie Babiej Góry, Pieninach, północnych stokach Beskidu Wyspowego. Jeden metr sześcienny takiej śnieżnej kuli naciska na nas nawet jak półtonowy blok. Lawina nie musi być wcale potężna, żeby okazać swoją siłę.

- Wybierając się zimą w góry, nigdy w stu procentach nie unikniemy ryzyka. Ale koniecznie powinniśmy sprawdzać i uwzględniać w wyborze trasy aktualne komunikaty lawinowe - tłumaczy Paweł. - Nie powinniśmy chodzić też sami. W miejscach szczególnie narażonych na lawiny, trzymajmy się w większej odległości od siebie, tak, żeby oddziaływać na śnieg z mniejszą siłą i aby żywioł nie porwał każdego uczestnika wycieczki - tłumaczy.

Jeśli już widzimy, że zaraz znajdziemy się pod śniegiem, odrzućmy wszystkie ciężkie rzeczy, kijki, ważący swoje plecak, rzeczy z paskami. Dodatkowe kilogramy będą nas wciskać głębiej w śnieg, paski mogą krępować i podduszać. Zróbmy wszystko, żeby utrzymać się na powierzchni. - Trzeba pozostać aktywnym, ruszać się, potocznie mówi się o ruchach przypominających pływanie - mówi Paweł. - Po prostu trzeba walczyć.

Prawda, że czas leczy rany

Rodzice Ani: - Od wypadku minęło ponad 12 lat, a nasi przyjaciele dopiero niedawno przyznali się, że nie wiedzieli wtedy, jak mają się wobec nas zachować. Normalnie. Nie jesteśmy jedynymi osobami, które spotkała w życiu tak wielka tragedia. Ostatnio poznaliśmy we Włoszech małżeństwo, które straciło dwóch synów w górach. Byli ratownikami. Życie w jednej sekundzie potrafi czasem odebrać to, co mamy najcenniejsze i wywrócić wszystko do góry nogami. Dopiero to, jak będziemy z tym żyli, jest największym świadectwem tego, jakimi jesteśmy ludźmi.

Paweł Chrustek spełnia swoje marzenia. W wolnych chwilach gra na perkusji, kupił sobie elektroniczną, żeby częściej ćwiczyć. Twierdzi, że idzie przez życie z radością.

Pytam go, czy myśli czasem, jakby to było, gdyby Ania żyła. Czy byliby wciąż razem? Gdzie by podróżowali? - Takie myślenie do niczego nie prowadzi. Rozdrapywanie ran to umieranie za życia. Pamiętamy o Ani, ale dbamy przede wszystkim o tych, którzy są i o tych, którzy przyjdą po nas. To najlepsze, co możemy dać światu.

Ze strony fundacji, pod linkiem www.annapasek.org/uwagalawiny można ściągnąć darmową broszurę, z której dowiemy się, jak poruszać się po terenie zagrożonym lawinami.

Maria Mazurek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.wspolczesna.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.